Dziś około godziny 11-tej podał się do dymisji trener reprezentacji Polski w piłce ręcznej mężczyzn, Michael Biegler. Decyzję niemieckiego szkoleniowca zaakceptowano błyskawicznie, nawet jak na standardy współczesnego sportu: prezes ZPRP Andrzej Karśnicki wydał komunikat niemal natychmiast, po krótkiej naradzie ze swoimi działaczami.

Nic dziwnego, można by powiedzieć. Kompromitacja polskich gladiatorów w meczu z Chorwacją, dotkliwa zwłaszcza wobec promiennego zwycięstwa nad Francją kilka dni wcześniej, rzuca jasne światło na szybkość działania krajowych władz piłki ręcznej. Stawka meczu była zbyt wielka, a kibice – wstrząśnięci rozmiarami nokautu – długo jeszcze będą leczyć rany, odniesione na skutek łatwo zmarnowanej szansy wywalczenia medalu w europejskim czempionacie, na własnej ziemi rozgrywanym.

Możemy jednak odnieść wrażenie, że Michael Biegler spodziewał się biegu rzeczy. Tuż po feralnej porażce udzielał jasno brzmiących wywiadów: zawiodłem, znam reguły, natychmiast rezygnuję. Jakby realizował z góry założony scenariusz… A przecież tak się stać nie musiało. Przed Biało-Czerwonymi ważny turniej kwalifikacji olimpijskich, w którym (być może) przydałby się spokój oraz konsekwentne realizowanie wcześniej podjętych założeń szkoleniowych. Bez względu na występ w Mistrzostwach Europy wciąż najważniejszym turniejem Polaków w roku 2016 pozostaje olimpiada w Rio.

Mimo to szybka reakcja działaczy niektórych kibiców zaskoczyła. Inni zaś, pełni szczerego oburzenia, wciąż nie mogą ochłonąć po sportowym szoku. To niemożliwe, tętni internet, by po takiej pokazowej wiktorii nad Francuzami nasi dali się udusić przeciętnej Chorwacji! „Coś nie jest tak!”, „Ktoś się nieźle obłowił u buków!” – wśród licznych komentarzy mnożą się i te łatwo wskazujące przyczynę bolesnej porażki w mrokach pozasportowych okoliczności… Owszem, chcemy powiedzieć, spiskowa teoria dziejów jest tutaj możliwa. Ktokolwiek z kibiców czytuje Waldemara Łysiaka („Stulecie kłamców”) – wie, że Mistrz uznaje cały sport współczesny za jedną koszmarną blagę. Kłamstwo sportu ma być o tyle wredną odmianą dzisiejszego życia „w Matriksie”, że bazującą na szlachetnej wierze kibiców w potęgę sportowych ideałów. W tak zakłamanej rzeczywistości zawody są cyrkową „ustawką”, jak turlanki amerykańskich zapaśników, gdzie wszystko jest z góry ukartowane i wiadomo, jak ma się skończyć… Oczywiście sowitym zarobkiem odpowiednich ludzi, stojących za prowadzeniem tej szopki. Nie mamy żadnych dowodów na jednoznaczne stwierdzenie, że świat sportu jest wyłączną domeną zorganizowanych przestępców. Ale nie mamy też najmniejszej wiedzy, czy tak w istocie nie jest. Czy w polskim turnieju ktoś chciał zwolnić trenera, obłowić się na bukmacherskim typowaniu, a może o wszystkim i teraz zdecydowali mafiosi? Nigdy się nie dowiemy.

Wydaje się jednak, że po prostu Chorwaci przed meczem z nami świetnie odrobili lekcje. Grali o wszystko i – licząc na cud – zrobili wiele, by losowi pomóc. Trenerowi „Hrvatskiej” z pewnością ułatwili robotę dwaj grający na co dzień w Polsce skrzydłowi, Ivan Cupić i Manuel Strlek. Rozpisali ze szczegółami wszystkie mocne strony naszej drużyny, a swoją grę podporządkowali temu, by z żelazną konsekwencją je wyłączać… I udało się! Polacy weszli w mecz kompletnie zagubieni, sparaliżowani faktem, że nie działały ich wypróbowane sposoby skutecznej walki. Jakby ich powiązano. A trudno walczy się o medale pływakowi, który związany wskakuje do basenu i próbuje płynąć kraulem – wszystko jedno, co jest powodem założenia więzów. I tu właśnie wracamy do osoby Michaela Bieglera, któremu już dawno zarzucano brak szkoleniowego warsztatu. Zespół gra schematycznie, powiadano, nie mamy wariantów ataku, brakuje gry skrzydłami. Jakby niemiecki trener dostał w prezencie świetną drużynę, z którą przez z górą trzy lata nie zrobił żadnego postępu – a tylko bazował na wszystkim, co już było. Z tym, że broniły go wyniki. I nagle przestały, bo na tym poziomie światowego handballa nie uchodzi przegrywać czternastoma golami z niżej notowanym rywalem. Pretekst został więc błyskawicznie wykorzystany: jutrzejszy mecz przeciwko Szwecji będzie ostatnim spotkaniem Bieglera w biało-czerwonych barwach.

Co teraz zrobić? Trzeba się błyskawicznie pozbierać i tej drużynie – starych, otrzaskanych wyjadaczy – dać kogoś, kto w alarmowym trybie będzie mógł ją czegoś nowego nauczyć. Wprowadzić mocne tempo szerokiego rozgrywania, szybki powrót do obrony, dopracować wyjście z kontrami. Dodać świeżości, nieszablonowości gry. Nie będzie to proste, zważywszy na krótki czas przygotowań do turnieju kwalifikacji olimpijskich. Polska znów zagra u siebie, z niezbyt wysoko notowanymi rywalami. Ale w tym roku świat piłki ręcznej szalenie nas zaskakuje… Oby zadziwił nas i tym, że jakiś nowy – mądry! – szkoleniowiec da Polakom impuls do nowych sukcesów. I nie pozostawi po sobie spalonej ziemi.