remigiuszmielczarek.blog.pl

O wszystkim – od muzyki przez sport do polityki

Wbrew przekonaniu, że piłka nożna jest sportem plebejskim, lubię piłkę. Gromadzi emocje (nie zawsze pozytywne, choć normalni ludzie potrafią się nią genialnie bawić bez żadnej chuliganerii), sprzyja integracji, może być wreszcie znakomitym narzędziem promocyjnym – kraju, miasta, lokalnych barw klubowych. Jako kibic (czasem jako spiker) bywam na Widzewie, lecz z zainteresowaniem śledzę właściwie wszystko, co łączy się z piłką nożną w krajowym wydaniu.

Dlatego też wczoraj, jak wielu polskich kibiców, czekałem z zainteresowaniem na mecz w Bradze, gdzie tamtejszy Sporting, w walce o 1/18 finałów Ligi Europejskiej, podejmował Lecha Poznań. Tak zwani „ultrasi” Widzewa nie lubią się z takąż samą grupa fanatyków Lecha, ale dla mnie, który w Poznaniu od lat mnóstwo czasu spędzam z powodów muzycznych, Lech jest „drugim co do sympatii” polskim zespołem futbolowym. Był też, do wczoraj, polskim jedynakiem w europejskich rozgrywkach pucharowych – trudno więc, by w takiej chwili kibice z różnych miast nie jednoczyli się ponad podziałami: ściskaliśmy za Lecha kciuki, bo po pierwszym zwycięstwie u siebie miał w dumeczu spore szanse na awans. A tam czekał już słynny Liverpool…

…Jakże srogi zawód przeżyli wszyscy, którzy w starciu ze słabą Bragą widzieli już piłkarzy Lecha w glorii chwały po awansie! Poznaniacy zagrali kompromitująco źle, po raz kolejny marnując dogodną szansę pokonania rywala z niezbyt wysokiej półki. Ale to nie piłkarzy winiłbym za porażkę. Ci, którzy znali Lecha z dotychczasowych potyczek pucharowych, także od strony taktycznej, przecierali oczy ze zdumienia widząc, w jakim ustawieniu drużyna wybiegła na boisko w Bradze.

W stabilnym dotąd bloku obronnym pierwszy eksperyment – na prawej stronie Hubert Wołąkiewicz, pozyskany zimą z gdańskiej Lechii, w pierwszym meczu o stawkę (bardzo wysoką!) z nowymi kolegami, nadto po kontuzji. Przed obrońcami, duet pomocników defensywnych – Dima Injac z Ivanem Djurdjeviciem, piłkarze o prawie identycznej charakterystyce na boisku, przez co już od pierwszej minuty praktycznie potykali się o siebie. Zwłaszcza, że Injac również wrócił do gry po urazie, ewidentnie brakowało mu czucia piłki. Ale prawdziwe fanaberie zaczęły się dopiero w formacji ofensywnej. Lech z ustawieniem w drugiej linii, od prawej strony: Kikut, Kriviec, Stilić i Rudnevs wybiegł na boisko praktycznie bez napastników! Cóż, formalnie Rudnevs odpowiada w tej drużynie za wykańczanie akcji, ale tym razem, uwiązany na zupełnie obcej sobie lewej flance, miotał się bezsilnie, nie wiedząc nawet, komu dograć ma piłkę, skoro ta jakimś cudem trafi pod jego nogi… Raz zagrał do Stilicia, który – zbyt wolny, zdezorientowany – spóźnił się do piłki i przestrzelił, marnując pokazową kontrę.

Ustawienie wymyślił trener, Jose Maria Bakero, podobno kilka godzin przed meczem. Ten właśnie fakt skłania do najgłębszych przemyśleń. Pytanie numer jeden – po co? Czemu zmieniać taktykę drużyny, która dość rozrywając dość spokojnie „swoje” w pierwszym meczu wygrywa 1:0 i pokazuje, że jest to dobry system na Bragę? Nie mówię już o starym powiedzeniu piłkarskim, że nie zmienia się drużyny, która wygrała mecz. Ale skąd, u diabła, taka chora wyobraźnia w trenerskiej głowie? Skąd zamysł, że oto piłkarze, postawieni na całkowicie obcych sobie pozycjach, mają nagle dać sobie radę w jednym z najważniejszych meczów sezonu???

Zanim Lech się ocknął, przegrywał 2:0. Po przerwie doszło oczywiście do zmian w ustawieniu, a raczej do powrotu do sprawdzonej taktyki, ale było już za późno. Mądrze broniący się rywale nie dali wbić sobie gola, choć ostatnie minuty, z fantastyczną okazją Rudnevsa i poprzeczką wprowadzonego Wilka, dały jeszcze kibicom kroplę nadziei. Niestety, Lech odpadł, marnując sobie szansę na europejskie sukcesy w sposób najbardziej irytujący z możliwych: odpadł z rywalem, którego łatwo można było pokonać.

Rodzą się więc pytania o prawdziwy sens tej zabawy. Jeśli piłkarze, co widać gołym okiem, są w stanie odnieść zwycięstwo – co powoduje, że jednak go nie odnoszą? Czy trener, całkowicie burzący koncepcję zespołu, robi to celowo, bo ma przegrać? I czy działa w porozumieniu z zawodnikami? Jakie tak naprawdę stoją za tym mechanizmy?

Nie brakuje sceptyków twierdzących, że od wielu lat nie tylko cały futbol, ale cały sport to jedno wielkie oszustwo. Od chwili, gdy w sporcie pojawiły się pieniądze. Takim teoriom sprzyjają wciąż ujawniane afery korupcyjne. Nie tylko w Polsce, bo i tzw. zachodnie kraje europejskie pełne są doniesień o handlowaniu meczami. Chodzi nie tylko o zakłady bukmacherskie, gdzie można obstawiać wyniki: klub piłkarski jest ogromnym przedsiębiorstwem, jego wyniki mają przełożenie na wieloletni biznesplan, opracowywany z uwzględnieniem poszczególnych etapów realizacji. A w sporcie, jak wiadomo, wszystkiego nie da się przewidzieć – może więc „lepiej podjąć działania zabezpieczające”, żeby plan nie spalił na panewce?

Nie wiem. Spiskowej teorii dziejów w przypadku Lecha przeczy fakt, że za awans i dwumecz z Liverpoolem klub zarobiłby pokaźną kwotę, mi.in. z praw do transmisji tv. Poza tym ostatnie minuty meczu w Bradze pokazały, że poznaniacy naprawdę walczą o dającą awans bramkę. Może, najzwyczajniej w świecie, zawinił wyłącznie brak trenerskiego rozsądku i jeśli Lech chce wciąż odgrywać wiodącą rolę w polskiej piłce, powinien podziękować Bakero za współpracę? Oby tylko nie przed meczem z Widzewem!!!

Dziś zamiast tekstu pozwolę sobię na odrobinę autopromocji: oto pierwszy utwór formacji Electric Chair, którą z przyjaciółmi założyliśmy po odejściu z Artrosis. Przedstawiamy „Luanę” w sieci jako wyznacznik stylu, nad jakim pracujemy. Miłego słuchania!

Ostatnio w jednym z tygodników opinii dało się wyczytać, że psychologowie dokonali badań odnośnie ludzkiego szczęścia. Zadziwiające, że jako najbardziej szczęśliwi deklarują się osoby w wieku podeszłym – i to znacznie, dziewięćdziesięciolatkowie. Oraz młodociani, sprzed decyzji o założeniu rodziny. Autorytety dały konkluzję, że w takim razie za poziom naszego szczęścia życiowego odpowiada czynnik ograniczenia wolności, innymi słowy, kto już nie ma nad głową obowiązku odchowania własnych dzieci, nie ograniczają go także obowiązki zawodowe, jest szczęśliwszy.

Można zatem przyjąć wniosek, że samo ograniczenie wolności własnej przez zawarcie małżeństwa jakoś zamyka nam drogę do szczęścia – w co raczej nie chce mi się wierzyć, wszak pobieramy się dobrowolnie – albo JAKOŚĆ owego małżeńskiego pożycia sprawia, że w małżeństwie i stworzonej przez siebie rodzinie czujemy się niezbyt dobrze, co daje wrażenie ograniczenia wolności, vulgo braku szczęścia… Ten drugi wniosek byłby niepokojący, bo kazałby mniemać, że ludzie w małżeństwie i rodzinie własnej nie czują się szczęśliwi.

Człowiek, wchodząc w związek małżeński, a potem decydując się na dzieci, automatycznie odcina sobie jakąś część marginesu wolności. Ta banalna prawda, jeśli prześledzić statystyki rozwodowe, nie dla wszystkich może być jasna. Ale faktem jest, że już narzeczeństwo powinno być okresem wzajemnego szkolenia się w trudnej sztuce ograniczania własnej swobody. Możliwe, że wraz z upływem lat uczucie braku wolności w małżeństwie staje się coraz bardziej dojmujące. Tym bardziej świadomość faktu, że jak już nam się porodzą dzieci, pozostanie mniej czasu na wszystko inne, zdaje się być oczywista. Mimo tej świadomości pobieramy się. Podejmujemy decyzje o założeniu rodziny, bo tak chcemy – obojętnie, co nas do tego motywuje. Ludzie, którzy uważają życie w małżeństwie za zbyt mocno ograniczające ich osobistą wolność, pozostają w stanie wolnym, a przynajmniej powinni.

Jak kiedyś stwierdziła moja ciotka, która wychowała trójkę dzieci, człowiek w jakimś stopniu przestaje w rodzinie zaspokajać swe własne dążenia, ale – tu cytat – „są inne radości”. Jakie? Oczywiście satysfakcja z udanej, pełnej miłości do partnera, radość z odwzajemniania tego uczucia. Wreszcie, frajda z obserwowania dorastających dzieci, które kochają nas w sposób absolutnie bezinteresowny: kochają nas, bo jesteśmy. Czemu zatem ankiety mówią, że ludzie w czasie rozkwitu zależności rodzinnych nie są szczęśliwi? A wyższy poziom szczęścia deklarują dopiero wtedy, gdy mogą zajmować się sobą?

Chyba należy powrócić do kryterium jakości. Małżeńskiego życia w ogóle, a codziennej troski o partnera – szczególnie. Być może ludzie nie są szczęśliwi, bo konieczność małżeńskiego kompromisu, a potem trud wychowania dzieci, nie bywa równoważony miłością i troską ze strony partnera. Partner powinien rozumieć nasze pasje, nie zmuszać nas do ich porzucania. Powinien zostawić nam margines indywidualności, nie żądać stuprocentowego poświęcenia się jemu i potomstwu – wszak pod warunkiem, ża sami mu to zagwarantujemy. Model: myślę o partnerce, o dzieciakach – a dopiero potem o sobie, przy założeniu, że od drugiej strony następuje identyczna reakcja. Wówczas rodzi się jakość związku, miłość nie ma prawa zamienić się w przykrą rutynę, a codzienna proza szczęścia człowiekowi nie zabiera. Ludzie często o tym zapominają. Może dlatego mamy aż tyle rozwodów.

 

Mój znajomy, dawniej dziennikarz a dziś polityk (niedawno startował na fotel prezydenta swojego miasta) pełnił swego czasu funkcję dyrektora Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Zgierzu. Zdumiony, pytałem go jak tam się dostał ze swoim filologicznym wykształceniem, jest bowiem rusycystą. Zaczął się śmiać i rechocząc, odparł: „No widzisz, ktoś im musi doradzać!”

To właśnie mały, ale idealny model naszego ustroju państwowego. Oraz odpowiedź na pytanie, dlaczego przeciętny obywatel Polski nijak nie może stać się zamożniejszy.

Kapitalizm niby w Polsce jest, ale tyle już lat głosujemy za obaleniem komuny, a w kieszeni jakoś nie przybywa. Średnia krajowa rośnie, ale najubożsi rodacy nadal zarabiają znacznie poniżej poziomu godnej egzystencji. Natomiast wszyscy zarabiamy około czterech razy mniej niż nasi sąsiedzi na zachód od Odry. Czy wobec tego naprawdę ustrój Polski można nazwać kapitalistycznym?
Niestety, nie. Czysty, wolnorynkowy kapitalizm w swojej ekonomicznej definicji w ogóle na świecie nie występuje, najbliższy temu ustrojowi jest oczywiście system polityczno-gospodarczy Stanów Zjednoczonych. Chile za rządów Pinocheta miało podobny charakter, choć wprowadzenie tam kapitalizmu odbyło się metodą krwawego zamordyzmu w walce z czerwonymi przeciwnikami. U nas kapitalizmu nie ma – choć informują nas o jego istnieniu rozliczni politycy, którzy chcą, by określano ich mianem liberałów.

Jak u nas jest, wyjaśnił Rafał A. Ziemkiewicz w pierwszym felietonie z cyklu „Ziemkiewicz w Kisielu”. Znany pisarz i publicysta wystartował z autorską rubryką na łamach nowego tygodnika „Uważam Rze”, opiniotwórczej przybudówki „Rzeczpospolitej”. Bierzemy to z zadowoleniem, bo w kraju brakuje łamów, gdzie można by poczytać o interpretowaniu rzeczywistości na sposób gospodarczy – nie tylko przez pryzmat walki politycznej między aktualnie najpopularniejszymi partiami. Tygodnik jest oczywiście ewidentnie propisowski, ale Ziemkiewicz ma swoich czytelników nie tylko w gronie wyborców PiS. Otóż Rafał wyjaśnia, że to, co w Polsce przywykło się nazywać kapitalizmem jest w istocie współczesną formą feudalizmu, czyli (tu cytat dosłowny) systemu opartego na „garnięciu pod siebie, kierowaniu się dobrem swoim i swojej sitwy, a nie abstrakcyjnego ogółu”. Istnienie feudalizmu i socjalizmu, dwóch sprzecznych sobie a jednak jakoś podobnych systemów nazywa autor „głównym problemem współczesnego świata” ubolewając, że prawdziwy kapitalizm wymaga narzucenia reguł sztucznych, sprzecznych z ludzką naturą. Nie zgadzam się z ostatnim stwierdzeniem, jak też i z konkluzją, że czystego kapitalizmu w związku z tym wprowadzić się nie da. Przynajmniej dziś, na etapie współczesnego rozwoju cywilizacji.

Kapitalizm, mówiąc najprościej, to system taki, w którym obywatel ma pieniądze na wypełnienie swoich własnych potrzeb a Państwo, w sensie struktury administracyjnej, dba o zabezpieczenie potrzeb ogółu swoich obywateli. Politycy, w których interesie jest mnożenie instytucji, urzędów i wszelkiego rodzaju tworów, utrzymywanych za publiczne pieniądze wmawiają nam, że takich potrzeb ogółu jest mnóstwo – i że politycy, mocą społecznego wyboru są po to, by te potrzeby zabezpieczać. Tymczasem wystarczy się zastanowić by dojść do wniosku, że tak naprawdę Państwo musi odpowiadać za: bezpieczeństwo zewnętrzne kraju, żeby nas wrogowie nie najeżdżali (czyli za armię), oraz bezpieczeństwo wewnętrzne obywateli (czyli za Policję, żebyśmy się nie pozabijali i za Sądy, żeby strzegły sprawiedliwości). Wszystko inne obywatel może zapewnić sobie sam, pod oczywistym warunkiem, że ma na to pieniądze. Mógłby się prywatnie leczyć, płacić za wykształcenie własne i swoich dzieci, zbierać sobie na emeryturę – gdyby miał każdego miesiąca odpowiednie dochody. Innymi słowy, ideą kapitalizmu jest stan rzeczy, w którym najuboższy obywatel ma taką pensję, która wystarcza mu na pokrycie elementarnych, ludzkich potrzeb, nie tylko czynszu i jedzenia.

Tymczasem w Polsce jest dokładnie odwrotnie. Państwowi urzędnicy, pod pretekstem obowiązku dbałości o ludzkie potrzeby, zabierają nam z dochodów grubą część pieniędzy (bezpośrednio w postaci podatków i obowiązkowych składek – oraz pośrednio, w postaci regulacji cen, np. źródeł energii). Tłumaczenie jest oczywiście bardzo szlachetne, głównie takie, że najsłabsi sobie nie poradzą – a jeśli ktoś nie umie zaoszczędzić sobie na emeryturę, to nie musi się bać, bo „dobre” Państwo dochód na starość mu zapewni. Ile wynosi teraz i jaka będzie w przyszłości zusowska emerytura nikomu wyjaśniać nie trzeba, ale chodzi o wniosek znacznie szerszy: taki mianowicie, że jedynie radykalna zmiana ustroju państwowego, nie zaś pozorne lub kosmetyczne zmiany istniejącego stanu rzeczy, mogą spowodować zwiększenie zamożności Polaków.

Mówiąc krótko trzeba sprywatyzować wszystko, poza Wojskiem, Policją i sądami – a normalnemu człowiekowi zostawić pieniądze w portfelu. Wraz z likwidacją szeregu instytucji, utrzymywanych z pieniędzy podatników, zniknęłyby korzenie ziemkiewiczowskiego feudalizmu: gdy znika „koryto”, nie ma pretekstu, by ssać od ludzi pieniądze „na wspólne cele społeczne”. Mnóstwo kosztownych tworów, od urzędów lokalnych przez różne zus-y, enefzety aż do poszczególnych ministerstw i agend rządowych, zniknęłoby również jako pretekst do okradania obywateli pod szyldem dobra społecznego. Przestałoby także opłacać się być politykiem, bo odcięcie władzy od pieniędzy zakończyłoby epokę socjotechnicznej walki partii politycznych o prawo do rozdawania publicznej składki. Niektóre kłopoty, związane z ustrojową przemianą (np. co zrobić z wielotysięczną armią obecnych emerytów po likwidacji zus-u) należałoby rozwiązać za pomocą rozsądnych, wolnorynkowych pomysłów gospodarczych (np. sprzedać zusowski majątek, wielkie pałace – a zarobione pieniądze złożyć na korzystnej lokacie bankowej, z której wypłacano by bieżące emerytury). Jednocześnie należałoby właściwymi aktami prawnymi zabezpieczyć wprowadzone zmiany, dbając w ten sposób o fiskalną swobodę prywatnych firm, które stałyby się naturalnym rynkiem pracy dla setek urzędników, zwalnianych na skutek likwidacji instytucji państwowych.

Mówią – to utopia. Nigdzie na świecie tak nie ma, żeby totalnie zlikwidować sektor administracji publicznej. To prawda, nigdzie tak nie ma, bo politycy nigdzie na świecie na to nie pozwolili. Byłoby to dla nich podcinanie własnej gałęzi. Ponadto bogate kraje zachodnie po drugiej wojnie światowej miały pieniądze na to (i nadal mają), by utrzymywać  rozmaite biurokratyczne twory… Póki stać na to mieszkańców, system może trwać. My zaś mieliśmy przez sześć dekad przaśny komunizm. Polacy właśnie dlatego są biedni, że muszą utrzymywać ustrój, którego podobny typ w krajach unijnych jest utrzymywany przez bogatszych ludzi! Zresztą czasem się ta równowaga załamuje – spójrzmy na Grecję. Inna rzecz – kraje, uznawane za socjalistyczne, bo obciążające obywateli większymi podatkami, niż mamy dziś w Polsce (np. Szwecja) przeznaczają publiczną składkę na wspólne inwestycje, nie na biurokrację. W każdym szwedzkim mieście mamy jeden, a nie trzy ośrodki samorządowej władzy – Landstyrensen, a nie jak u nas Magistrat, Urząd Wojewódzki i Urząd Marszałkowski. Natomiast mieszkańcy każdego ze szwedzkich osiedli mieszkaniowych (luksusowych domków, nie ponurych blokhauzów) mają dostęp do sieci podziemnych parkingów, zbudowanych z publicznej składki – to tylko jeden przykład pożytecznego dysponowania wspólnym groszem…

Zatem czysty kapitalizm byłby możliwy, należy tylko znaleźć sposób na jego wprowadzenie. Oczywiście bezkrwawy, każdy przewrót polityczny, oparty na mordowaniu ludzi w imię lepszej idei jest niedopuszczalny. Ponieważ żyjemy w demokracji, należałoby przekonać ludzi, że radykalne odcięcie biurokratów od publicznych pieniędzy to jedyna szansa na dobrobyt owego bliżej niesprecyzowanego ogółu. Wtedy o zmianach ustrojowych zadecydowałyby głosy wyborców – na taką partię, która paradoksalnie zaproponowałaby system sprawiedliwy dla wszystkich, nie tylko dla swojej sitwy. Kto jest zainteresowany poszukiwaniem takiego ugrupowania w naszym krajobrazie politycznym, niech szuka… Wszak na tym blogu nie będzie wspierania żadnej konkretnej opcji politycznej.

Od dawien dawna Polacy narzekają na sąsiadów. Cóż, skoro już jesteśmy tu, gdzie jesteśmy i nic z tym nie zrobimy, warto pomyśleć o relacjach z sąsiadami. O Rosji profesor Zbigniew Brzeziński mówi, że bać się jej nie musimy, bo z powodów gospodarczych nie jest ona w stanie ryzykować poprawnych stosunków z Zachodem. I to zarówno, gdy chodzi o Amerykę jak i kraje Zachodniej Europy. W tym i Polskę, bo ze względu na nasze uwikłania NATO-wskie i (w mniejszym stopniu) unijne, kraj nad Wisłą uznawany jest przez sowiecką dyplomację za kraj zachodni.
Czy na pewno? „Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica” – mówi stare, komunistyczne przysłowie i trudno oprzeć się wrażeniu, że nic nie straciło na dawno sprawdzonej aktualności. Związek Sowiecki przez sześć dekad skwapliwie korzystał z serwilistycznej postawy PRL-owskiej wierchuszki partyjnej. Może nie musiał wkładać wysiłku w budowanie rozległych struktur tajnej agentury – gdy oficjalne władze realizowały politykę „wielkiego brata”, wmawiając narodowi, że jest to postawa wyjątkowo pro-polska? Nawiasem, właśnie dlatego zawsze drażniły mnie, przez lata w mediach przeżuwane, wielkie dylematy – który z polskich komunistów był, a który nie był sowieckim agentem. Jakie to ma znaczenie, skoro taki np. Józef Oleksy, jako wysoki funkcjonariusz partyjny, zupełnie oficjalnie realizował politykę Sowietów w naszym kraju, jak zresztą wszyscy jego ideologiczni pobratymcy. Jest zupełnie nieistotne, czy przy okazji robił to w sposób utajniony – prawdziwej lustracji, zakazującej byłym funkcjonariuszom komunistycznego reżimu pełnienia funkcji publicznych nigdyśmy się w Polsce nie doczekali… A może jest zupełnie odwrotnie i rosyjska agentura, przewidując solidarnościową rewolucję włożyła mnóstwo pracy w rozbudowę sieci swych tajnych powiązań w Polsce, korzystając z istniejących już połączeń lokalnych, wypracowanych w ramach bratniej SB?
Jedno nie ulega wątpliwości, od 1989 roku interesy Sowietów i Polaków zbieżne być przestały. Skoro tak jest, w interesie Rosji nigdy nie będzie wzmacnianie pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Wszystko, co łączy się z rozchwianiem polskiej polityki wewnętrznej (np. obecna zimna wojna PO kontra PiS) oraz kompromitowaniem Polski w oczach świata jest dla Rosji korzystne – wszystko jedno, czy dajemy wiarę jej zapędom neoimperialnym. Zwykła zależność między słabością jednego państwa a wzrastaniem siły innego, konkurencyjnego przecież w relacjach handlowo-gospodarczych na rynku globalnym.
Ostatnie, tak burzliwe dyskusje wokół katastrofy smoleńskiej, muszą mieć źródło w obawie, że oto Rosja, śmiejąc się Polakom w kułak, wykorzystując usłużną politykę ich obecnego Rządu, daje na zewnątrz wyraźny pokaz siły. Putin nie ma żadnych skrupułów w przekonywaniu świata, że Rosja to wciąż qasi-imperialny gigant. Kagiebowski pazur niebezpiecznie balansuje nad czerwonym, nuklearnym przyciskiem, a jeśli „poliaczki” (lub inna swołocz) będą nadal drażnić moskiewskiego niedźwiedzia, bestia cały, z trudem po wojnie wypracowany ład światowy zmiażdży jednym machnięciem łapy…
Jeśli zatem, jak radzi prof. Brzeziński, bać się Rosji nie powinniśmy – czemu się jej tak boimy? Katastrofa smoleńska zdarzyła się dosłownie kilka dni potem, jak w rosyjskich gazetach po raz piewszy ukazały się teksty, uznające winę stalinowskiego reżimu w popełnieniu katyńskiej zbrodni. Była to reakcja na film o Katyniu, po raz pierwszy wyemitowany w jednej z ichniejszych telewizji. Dodajmy cały polityczny zamęt wokół rywalizacji Kaczyńskich z Tuskiem, walkę o władzę w Polsce – wyjdzie jak na dłoni cały krajobraz polityczny, wyjątkowo sprzyjający rosyjskiemu udziałowi w sprowadzeniu na ziemię samolotu, wiozącego nad Smoleńsk polską elitę.  Czy ten udział był faktyczny, nigdy się nie dowiemy. Jakkolwiek ocenimy pracę naszej komisji (i szerzej, całej polskiej strony) nad wyjaśnieniem przyczyn tragedii, nie wskaże ona KGB jako sprawcy zamachu na prezydenta Kaczyńskiego. Tym bardziej oczywiste jest, że prace komisji rosyjskiej tego – ewentualnego – udziału nie potwierdzą. Jak z Gibraltarem, jesteśmy skazani na wieloletnie, być może dożywotnie, milczenie w tej sprawie.
Oczywiście, Rząd jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo polskich granic – ale są też granice politycznej usłużności. Nie tylko w sprawie Smoleńska, także w kwestii pozyskiwania źródeł energii jesteśmy wobec Rosji nazbyt podlegli i niewystarczająco niezależni. Żaden z „pokomunistycznych” Rządów w Polsce nic z tym nie zrobił. Dopóki to się nie zmieni, każdy prorosyjski krok obecnego gabinetu (lub jego następców) może być odczytywany jako skutek „robienia” przez Rosję nad Wisłą swojej polityki. Polska jest biednym, postkomunistycznym krajem, od lat szarpanym niewydolnością publicznych finansów i niestabilnością w polityce wewnętrznej. Musi swe bezpieczeństwo zewnętrzne opierać na udziale w zachodnich sojuszach wojskowych. Ale powinna raz na zawsze zapomnieć o służalczości wobec sowieckiego okupanta, bo w przeciwnym razie Rosja wciąż upominać się będzie nad Wisłą o „swoje”. A nikt przecież nie chce, by doprowadziło to w końcu u nas do wojny domowej.

Wśród czytelników blog.pl trwa debata na temat kibiców piłkarskich. Pytanie „Czy boimy się kiboli?” jest pytaniem z serii: „Czy Murzyni są głupi?” albo: „Czy Cyganie kradną?”… Jak można tak bez sensu uogólniać? Swoją miłość do piłki nożnej deklarują ludzie różnej proweniencji, od karków, nie będących w stanie skończyć podstawówki, do profesorów wyższych uczelni. Nie można powiedzieć, że kibol jest jednoznacznie zły w swojej masie. Problemem chuliganerii stadionowej jest słabość polskiego prawa i jeszcze słabsza skuteczność egzekucji kar. Na stadiony, pod płaszczyk barw klubowych, przeniosły się mafijne gangi, handlujące m.in. narkotykami. Wykorzystują luki prawne, słabość Policji i organów ścigania, by tam krzewić swą przestępczą działalność. Pobłażaniu sprzyja dziwnie łagodna i bierna postawa instytucji o nazwie PZPN… Nie wnikam, czym spowodowana, ale łatwo się tego domyślać… Dopóki polskie władze nie zrobią porządku, jak niegdyś w Anglii Margaret Thatcher, nasz rodzimy stadion będzie kojarzył się z bandytyzmem, rozlewającym się coraz bardziej na ulicach. Jak – niestety – teraz obserwujemy. Na stadionie Manchester Utd. wisi tabliczka z napisem: „Wbiegnięcie na murawę kosztuje dwa tysiące funtów”. Jakoś nikt nie wbiega, nawet siatki między sektorami a boiskiem nie są potrzebne. Trzy zasady: surowe kary, ich natychmiastowa egzekucja i absolutna cisza w mediach natychmiast powstrzymały chuliganów od stadionowych ekscesów. Oczywiście, na Wyspach też zdarzają się uliczne wybryki, ustawki – całkowicie nie da się tego wyplenić, bo niebezpieczny fanatyzm ma w futbolu znakomite warunki rozwoju i egzystencji. Ale przynajmniej gangsterzy przestali panoszyć się w tym środowisku. U nas do angielskich (lub innych, równie skutecznych) rozwiązań wciąż daleko, jak w wielu dziedzinach codziennego życia.

Młode zespoły często pytają mnie, jak wypromować swoje utwory. Chcą przebić się do mediów, bo wierzą, że grają muzykę porywającą dla fanów, mogą awansować do ekstraklasy krajowych wykonawców… Jest o co walczyć. Wystarczy jedna rozpoznawalna piosenka, hicior, nadawany przez rozgłośnie w całym kraju, żeby pojeździć trochę w sezonie z koncertami. Trzeba mieć przebój, a wtedy sprawny menadżer złapie odpowiednie kontakty w terenie: wykonawca może liczyć na zaproszenia do udziału w plenerowych imprezach, dyktując oczywiście stosowną kwotę jako wynagrodzenie za występ. W czasach internetu sprzedawanie płyt, zwłaszcza debiutantów, idzie słabo. Trzeba liczyć na koncerty, jeśli chce się swoją artystyczną działalność zdyskontować w jakikolwiek sposób, a nie pozostawać jedynie w zatęchłej przestrzeni garażu lub piwnicy.
Pytają mnie zatem o radę lub proszą o pomoc wprost. Staram się pomagać, jeśli mogę, choć promocja w lokalnej stacji ma się nijak do regularnego emitowania utworu na antenie ogólnopolskiego giganta. A problem pozostaje: tak naprawdę nie wie nikt, dlaczego niektórzy mają dobrze i w momencie debiutu osiągają sukces, a inni całymi latami tułają się w poszukiwaniu choćby drobnej cząstki medialnej popularności.
Z pewnością trzeba pytać o charakter wykonywanej muzyki. Metalowcom z zasady będzie znacznie ciężej niż wykonawcom pop. Tu nikt kłócić się nie zamierza – chcesz, żeby cię w radio puszczali, zagraj lekko, łatwo i przyjemnie. Co jednak z tymi, którzy (nawet zgodnie ze swym artystycznym podejściem) grają muzykę przyswajalną, a mimo to w mediach przebić się im trudno?
Wielu moich kolegów, jeszcze z radiowych czasów, piastuje dziś odpowiedzialne funkcje szefów muzycznych ogólnopolskich stacji. Rozmawiam z nimi, pytając – jak to robisz? Masz do wypełnienia ramówkę, w tych godzinach musisz zmieścić dziesiątki utworów różnych wykonawców… Kto ma priorytet, kogo będzie więcej, czy sam lansujesz kapelę, czy twoi szefowie dają ci wytyczne? A może są inne mechanizmy wyboru? Jakie?
Trudno prowadzi się takie rozmowy, bo chodzi o to, żeby nikogo nie obrazić. Najczęściej słychać odpowiedź, że decydują sami odbiorcy – widzowie, słuchacze. Chcą danej piosenki, więc się im ją daje. Po to mamy te wszystkie głosowania, plebiscyty, listy przebojów. Interakcja, kontakt z odbiorcą. No dobrze, na nowy przebój znanej kapeli chętnie wszyscy czekamy. Szef muzyczny ryzyka nie ponosi: dostaje od wytwórni singiel z nowej płyty znanego wykonawcy „x”, musi tylko wbić go do ramówki. A co wtedy, gdy trzeba wypromować debiutanta? I nie ma argumentu o woli odbiorców? Zawsze jest taki moment, że wykonawca wydaje pierwszą płytę i pierwszy z niej singiel staje się przebojem. Kłopot w tym, że nie wszystkim debiutantom dane jest wybicie się na gwiazdę.
To jasne, że o sprzedaży każdego towaru decydują mechanizmy rynkowe. Nie trzeba wzdragać się na myśl, że muzyka jest towarem. Jak wszystko, co podlega sprzedaży, choćby i najszlachetniejsze dźwięki są w tym systemie traktowane jak każdy inny produkt handlowy. A jeśli towar jest nowy, trzeba zainwestować w jego promocję. Wytwórnie płytowe wydają gwiazdy, a w swych budżetach na pewno rezerwują środki na inwestycje w nowe twarze. To czysty biznes: wytwórnie muszą w ogólnym bilansie wyjść na swoje, więc promocja debiutanta, o ile zapadnie decyzja o jego wspieraniu, mało ma wspólnego z dywagacjami merytorycznymi. Dobry ten kawałek czy nie? Każdy powie inaczej, ale nas wydawców nic to nie obchodzi: choćby krytycy nie pozostawili na tym suchej nitki uznajemy, że to się sprzeda, podejmujemy więc inwestycyjne ryzyko. Nasze własne ryzyko – jeśli pieniądze utopimy, nasza strata. Trudno więc dziwić się, że wytwórniom zależy na intensywnym promowaniu utworu w mediach. Gdy więc pojawiają się opinie, jakoby duże stacje radiowe i telewizyjne „siedziały w kieszeni” wydawców płyt, trudno w logiczny sposób im zaprzeczyć. Choć oczywiście szefowie muzyczni twierdzą, że to potwarz, a nikt przecież nikogo za rękę nie złapał. Każdy cynicznie przekonuje, że skoro nie ma dowodów na tak wyrysowany łańcuszek korupcyjny, nikt nie ma prawa oskarżać media o podobne przekupstwo.
Tkwimy więc w świecie hipokryzji. Media nie mogą sobie pozwolić na jawne przyznanie się do układów z wytwórniami. Nikt dowodów korupcji nie zgromadził, więc nie istnieje żaden precedens. Dopóki jakiś dziennikarz śledczy nie ujawni, że oto pewna rozgłośnia radiowa przyjmuje pieniądze od wytwórni płytowych za wypuszczanie w eter wybranych utworów, wskazywać nikogo palcem nie mamy prawa. A szef muzyczny stacji jawi się początkującym zespołom niczym bóstwo, trzymające w swych dłoniach klucze do szczęścia wybranego debiutanta…
Nie potrafię wskazać jednoznacznej drogi wyjścia z sytuacji. Potrzebne są pieniądze, własne lub zamożnego mecenasa w postaci wytwórni płytowej, by z nikomu nieznanego zespoliku wyrosła gwiazda pierwszej wielkości, rozpoznawalna w kraju i na świecie. Pytanie, jak do tych pieniędzy dotrzeć jest pytaniem otwartym. Bywa, że wydawcy płyt podejmują inwestycyjne ryzyko w oparciu o wiedzę, odnośnie undergroundowej popularności wykonawcy. Tu dobry przykład, COMA, która wychowała sobie w klubach Łodzi wierną publikę, zauważoną następnie przez koncern płytowy. Proces trwał wiele lat, ale jego zwieńczeniem był sukces, artystyczny i medialny. I to chyba najlepsza podpowiedź dla każdej początkującej kapeli.

Witam wszystkich serdecznie!
Pewnie większość osób, których będę miał zaszczyt powitać jako czytelników bloga, to znajomi – bliżsi lub dalsi, przyjaciele bądź ludzie, podtrzymujący ze mną kontakt, w jakiejkolwiek formie. Może też zdarzyć się, że wizyty będą tu składać osoby całkowicie mi nieznane, lub tacy, którzy dzięki internetowej relacji staną się moimi znajomymi.
Dziękuję, że jesteście. Wszyscy, realni znajomi czy przypadkowi zaglądający są dla mnie ważnymi gośćmi. Trochę w myśl teorii postmodernistów, że ogląd odbiorcy dopełnia dzieło sztuki. Nie traktujmy blogowania jako gałęzi literatury pięknej, ale cóż, każda ekspresja słowa pisanego zasługuje na miano twórczości. O klasie tejże na razie nie dyskutujmy.
W sensie zawodowym jestem dziennikarzem, pracuję w lokalnej stacji telewizyjnej, TV TOYA. Podobno cechuje mnie uniwersalizm, to chyba prawda – z zainteresowania, a często z formalnej konieczności, spojrzeniem ogarniać muszę w zasadzie każdą dziedzinę życia, od polityki przez kulturę do sportu. Najczęściej w zakresie łódzkim, lokalnym, ale z natury rzeczy szerzej: obserwuję rzeczywistość, polską, światową, w różnych jej przejawach. Często aż kipi we mnie ochota, by wnioski ubrać w słowa, czasem gorące – by taka publicystyczna lawa mogła zyskać jakiekolwiek ujście… Od razu powiem: nie będzie tu wspierania żadnej opcji politycznej. Niczym Stefan Kisielewski, mam poglądy – gospodarcze. Konserwatywno-liberalne, z takiej perspektywy zamierzam opisywać sprawy, które otaczają nas wszystkich, drażnią, irytują i bolą. Jednakże wbrew licznym piewcom rozwiązań kompromisowych w polityce, wcale nie uważam, że połączenie liberalizmu PO z konserwatyzmem PiS miałoby dla Polski znaczenie zbawienne. Z pewnością odkryjecie to w moich kolejnych wpisach.   
W sensie hobbistycznym jestem muzykiem rockowym. Od wielu lat grywam na gitarze basowej, najbliższe mi dźwięki metalowo-gotyckie. Zakładałem Sacriversum, przez osiem lat współtworzyłem Artrosis, dziś z przyjaciółmi rozpoczynamy (wraz z nowym rokiem) przygodę w nowo założonym Electric Chair. Czasem korci mnie, by dla odświeżenia nastroju pograć trochę bluesa – ale na to brakuje już czasu. Może wystarczy go na pisanie: ten blog ma zmieścić w sobie również uwagi w sprawach muzycznych, szołbiznesowych, tykających rzeczywistości polskiego rynku muzyki rozrywkowej.
Jest o czym pisać. Oby tylko wystarczyło – mnie weny, a Wam cierpliwości. Niemniej powołuję ten blog z nadzieją, że wiele ciekawych dyskusji znajdzie tu swój początek.      
Zapraszam Was serdecznie do ich podejmowania!
Remigiusz "Remo" Mielczarek
      


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine