remigiuszmielczarek.blog.pl

O wszystkim – od muzyki przez sport do polityki

Generał Brygady Janusz Brochwicz-Lewiński, ps.”Gryf”, jeden z ostatnich żyjących dowódców Powstania Warszawskiego, napisał po wyborach na swoim Facebooku (!):

Legendarny dowódca obrony Pałacyku Michla wstrząsa sumieniem narodu, ale „bryły świata” z posad nie ruszy. Wyborczy skandal jest faktem, wszystko jedno kto z niego skorzystał – Polska, zarówno w oczach swoich własnych obywateli, jak też i pękającego ze śmiechu grona sąsiadów, znów leży na plecach i nie wstaje… Mnożą się apele, podające trwożnie w wątpliwość zagadnienie bezpieczeństwa: kraj zdaje się być całkowicie pozbawiony jakichkolwiek mechanizmów obronnych przed obcymi interwencjami, zarówno w sferze funkcjonowania instytucji publicznych, jak i w obszarze polityki. Wprawdzie już wcześniej, w latach 2006 i 2010 zdarzały się tzw.szwindle wyborcze na mniejszą skalę (kto chce, niech prześledzi reakcje ówczesnej prasy na składane w sądach doniesienia) – ale nigdy hucpa z liczeniem głosów nie była tak bezczelnie jaskrawa, po raz pierwszy też afera objęła swym zasięgiem cały kraj. Ludzka naiwność ma swoje granice – uspokajające wyjaśnienia władz, że to tylko wadliwość elektronicznego systemu i będący jej konsekwencją bałagan decyzyjny, nie wystarczają (na szczęście) zdruzgotanej skalą przekrętu opinii publicznej, w której nawet najbardziej życzliwi akolici rządzących muszą z zakłopotaniem przyznać, że coś tu jest nie tak… Nie ma tutaj, powtórzmy, znaczenia, która partia i na jakim poziomie władzy samorządowej zyskała na aferze z głosami: zwykły „Kowalski” wychodzi spod tego prysznica przekonany, że mieszka w kraju kompletnie sparaliżowanym w podstawowych funkcjach życiowych. Widać gołym okiem, że w tak wymyślonym systemie działania państwowych mechanizmów, zawalić się może wszystko, nic natomiast nie jest stabilne ani wiarygodne. Włączając w to bezproblemowy dostęp ewentualnych wrogów kraju (wsio rawno, skąd ich przywieje) do procedur, które powinny być całkowicie odporne na jakiekolwiek zewnętrzne próby zakłócenia ich toku, mamy jasność obrazu wyostrzoną aż do przesady. My, zwykli ludzie, nie chcemy w tym brać udziału. Teraz jeszcze bardziej, niż nie chcieliśmy wcześniej. Znów nas korci, by korzystając z otwartych granic wiać znad Wisły jak najdalej – a jeśli mimo wszystko różne sprawy trzymają nas w polskim domu, myśl o jakimkolwiek głosowaniu przy wyborczych urnach wypełnia nas uczuciem obrzydzenia…

Obawiam się zatem, że w Polsce, gdzie od legendarnego, wolnego 1989 roku nigdy frekwencja wyborcza nie powalała swoimi rozmiarami, teraz będzie jeszcze gorzej. O ile wcześniej wielu rezygnowało w przekonaniu, że np. nie warto oddawać głosu na tych, którzy porażkę już mają „zaklepaną” sondażowymi prognozami – jutro wielu nie pójdzie mając pewność, że w Polsce każdy głos można zgubić, ukraść albo źle policzyć – a wyniki sfałszować najbezczelniej, „na legalu”, śmiejąc się złośliwym rechotem w twarz ogłupionemu narodowi…  Może politycy zakładają, że za rok, przed wybieraniem posłów i senatorów, ludność zapomni o całej tej samorządowej zadymie. Nie sądzę. Jeśli komuś z Was się zachce, złapcie mnie jesienią 2015 za słowo: twierdzę, że w parlamentarnych zanotujemy historyczny rekord najniższej frekwencji wyborczej w dziejach Wolnej Polski. Za to procent Polaków, przebywających stale na emigracji, będzie dla odmiany najwyższy w tejże historii. Jeśli będzie inaczej, wypomnijcie, odszczekam ze szczerą i prawdziwą przyjemnością. Sam jednak do wyborów już chodzić nie będę. To żadna przyjemność być wciąż tak samo dymanym, za własną kasę, przez kilkuset obywateli, za wszelką cenę starających się utrzymać przy władzy.

„Istnieją małe kłamstwa, wielkie kłamstwa – i statystyki”. Oto ulubione powiedzenie wolnościowców, którzy z wielkim dystansem traktują obraz świata, kreowanego w mediach w oparciu o wszelkie możliwe sondaże. Jak pokazuje życie (także i młodej, nadwiślańskiej demokracji) wyniki politycznych wyborów mają się jedynie z grubsza do liczb, osiąganych w badaniach na rozmaitych „próbkach” respondentów. Nie tylko o sondaże zresztą chodzi: gdyby wierzyć badaczom/statystykom, działającym na innych polach, rzeczywistość nasza przypominałaby świat fantazji. No bo jak inaczej pojąć wiadomość, że statystycznie każdy Polak wypija w ciągu roku, na przykład, pięć litrów alkoholu? A taki pan Kowalski, który jest całkowitym abstynentem – też? A inny pan, powiedzmy – Nowak – który wypija litr spirytusu dziennie, także mieści się w normie statystycznego Polaka? Tak mniej więcej działają sondaże. Mogą nam dać obraz rzeczywistości jeśli nie całkowicie zafałszowanej, to na pewno nie do końca odpowiadającej prawdzie.

Badania sondażowe mogą być natomiast znakomitym sposobem wyborczej manipulacji. I z pewnością, jako socjotechniczne narzędzie wpływu na wyborców, są używane. Dlaczego twierdzę tak z pełnym przekonaniem? To proste: badania prowadzone wobec tych samych kandydatów, na innych grupach respondentów i przez różne instytucje badawcze, dają nam wyniki kompletnie od siebie odległe… Jednym z cytowanych często w necie przykładów jest ostatni sondaż Gazety Wyborczej, dający Hannie Zdanowskiej, kandydatce Platformy Obywatelskiej na prezydenta Łodzi, pięćdziesiąt procent poparcia wśród tutejszego elektoratu. Przy jednoczesnym wskazaniu zaledwie czternastu procent poparcia dla jej  najgroźniejszej konkurentki, Joanny Kopcińskiej (niezależnej ze wsparciem PiS). Budzi zdumienie, że inne sondaże nie pokazują aż takiej różnicy – na przykład 38% do 28% w konkurencyjnych badaniach, prowadzonych przez firmę o dużym stopniu społecznej wiarygodności… Nie chodzi o to, jakie NAPRAWDĘ poparcie generują poszczególni kandydaci, ale o to, jak wielką nieprawdę pokazują nam tutaj sondaże. Bo przecież, zwróćmy uwagę, nie chodzi o różnice rzędu kilku procent, ale o zupełnie inne mapy społecznego poparcia!

Warto więc zachować rozsądek w stosunku do badań sondażowych, a przede wszystkim: nie dajmy się manipulować! Abstrahując już od tego, jak na wynik sondażu można wpływać podczas badań, oraz że wyniki te można po prostu sfałszować – prezentowane liczby mogą, najzwyczajniej w świecie, wpłynąć na zachowania wyborcze każdej grupy ludzi…  Wśród nas jest bowiem wielu takich, którzy widzą sens oddania głosu na kandydata jedynie wówczas, gdy „ma on szansę na zwycięstwo”. W innym przypadku osoby takie uznałyby swój głos za zmarnowany. Czemu tak jest? Wiedzą zapewne socjologowie, ale nie dyskutujmy z faktami: wielu wyborców nie podchodzi do urn z jakąkolwiek znajomością politycznego programu kandydata. Liczy się coś zupełnie innego, a wśród innych „atrybutów” również ewentualna przewaga, jaką jeszcze przed elekcją nasz kandydat może wypracować sobie nad konkurentami. Lubimy stanąć po stronie wygranych! Dlatego sondaże są tak ważne: znając je z publikatorów masowych, ludność pracowicie przelicza procenty i wybiera sobie taką osobę, która – według przewidywań – ma dużą szansę na wygraną. Stąd powód, dla którego sondaże stały się groźną bronią w bezwzględnej, przedwyborczej walce. Pokazując „mizerne poparcie” dla reszty kandydatów, można wypromować jednego, na którego wiele osób odda swe głosy w przekonaniu, że ten zwycięży. Albo zniechęcić do stawienia się przy urnach tych, którzy planowali głosowanie na konkurencję…

Kłopot w tym, że nigdy nie ma jednego w pełni skutecznego wzoru prowadzenia badań sondażowych: właśnie dlatego żadnej z sond nie można do końca wierzyć. Ale publikacja wyniku idzie w świat, odbiorcy nie zastanawiają się, czy sondaż jest wiarygodny, tylko zapamiętują wysokość słupków. Bo ufają medium, które dany sondaż publikuje. I koło nam się zamyka – wykorzystując przychylne media można, przy odrobinie socjotechnicznej zaradności, poważnie wpłynąć na realny wynik wyborów. I to zgodnie z prawem, bez żadnych nieprzyjemnych konsekwencji.

Apeluję więc: nie patrzmy na sondaże, głosujmy zgodnie z własnymi poglądami, politycznym rozeznaniem i stanem posiadanej wiedzy. Mamy też prawo, by do wyborów nie iść. Jestem pewien, że dla wielu Polaków będzie to – niestety! – rozwiązanie najbardziej zgodne z własnym sumieniem czy wyznawanymi poglądami… Nie każdy lubi głosować na kandydata, z którym zgadzamy się „częściowo”, wybierając „mniejsze zło”. A i też niewielu jest takich, z którymi zgadzamy się w stu procentach. A jednak trzeba pamiętać o tym, że według obowiązującego prawa ktoś będzie tymi gminami, powiatami i regionami przez najbliższe cztery lata zarządzał – mamy wpływ na to, kto to będzie i co zrobi. A o zmianie ustroju na lepszy porozmawiamy przed wyborami parlamentarnymi.

Gorąco, ponad trzydzieści stopni. Letni dzień, miasto wyludnione – ale rozkopane, więc jeździć musimy objazdami. Umówiliśmy się z dziadkiem na spotkanie, więc trzeba było Rozalkę upiąć w fotelik i podjechać te kilka przecznic autem. Nie przewidzieliśmy, że nasze osiedle (łódzka Retkinia) będzie w tym samym czasie celem akcji potężnej grupy terrorystycznej…

Kilkusetosobowa grupa rowerzystów zablokowała nam od razu wyjazd z ulicy. Tak zwaną Masę Krytyczną obstawia Policja, bo akcja jest legalna, ma wszystkie potrzebne zgody magistrackich urzędników na organizowanie happeningu. Ciągle, co jakiś czas. Nie było jak zawrócić, bo staliśmy na jednokierunkowej, choć wielopasmowej ulicy Retkińskiej: Policja skutecznie odcięła pasy skrętu, uniemożliwiając ucieczkę. Robiło się coraz goręcej…  Mojej trzyletniej córeczce po dwudziestu minutach stania skończył się soczek. Zaczęła płakać, uciekać z fotelika. Nic nie dało otwieranie okien, chłodzenie. Wziąć jej na ręce nie mogłem, obserwowany przez policjantów: siedząc za kierownicą modliłem się tylko, żeby te rowerowe bydlaki już stąd zniknęły, bo jeśli potrwa to jeszcze chwilkę, lekceważąc funkcjonariuszy wyrwę zza kółka, chwycę pierwszy lepszy kij i rzucę się z wrzaskiem w środek pedałującej ciżby…

Gdy wreszcie przejechali, z ulgą ruszyliśmy. U dziadka mała odzyskała humor, ochłodziliśmy ją, było OK. Ale wkrótce trzeba było wracać do domu. I wtedy – wyjeżdżając spod dziadkowego bloku, znów natknąłem się na funkcjonariuszy z lizakami. Masa Krytyczna pokazała się zza zakrętu, bo objeżdżali osiedle dookoła… Tym razem Rozalka zaczęła płakać po pięciu minutach. Ze wszystkich sił, niemal nadludzkim wysiłkiem powstrzymywałem się, by nie wcisnąć gazu do dechy i nie wbić się, z pełną prędkością, w rowerowy tłum. Którego poszczególni uczestnicy, specjalnie wolno i ze złośliwymi spojrzeniami, kierowanymi w stronę zgrzytających zębami kierowców, realizowali właśnie swój szczytny postulat budowania kolejnych ścieżek rowerowych w mieście…

Masa Krytyczna zbiera się regularnie, co jakiś czas – i od kilku lat ma ten sam cel: dać do zrozumienia politykom w urzędniczych mundurkach, że rowerzyści są siłą, z którą należy się liczyć. Zwłaszcza przed każdymi wyborami. I że siła ta wykorzysta wszystkie możliwe środki, by wymusić na władzy skuteczne dla rowerzystów działanie. A urzędnicy łatwo ulegają Masie. Od samego początku manifestacja rowerzystów jest działaniem legalnym – tak, jak legalna była większość blokad Leppera, przez które paraliżowane były drogi w całej Polsce. Wojna łódzkich rowerzystów z kierowcami, o tzw. zrównoważony rozwój miasta (to znaczy przywileje dla rowerzystów i komunikacji zbiorowej kosztem swobody ruchu kołowego w mieście) toczy się zatem na dwóch polach. Z jednej strony jest to nacisk na władze, z drugiej – terror drogowy wobec samych kierujących, którzy zmuszani są do długotrwałego oczekiwania na przejazd Masy Krytycznej, bez względu na to, czy na przykład w aucie nie znajduje się chore dziecko…

Z tego właśnie powodu – wymuszania na kierowcach postoju, choć postulaty skierowane są do urzędników – uważam, że Masa Krytyczna jest działaniem bandyckim, choć legalnym. Powinna być natychmiast zakazana, a w razie jakiejkolwiek próby jej zorganizowania, rozpędzana przez Policję strzałami z broni gładkolufowej. Nic bowiem nie usprawiedliwia takiego (nawet legalnego) działania jakiejś grupy interesów, które ogranicza wolność innych ludzi w przestrzeni publicznej.

Przypominam rowerzystom, a także postronnym zwolennikom Masy Krytycznej, że publiczne drogi są dla wszystkich. Nie tylko dla rowerów. Każdy z Polaków płaci podatki m.in. po to, by móc swobodnie, w każdym czasie, korzystać z publicznej drogi. Ograniczanie obywatelom takiego prawa powinno być uznawane za przestępstwo, nie zaś ochraniane przez mundurowe służby jako legalna manifestacja, raz na kwartał. Wydawanie zgody na akcje, które zawsze są  kpiną z wolności obywatelskiej ludzi nie biorących udziału w Masie, jest jawnym skandalem, nadużyciem władzy urzędników miejskich – i powinno być natychmiast zastopowane.

Znanym prawem wolnościowym jest bowiem stwierdzenie, że „wolność mojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się twoja twarz”. Nikt nie broni rowerzystom walki o prawa dla siebie, własnej grupy interesu – dopóki walka ta, w jakiejkolwiek formie prowadzona, nie narusza wolności innych ludzi. Żądania łódzkich rowerzystów są bardzo słuszne: chcą oni, przede wszystkim, budowy sieci bezpiecznych dróg rowerowych w całym mieście. Znakomity pomysł! Budujmy te drogi (oczywiście nie w formie kretyńskich, zwiększających korki pasów, malowanych na asfalcie – tylko oddzielnych, bezpiecznych arterii w sąsiedztwie drogi dla aut) wszędzie, gdzie jest to możliwe. Ale nie domagajmy się swych praw formą protestów, która nie dość, że paraliżuje komunikacyjne życie miasta, to jeszcze ewidentnie zagraża bezpieczeństwu jego uczestników…

Masa Krytyczna jeździ po Łodzi od dawna. Już po pierwszych jej edycjach władze zaczęły życzliwie reagować na postulaty rowerzystów. Ścieżki rowerowe są konsekwentnie, stopniowo budowane. W oparciu o harmonogram ich rozbudowy, już dawno wymyślony, przekonsultowany i wdrażany z sukcesem. Trwa remont trasy WZ, prowadzony stuprocentowo po to, by główną osią drogową wschód-zachód jeździło się lepiej łódzkim rowerzystom i pojazdom MPK. Realizowany jest wciąż szereg rozmaitych działań, mających przybliżyć Łódź do idei „europejskich miast zrównoważonego rozwoju”. Apeluję do rowerzystów: Ludzie! Opamiętajcie się! Czego jeszcze chcecie? Mało Wam tych ułatwień, mało przywilejów, mało uległości lokalnych urzędników? Po jaką cholerę jeszcze wsiadacie na te rowery i przeszkadzacie innym żyć! Niewiele brakuje, by – jak w przypadku mojej córeczki, szczęśliwie odratowanej z tarapatów – któraś z waszych bezczelnych, butnych manifestacji zakończyła się tragedią! Ale gdy to się stanie, będzie już za późno… Możemy wszyscy: rowerzyści, kierowcy, piesi, nawet kurwa motolotniarze – działać na rzecz korzystnej przebudowy łódzkiej infrastruktury komunikacyjnej. Tylko, na wszystkich bogów, zmieńcie swoje metody! Bo terrorem zyskujecie tylko wrogość drugiej strony, zamiast starać się o jej przychylność czy współdziałanie.

Stało się – Sejm, prawie jednogłośnie, przegłosował opodatkowanie umów-zleceń. Od stycznia 2016 każda umowa tego rodzaju będzie obciążona daniną na ZUS.

Jest to kolejny akt bezczelnego okradania Polaków, świadomego doprowadzania ich do ubóstwa i bezrobocia, a wskutek tego powiększania tragicznego zjawiska: masowej emigracji znad Wisły. Taką właśnie politykę: świadomego wyniszczania narodu kosztem profitów dla własnej, polityczno-urzędniczej kasty, funduje nam (kolejny rok z rzędu) zawłaszczająca władzę w kraju Platforma Obywatelska. Przy zgodnym wsparciu wszystkich ugrupowań opozycyjnych w Sejmie: przeciwko ustawie głosowało jedynie ośmiu posłów.

Czemu twierdzę, że polityka „ozusowywania” wolnych umów jest złodziejstwem? Przecież – mówią socjaliści – taki obowiązek wzmocni finanse budżetu państwa! A zatem „wszyscy zarobimy”, a dodatkowo wykonawcy zleceń, często mając w nich jedyne źródło utrzymania, zyskają świadczenie emerytalne, którego wcześniej byli pozbawieni. Lepsza choćby najmniejsza, gwarantowana emerytura, niż zostawienie tych ludzi na starość bez jakiejkolwiek pomocy.

Serdecznie dziękuję za taką „pomoc”!!!  Czemu pracodawcy zatrudniali dotąd na umowę-zlecenie lub o dzieło (jeśli, po ostatnim zaostrzeniu przepisów, zlecona praca uznana za „dzieło” może jeszcze być…)? Ano dlatego, że nie stać ich na stałe zatrudnianie podwykonawców. Za każdą kwotę wypłaconą do ręki pracownikowi, zatrudnionemu umową o pracę, trzeba oddać ZUS-owi trzy czwarte tejże kwoty, w formie obowiązkowego świadczenia. Nowe przepisy taką samą daninę nakładają na umowy-zlecenia. Zatem droga ucieczki się zamyka. Wybór będzie prosty: albo zwalniam pracownika, dotąd zatrudnianego na zlecenie, albo on godzi się na znaczne obniżenie swojej wypłaty (inaczej nie stać mnie będzie na opłacenie ZUS-u od tej umowy).

Dodatkowo każdy przedsiębiorca, bez względu na to, ile miesięcznie zarobi, musi oddać ZUS-owi tysiąc złotych ze swojego przychodu. Od przyszłego roku – tysiąc sto. Tylko że ustawodawcy jakby zapomnieli, że 80% dochodu narodowego spływa do budżetu państwa od najmniejszych firm, ledwie wiążących koniec z końcem w surowych warunkach prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Aby w ogóle jakoś funkcjonować, małe i średnie firmy często zatrudniały ludzi na umowy dotąd nazywane „śmieciowymi”: unikały w ten sposób dobijających je kosztów pracy, a zatrudnianym pozwalały jakoś zarobić na życie. Skoro Rząd i Sejm (przy wielkim wsparciu, co również podkreślam z całą mocą, związku zawodowego NSZZ „Solidarność”) uparły się, żeby zlikwidować „śmieciówki” – zlikwidują przy okazji całe mnóstwo firm, które jakoś wychodziły na swoje dzięki tańszym dla nich umowom-zleceniom. Jeśli komuś, z powodu zbyt wysokich kosztów pracy, dalsze prowadzenie firmy nie pozwoli zarabiać na życie – to ją zwinie. A zatrudnionych dotąd na zlecenie ludzi zostawi bez pracy. W ten oto sposób nasze władze, posługując się sloganami szlachetnych („opiekuńczych”!) działań, dobijają własny naród.

Pomijam już fakt, że aby dosłużyć się w Polandzie najmniejszej ustawowej emerytury trzeba pracować kilka (bodaj pięć) lat na umowie, objętej obowiązkowym haraczem na ZUS. Ale nikt nie wie dziś, jaka będzie wysokość uprzejmie wypłacanego przez państwo świadczenia emerytalnego – ani kiedy tak naprawdę staniemy się beneficjentami opłacanej składki. Wiemy, że będzie to „jakaś”emerytura, według „jakichś” kryteriów zliczana, a wiek emerytalny dla mężczyzn i kobiet zmienia się prawie co sejmową kadencję… Żaden z nas nie ma własnego konta emerytalnego w ZUS, na którym powinny być magazynowane składki każdego pracownika. A pieniądze dziś przez system zbierane od nas w formie coraz większego haraczu, wpływają na konto ZUS-u, który przeznacza je – zamiast oszczędzać dla wpłacających – na wypłatę bieżących świadczeń. ZUS jest bowiem bankrutem, czego nie ukrywają nawet politycy: z tym bolesnym spadkiem po komunie, jak z wieloma innymi, nikt jeszcze w „wolnej” Polsce nic nie zrobił. Mówienie zatem, że „ozusowanie” umów-zleceń jest korzystne dla pracujących na nich ludzi to wierutne kłamstwo, wsparte argumentami obrzydliwej socjotechniki.

Piszący te słowa przez dwadzieścia lat pracował – niemal wyłącznie – na umowę o dzieło. Proszę sobie wyobrazić, że ważny człon tak pozornie wielkiego koncernu medialnego jak Telewizja TOYA zatrudnia większość swoich ludzi na „śmieciówki”! Inaczej nie stać by go było na zatrudnienie choćby połowy kadry, potrzebnej do obsługi niezbędnych zadań redakcyjnych… Z zarabianych na rękę pieniędzy odkładałem sobie co miesiąc jakieś (według dzisiejszych stawek) trzy stówy na obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne. I sam je płaciłem, bo człowiek musi jakoś zadbać o siebie w razie zdarzeń losowych. Drugie tyle przeznaczałem na składkę emerytalną, bo przecież kretynizmem byłoby nie zabezpieczyć sobie jakiejkolwiek emerytury… I co? I jakoś do tej pory żyję bez „pomocy” dzielnych polityków chcących nam wmówić, że tylko ZUS i jego przewodnia rola w systemie ubezpieczeń społecznych może dać Polakom szczęśliwą przyszłość. W biednym kraju, jakim jest Polska, nie powinno być żadnego obowiązkowego ubezpieczenia społecznego! Powinien za to istnieć normalny, wolny rynek usług ubezpieczeniowych (bez żadnych państwowych molochów, zakłócających jego mechanizm!). Na tymże rynku ludzie powinni mieć wolny wybór ubezpieczyciela – i znaleźć sobie najlepszą ofertę, świadczeń zdrowotnych i emerytalnych. I tyle. Bez żadnych bankrutujących ZUS-ów, pożerających nasze pieniądze na podtrzymanie swojego trwania. Bez żadnych socjalistycznych partii, których jedynym prawdziwym celem rządzenia jest zabezpieczenie kasy na potrzeby swojej własnej sitwy.

Ludzie, nawet ci najprostsi, w końcu zorientują się, że są bezczelnie cyckani przez system, podtrzymywany wysiłkiem kilku partii. Już zaczynają przeglądać na oczy. A przez najbliższe dwa lata, gdy zmuszeni będą uciekać do szarej strefy lub zagranicę, zrozumieją jeszcze więcej – bo dotknie to ich własnej kieszeni. I może wówczas pozwolą w głosowaniach, by szkodliwy system upadł. Do stworzenia nowej, wolnej gospodarczo rzeczywistości, wystarczy na początek ośmiu posłów.

„To jest koniec tej drużyny” – powiedział mój wujek, który z niejednego pieca chleb jadł, po zakończeniu w 1996 roku fazy grupowej Ligi Mistrzów. Przetrzebiony kontuzjami Widzew, bez odpowiednio długiej ławki rezerwowych, choć walczył dzielnie, poległ w rozgrywkach. Borussia Dortmund, Atletico Madryt i Steaua Bukareszt, okazały się za mocne dla zespołu, który nie mógł w ani jednym z grupowych spotkań wystawić do gry pełnego składu… Wówczas, choć pełni szacunku dla mądrego wujka, śmialiśmy się w rodzinie z czarnej przepowiedni. Sprawdziła się dubeltowo: Widzew zaklął Ligę Mistrzów, od tamtej pory żadna z polskich drużyn nie wspięła się na poziom grupowych eliminacji. A dziś – czas to stwierdzić oficjalnie, choć z wielkim smutkiem – na naszych oczach dokonuje się właśnie koniec drużyny Widzewa. Tej wielkiej, dzielnej i przez lata budującej ogromną część tradycji polskiej piłki – ale i tej mniejszej, która w minionym osiemnastoleciu próbowała jakoś nawiązywać do chwalebnej przeszłości.

Czemu tak piszesz, spytają kibice? Wprawdzie Widzew dołuje, jest wyraźny kryzys sportowy – ale trudno mówić o jakimkolwiek końcu organizacyjnym. Klub istnieje, ma funkcjonującą strukturę, władze, utrzymuje drużynę, spłaca długi… Sportowo zawsze może być lepiej, ale są jakieś perspektywy: będzie nowy stadion, a dopóki nie powstanie i tak poziom rozgrywek nie ma większego znaczenia. Przecież Widzew podczas remontu będzie musiał przenieść się z meczami na inny obiekt. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej!

Długo myślałem podobnie, latami podtrzymywałem w sobie nadzieję. Dziś już nie mam złudzeń. Widzewa nie ma – choć właściwie jest, ale zupełnie gdzie indziej. W B klasie. TMRF Widzew 1910 wygrał właśnie szóste spotkanie i utrzymał pozycję lidera w swojej grupie. Mecz – na stadionie przy al. Piłsudskiego 138! – oglądało oficjalnie 999 kibiców. Więcej nie mogło, choć chciało. Nowe stowarzyszenie musi mieć zgodę na organizację imprez masowych, nie ma jej, więc trzeba pilnować ograniczeń. Ci, co przyszli, stworzyli profesjonalną oprawę pod krytą trybuną. Wcześniej, na meczu „dużego” Widzewa, kibiców prawie nie było, trybuny świeciły pustkami. A zespół Sylwestra Cacka znów przegrał. Jest na dnie pierwszoligowej tabeli bez większych szans na uniknięcie spadku do ligi drugiej.

Oto powód, dla którego twierdzę, że nieoficjalnie Widzew przestał istnieć: odrzucili Go kibice. Uznali, że klub sportowy, od siedmiu lat dowodzony przez Sylwestra Cacka przy al. Piłsudskiego nie jest już ICH Widzewem. Zabrali swoje flagi, transparenty, swą miłość – i przenieśli to wszystko na B-klasowe poletko. Gdy jednak „poletko” przy Piłsudskiego nagle można było, mocą umowy z MOSiR-em, nagle zaadoptować na potrzeby TMRF (stadion Widzewa jest własnością miasta, okazało się, że jest szansa go stamtąd wynajmować!), rozległ się potworny, złośliwy chichot historii… Pan prezes Cacek robi swoje, kibice swoje. Na tej samej trawie. Ale nic już nigdy nie będzie jak dawniej: drogi działaczy i kibiców rozeszły się, trudno wierzyć, że jeszcze kiedyś zejdą się ponownie. W każdym razie dziś nic na to nie wskazuje.

Ponieważ klub piłkarski bez kibiców sensu większego nie ma, nad Panacackowym interesem zebrały się nagle czarne chmury. Albo nie, powiem inaczej – być może właśnie zdarzyło się coś, co wreszcie da Sylwestrowi Cackowi ostateczny argument do ogłoszenia całkowitej upadłości Widzewa. By wreszcie zwinąć żagle, pogodzić się ze stratą wpompowanych w klub (okazało się, że całkowicie bezsensownie) sześćdziesięciu milionów złotych. Nie brak głosów, że od pewnego czasu pan Sylwester Cacek na taki pretekst czekał z utęsknieniem. Gdy tylko okazało się, że szansa na odzyskanie zainwestowanych w Widzew środków bardzo się oddala (przypomnę, z tematem rozbudowy stadionu klub przepychał się z Magistratem parę lat) może biznesmen z Piaseczna nabrał przekonania, że tylko ucieczka „z twarzą” pozwoli mu na pozbycie się uciążliwego balastu. A może prawda jest dokładnie odwrotna? Może Sylwester Cacek, podbudowany wreszcie zawartą z Ratuszem umową, postanowił przeczekać – na przykład w drugiej lidze – na stadion, wybudowany przez Miasto, na miejskim przecież terenie… Jakoś przebiedujemy te dwa, trzy lata, mógł pomyśleć prezes Widzewa zakładając, że koszty utrzymania drużyny na tym poziomie są do przyjęcia. Po to, by później zacząć odzyskiwać utraconą kasę na zbudowanym już stadionie: mając obiekt, można uruchomić cały interes, przynoszący jakieś dochody. Market, sklepy z pamiątkami, parkingi, knajpeczki dla kibiców – tak działają zachodnie kluby, zarabiają na całym tym cyrku wokół drużyny, która sama jest z założenia produktem deficytowym. I nic w tym zdrożnego, pomyśli kibic, niech prezes-właściciel godziwie zarobi, niech się odkuje za zmarnowane w Widzewie lata. Byleby wreszcie zagwarantował nam jakiś poziom tej gry! Bo przecież serce się kraje, co te patałachy teraz wyprawiają…

Sęk w tym, że najwyraźniej kibice Widzewa stracili cierpliwość. I postanowili wziąć sprawę we własne ręce: zrobić Widzew „na swoim”. Zacząć od zera po to, by samemu do czegoś dojść. Pewną konfuzję wzbudza fakt, że na meczu TMRF Widzew 1910 z Hetmanem Łódź pojawili się dawni włodarze „dużego” klubu: np. Andrzej Pawelec czy Andrzej Wojciechowski. A także piłkarze, stanowiący kiedyś o sile Wielkiego Widzewa, starzy mistrzowie, wykuwający legendarny „Widzewski Charakter…” Ta konfuzja dotykać może (jednak nie wierzę, że jest całkiem obojętny) prezesa Sylwestra Cacka, któremu rząd dusz ewidentnie wymknął się z rąk. Czy to dla niego problem, czy raczej szczęście – przekonamy się niebawem…

Jest mi ogromnie szkoda, że Widzew ludzi Cacka się zawalił. Mniejsza o błędy, jakie przez te siedem lat zostały popełnione. Mniejsza o prawdę w sprawie obecnej polityki klubu. Chodzi o to, że na tamte czasy, lat temu siedem, biznesmen z Piaseczna był dla – tonącego już powoli – klubu kimś ogromnie ważnym. Prawdziwym wybawieniem. Kibice mu naprawdę uwierzyli, zaufali snom o potędze i odetchnęli z wiarą, że nastał kres ich niepokoju o los ukochanego Widzewa. Dziś, na wypełnionej trybunie meczu z Hetmanem w B klasie widać wyraźnie, jak bardzo się ci ludzie pomylili. I jak bardzo ich zaufanie zostało połamane.

 

Szkocja to piękny kraj. Ba, cudowny! Kto nie zajrzał choć na chwilę w głąb Doliny Łez (Glencoe), nie wspiął się na mglisty Ben Nevis w paśmie Grampianów, nie pospacerował choć godzinę wybrzeżem romantycznego Loch Lommond – lub nie popłynął w rejs z Inverness do Fort William, szukając legendarnego potwora z Loch Ness, traci wiele… Wśród malowniczych, szkockich gór żyją nader sympatyczni ludzie. Choć krzywdzący stereotyp wkleja im łatkę skąpców. Nic bardziej błędnego, Szkoci umieją liczyć i oszczędzać – ale gdy będziesz w potrzebie, oddadzą ci ostatnią koszulę. I do tego poleją szklaneczkę lokalnej whisky. Życzliwi górale, pielęgnujący dumną tradycję odwiecznej walki z angielskim okupantem, na równi z dbałością o przywdziewanie co niedziela klanowego stroju z obowiązkową spódniczką (kilt), traktują troskę o wyniki swych piłkarskich drużyn.

Mała liga szkocka zawsze grała nieco w cieniu wielkiej angielskiej Premiership, opromienionej sławą historycznie pierwszej, kolebki futbolu. Ciekawe, że podróżując po Szkocji najczęściej natyka się człowiek na kibiców trzech klubów. Widać szaliki Celticu Glasgow (wiadomo, że idzie kibic-katolik), Rangersów (to dla odmiany klub protestancki, unionistyczny) oraz… pomarańczowe barwy Dundee United. W samym Edynburgu, gdzie z powodzeniem działają przecież dwa istotne dla Scottish Premier League kluby: Hearts of Middlothian i Hibernians, jest ponoć więcej kibiców drużyn z Glasgow, niż lokalnych. Nie do pomyślenia w polskich realiach! Cóż, pewnie w niewielkim kraju bardziej działa magia sukcesów i historii, choć pod tym względem dziwić może kompletny brak popularności takiego choćby Aberdeen FC… Jednak bardziej od mapy szkockich sympatii klubowych interesować nas może ogólne poczucie przywiązania tamtejszych fanów do zespołu narodowego.  Już niedawne referendum niepodległościowe, choć przegrane, ujawniło spore zaangażowanie dzisiejszych Szkotów w sprawę wzmacniania narodowej dumy i siły. Niebieskie flagi z białym krzyżem godnie powiewają nad sektorem kibiców reprezentacji Szkocji, najczęściej także wtedy ubranych w klanowe stroje, nierzadko wygrywających tradycyjne melodie na popularnych dudach (pipes)… A zwykłe wśród Szkotów oddanie narodowi, połączone z doświadczeniem lat ciężkiej walki góralskich partyzantów z angielskim najeźdźcą, jak na dłoni widoczne jest w poczynaniach ich reprezentacji na boiskowej murawie.

Piłkarze Szkocji przenoszą bowiem do gry wszystko, z czego historia ich narodu najbardziej słynie: waleczność, niezłomność, zapalczywość. Nawet ich taktyka, oparta na atletycznie usposobionej, twardej defensywie – z groźnymi wypadami w kontratakach, gdy nadarza się okazja: to wszystko kojarzy się jednoznacznie z losami niepodległościowej walki szkockich górali… Trudno przeto się dziwić, że we wczorajszej batalii o eliminacyjne punkty Polacy łatwo nie mieli. Nasza kadra, przetrzebiona kontuzjami, liżąca rany po wyczerpującym boju z Niemcami, stanąć musiała naprzeciwko twardej, choć mało finezyjnej, góralskiej ekipy. Było wiadomo, że nie będzie to spacerek: dotychczasowe wyniki drużyny z nowym trenerem, Gordonem Strachanem, stawiały Szkotów w roli jeśli nie faworyta, to na pewno równorzędnego przeciwnika naszych Orłów.

Tu jednak los skojarzył ze sobą drużyny o podobnym charakterze. Polacy, jak Szkoci, nigdy łatwo z sąsiadami nie mieli. Z niepodległością też bywało różnie: najczęściej trzeba było krwawo ją sobie wywalczyć. I boisko na Stadionie Narodowym w Warszawie znów okazało się zwierciadłem rzeczywistości: takiż, dość przecież krwawy przebieg, miało to spotkanie. I chyba remis zdaje się wynikiem sprawiedliwym, nie krzywdzącej żadnej z walecznych stron, z których żadna nie pretenduje do miana gwiazd światowego futbolu, za to obie żmudnie wycinają sobie drogę po jakikolwiek piłkarski sukces… Nam Polakom (a także im, Szkotom) wczorajszy mecz zostawia jedną najważniejszą informację: żadna z tych dwóch drużyn nie traci szans w walce o Euro-kwalifikacje. My zostajemy na pierwszym miejscu w tabeli, Szkoci są na czwartym – ale mają tylko trzy punkty straty do nas i drugiej Irlandii. Jeśli pogrążeni w kryzysie Niemcy będą nadal gubić punkty, a Polska i Szkocja pójdą drogą zwycięstw, zwłaszcza wobec Irlandii – obie awansują na turniej. I powiem szczerze, bardzo bym sobie tego życzył. :)

Nie mieliśmy prawa tego meczu wygrać, a jednak – stało się. Oni tacy słabi czy Polacy dobrzy tacy? W historii naszej publicystyki sportowej chyba nie było wydarzenia, które zyskałoby aż tak wielki oddźwięk w komentarzach prasowych. Teraz mamy jeszcze internet, więc analizami można wręcz oddychać…

… warto jednak kilka chwil poświęcić na głębsze spojrzenie, bo ten historyczny mecz jest zadziwiającym splotem różnych zdarzeń i okoliczności, które następując, dały sensacyjny wynik.

Po pierwsze, forma i stan personalny drużyny niemieckiej. Spójrzmy: w ich składzie grało zaledwie czterech (Neuer, Hummels, Boateng i Mueller) graczy podstawowego składu drużyny mistrzowskiej z Brazylii. I trzech rezerwowych (Podolski, Gotze, Kroos), a takich każdy trener chciałby mieć na ławce. Jednakże, nawet biorąc pod uwagę świetny występ Karima Bellarabiego, który sam miał kilka okazji do zdobycia gola, nowi zawodnicy potrzebują czasu, żeby dobrze wkomponować się w drużynę. Swoje zrobiły kontuzje – z nieobecnymi w składzie zespół niemiecki miałby z pewnością o wiele większy potencjał bojowy. Wnioski są takie, że mieliśmy szczęście, bo rywal przyjechał nad Wisłę naprawdę w kiepskiej dla siebie chwili. A co ważne, Polacy to bezwzględnie wykorzystali. Trzeba pamiętać, że nie zawsze w walce z odwiecznymi rywalami udawało się nam wykorzystywać ich słabość (ile razy okładali nas „przetrzebieni kontuzjami” Anglicy?)…

Po drugie, znakomita forma kilku naszych graczy. To, że Wojtek Szczęsny lepiej gra pod ostrzałem, wiemy nie od dziś. Ale zdarzyło mu się w przeszłości kilka poważnych wpadek nawet, gdy rywale stwarzali dużą presję. Tym razem nie zawiódł, po każdej sytuacji Niemców nabierał większego luzu i pewności. Wybronił swoje, może drużyna przeciwnika nie stwarzała sobie typowych „patelni” (jedynie przy strzale Podolskiego w poprzeczkę Wojtek nie dałby rady nic zrobić, gdyby piłka poszła trochę niżej) – ale jeśli nasz bramkarz okazałby słabszą dyspozycję, byłoby krucho. Kamil Glik – dla mnie piłkarz meczu. W takiej dyspozycji biorą go do składu najlepsze drużyny globu, czyścił wszystko, wyrastał jak spod ziemi i psuł krew rywalom. Piszczek – znakomity w defensywie, no i te asysty: dostając piłkę na nos nawet Milik potrafi strzelić bramkę Neuerowi. Lewandowski, który zaskakując Niemców stał się naszym czołowym rozgrywającym… Krychowiak, ambitnie ułatwiający podejmowanie właściwych decyzji Glikowi i Szczęsnemu… Wymienieni zagrali wzorowo, inni solidnie: strzelcy bramek zaimponowali spokojem, pozostali nie popełniali rażących błędów. Jak mówią teraz komentatorzy, rodzi się wreszcie „team”, którego „spirit” jest czymś, czego wcześniej nie udało się wykrzesać – a teraz jest, przyszedł we właściwym momencie i może dać nam awans na upragnione Mistrzostwa Europy 2016.

Jaka w tym wszystkim rola trenera Nawałki? Pamiętajmy, jako szkoleniowiec Górnika Zabrze potrzebował długiego czasu na stworzenie bojowego zespołu z przeciętnego zlepku niezbyt widocznych w polskiej lidze średniaków. Ale udało mu się, ciężką pracą (ponoć jest bardzo wymagający na treningach) i konsekwentnym wpajaniem wizji strategicznej podległej sobie drużynie. Teraz mówi się, że ma taką wizję także na reprezentację. Wyniki zaczynają go bronić. Jeśli dołoży do tego choćby 1:0 ze Szkocją, zaczniemy mówić o realnych szansach awansu na Euro. Nie zapeszajmy, ale optymizm na pewno jest: trudno, by go nie było po tak spektakularnym zwycięstwie.

A zatem, wszystko jak na razie układa się po naszej myśli. Dla kibica narodowej drużyny jest to stan dość dziwny, ale istnieje cień nadziei, że ponury czas nieustających porażek ma szansę się zakończyć. Dlatego, choć noszę w sercu głęboką miłość do Szkocji, nie będę we wtorek śpiewał ani „Loch Lommond” ani „Scotland The Brave”. Życzę dzielnym Highlanderom  wielu sukcesów na boisku, lecz nie w potyczce z naszymi – coraz dzielniej poczynającymi sobie – Orłami.

Tuż przed wyborami samorządowymi trwa w Polsce twarda walka polityczna o obsadzanie stanowisk lokalnej władzy. Pewnie w każdym mieście, choć dla Łodzi będzie to elekcja szczególna: rządząca tu Platforma Obywatelska jeszcze wylizuje rany po utracie większości w Radzie Miejskiej. Łódź jest jednym z miejskich „utraconych przyczółków” PO. Trudno przewidzieć, kogo łodzianie wybiorą prezydentem, ani też jak będzie wyglądał skład nowej Rady. Najodważniejsi profeci nie wchodzą w żadne zakłady: zdarzyć się może wiele…

Ekipa prezydent Hanny Zdanowskiej nadziała się na bolesną kontrę „obozu renegatów”. Rajcy wykluczeni z szeregów PO stanęli dziś, niczym pod Grunwaldem, do walnej bitwy o  przejęcie tronu. Grupa radnych oficjalnie niezależnych stoi murem za Joanną Kopcińską, genialnym ruchem wciągniętą przez łódzki PiS do boju o fotel prezydenta miasta… Opozycja, początkowo zjednoczona, teraz rozłożyła swe siły planowo. PiS, dotąd w Łodzi personalnie słaby, będzie grał dobrymi statystykami ogólnopolskiego poparcia wzmocniony grupą radnych, zebranych wokół Kopcińskiej. Ma duże szanse na przejęcie władzy. SLD promuje swojego kandydata – Tomasza Trelę – i liczy na głosy „twardego” elektoratu, lewica w Łodzi wciąż nieźle się trzyma. Aktywny po wyborach do PE Kongres Nowej Prawicy wszedł w relację z Agnieszką Wojciechowską van Heukelom, niestrudzoną w społecznikowskim sporze z wszechwładzą spółdzielni mieszkaniowych. Mamy więc dwie blondynki, brunetkę i faceta z lewicy w realnej walce o władzę w mieście. Kandydatów będzie więcej, ale w zgodnej opinii wszystkich obserwatorów, prawdziwy bój rozegra się między czołową czwórką. I w przypadku drugiej tury, języczkiem u wagi stanie się poparcie, udzielone przez dotychczasową konkurencję jednej ze stron barykady.

Cóż ta misterna konstrukcja polityczna oznacza dla osób najbardziej zainteresowanych, czyli mieszkańców Łodzi? Otóż wielu spośród głosującego ogółu, jeśli w ewidentny sposób nie chce poprzeć Zdanowskiej i PO, będzie miało zapewne kłopot z ulokowaniem swoich wyborczych sympatii. Będzie trzeba pokierować się przy urnach jakimś sensownym kluczem, czyli konkretną argumentacją, dlaczego na Platformę Obywatelską głosować nie należy. A rządzący Łodzią obóz PO robi wszystko, by budować swój pozytywny wizerunek. Dosłownie każdy krok Hanny Zdanowskiej „sprzedawany” jest mediom jako wielki sukces pani prezydent w budowaniu nowego miasta. Hanna Zdanowska skrzętnie ukrywa fakt, że jest również przewodniczącą łódzkiej Platformy Obywatelskiej, chętnie za to podkreśla, że „chce budować Łódź” oraz – nader ochoczo – pokazuje się we wszystkich publikatorach masowych. Zwłaszcza w telewizji.

Media łódzkie są generalnie przychylne Zdanowskiej. Powód jest prozaiczny – bardzo często żyją z pieniędzy, przekazywanych przez Magistrat (jak i rządzony ręką PO Urząd Marszałkowski) na tzw. programy lub artykuły promocyjne, sławiące dokonania urzędników… W telewizjach, stacjach radiowych ale także w gazetach rzecz sprawdza się o tyle, że środki tak pozyskiwane stanowią duży procent dochodów redakcji. A o pieniądze z reklam coraz trudniej. Bywa, że najważniejsze – i decyzyjne -  stanowiska w łódzkich mediach zajmują osoby  wprost z Platformą powiązane. Efekt jest taki, że opozycji trudno jest globalnie przebić się z argumentacją, która niekoniecznie przemawiałaby na korzyść obecnej władzy. Tu opozycja wykazuje względne zjednoczenie: wszystkie jej partie muszą rywalizować z potężną dawką platformerskiej propagandy. Niełatwo im pokazać wyborcom, jakie są ich własne, indywidualne argumenty, mające skłonić ludzi do głosowania właśnie na tę opcję… Ale w krytykowaniu poszczególnych działań obecnej władzy są zgodne. Kłopot w tym, że obalanie mitów PO-wskiego sukcesu nie idzie im łatwo, właśnie z powodu braku życzliwości medialnych „przekaźników”.

Jak wobec tego opozycja sama wyjaśnia łódzkie sprawy, w publikatorach opisywane jako wielkie sukcesy Hanny Zdanowskiej i politycznego jej zaplecza? Zacznijmy od „wylewania betonu”, czyli ogromnej skali remontów, budów i rekonstrukcji miejskiej tkanki. Przypomnijmy – środki na budowę Nowego Centrum Łodzi z głównym dworcem, przebudowę Trasy W-Z i licznych dróg łódzkich, czy projektu remontowego „Mia100 kamienic” pochodzą z różnych źródeł. Ale wywalczone granty unijne trzeba zawsze wesprzeć własnym wkładem – i stąd ogromny dług, jaki rządząca łodzią PO zaciągnęła w swej kadencji pod pretekstem likwidacji cywilizacyjnych zapóźnień. Problem jest taki: czy ogromne (wielopokoleniowe!) zadłużenie jest odpowiednio uzasadnione… ? Mówi się głośno o tym, że choć zburzono stary dworzec Łódź Fabryczna – to nowy, poza wprowadzeniem pod ziemię, nadaniem pięknego wyglądu i nowoczesnej formy, w ogóle nie posłuży lepszemu kursowaniu pociągów! Mityczny tunel, łączący oba łódzkie dworce z przeznaczeniem na rozwój szybkiej kolei już dawno można włożyć między bajki. A bez tego podziemnego kanału (choć autorzy koncepcji zostawiają w pobliżu odpowiedni wylot do „ewentualnej dalszej realizacji”) nie ma co marzyć o usprawnieniu łódzkiej sieci kolejowej. Po zakończeniu bardzo długiej i kosztownej budowy dworca Łódź Fabryczna będzie on tak samo wydajny, jak przedtem. Może tylko (nie wiadomo, kiedy) pociągi do Warszawy jeździć będą trochę szybciej. W sensie praktycznym, dla pasażerów, zysk będzie znikomy. A dług zostanie.

Nowe Centrum Łodzi,  instalowana wokół dworca gigantyczna „wizytówka miasta”, jest dostrzegana przez światowych architektów jako jeden z największych współcześnie realizowanych  giga-projektów urbanistycznych. Będzie nowy układ ulic, eleganckie skwery i chodniki – a także EC1, odrestaurowana elektrownia z przeznaczeniem na centrum dydaktyczno-kulturalne. Zaczęło się jednak od wielomilionowej straty: nikt nie chce zbudować planowanego biurowca, słynnej „Bramy Miasta” według projektu Daniela Libeskinda. A niedoszłemu inwestorowi Miasto zwróciło dwanaście „dużych baniek” zaliczki pod wykup gruntu… Chodzą słuchy, że bardzo niejasny jest proces zatrudniania osób do obsługi etatów w EC1, które  ma w zamyśle konkurować z samym Centrum Nauki „Kopernik”. A skoro nie wiadomo, jak biegnie proces rekrutacyjny – rodzi się podejrzenie, że etaty są dla „swoich”.  Sprawa oddania inwestycji jest na razie zawieszona, do tematu obsadzania tam stanowisk niewątpliwie trzeba będzie kiedyś powrócić. I zapewne opozycja o tym nie zapomni.

Trasa WZ budzi gorące emocje od początku tej inwestycji. Wielomiesięczne zamknięcie głównej arterii miasta, pod pretekstem przebudowy pod usprawnienie komunikacji miejskiej i rowerów, natychmiast zrodziło irytację łódzkich kierowców. Zwłaszcza gdy wyszło na jaw, że droga po remoncie będzie węższa niż przed jego rozpoczęciem. Czyli dwuletnie prace nie wyeliminują korków – a drogę tramwaju przyspieszą, uwaga, o sześć sekund. Ponieważ inwestycja wstrząsana jest aferami, jej zamknięcie ma szansę się znacznie opóźnić…  Remont ulicy Piotrkowskiej, reprezentacyjnego deptaka Łodzi, zakończył się wprawdzie w przewidzianym terminie – ale jego sens do dziś podawany jest w wątpliwość. Skutkiem wizualnym wydania pięćdziesięciu milionów złotych jest zmiana koloru brukowej kostki z bordowego na szary. Tak samo brzydki i łatwo brudzący się, jak poprzedni. Ponoć wymieniono również przestarzałą infrastrukturę podziemną, co wszakże trudno nazwać uzasadnionym wydatkiem, skoro wcześniej w dokumentacji Inżynierii Miejskiej doniesienia o awariach w tym rejonie raczej się nie powtarzały…

Jest jeszcze kilka dużych powodów, dla których opozycja ma prawo sprzeczać się z rządzącą PO o racjonalność sprawowania władzy w Łodzi. Każdy robi to na swój sposób – i stosuje   różne metody zwiększenia dostępności własnych komunikatów. Jedno jest pewne, emocji w listopadowej elekcji brakować nie będzie. Stawką jest potężny tort urzędniczych etatów, setek dobrze opłacanych miejsc pracy dla ludzi „naszej ekipy”, walka więc dopiero się rozpoczyna. Zanim na dobre rozgorzeje, pamiętajmy, że w interesie samych mieszkańców Łodzi będzie znaczne ograniczenie wydatków miasta na biurokrację i koszta administracji. Ciekaw jestem, która z dominujących partii zgłosi ten postulat we własnym programie wyborczym.

robert-brylewski-foto-2007

Wielu komentarzy i odnośnych tekstów doczekał się mocny apel Roberta Brylewskiego, kopiowany m.in. tutaj:

http://www.life4sound.pl/news-rock/1692-nie-idzcie-moim-sladem-znany-muzyk-ostrzega-mlodych-wykonawcow

Znakomity muzyk, wręcz legenda polskiej alternatywy skarży się, że dziś – po trzydziestu latach grania – ma kłopoty z utrzymaniem się na życiowej powierzchni. Brakuje mu nawet na jedzenie… Smutny los artysty, który w jednym z wywiadów przyznał, że onegdaj nie stało mu ochoty do rejestrowania własnych utworów w ZAiKS-ie, zainspirował dyskutantów. I dobrze, bo sprawa jest poważna: w niemal identycznej sytuacji znajduje się wielu współczesnych twórców i przedstawicieli wolnych zawodów (zapewne nie tylko w Polsce). Głównie takich, którym los poskąpił popularności, reprezentowanej następnie stosowną liczbą cyfr na kontach bankowych.

Niektórzy (np. Jarek Szubrycht) twierdzą, że nie ma mocnych – trzeba było się do ZAiKS-u zapisać, dziś nie byłoby problemu:

http://nblo.gs/109jZP

To spore uproszczenie. ZAiKS wypłaca twórcom tantiemy od sprzedaży płyt (zarejestrowanych tam, oficjalnie wydanych nośników ze zgłoszonym nagraniem) bądź ilości publikacji utworów w oficjalnych mediach, włączając w to zgłoszone odtwarzania publiczne w miejscach do tego uprawnionych. Problem zaczyna się wtedy, gdy ani sprzedaży, ani publikacji nie ma zbyt wiele. Wymyślmy przykład: mało znany zespół black metalowy chce iść tropem Behemotha, żyć z muzyki, zgłasza więc swoje utwory do ZAiKS-u. Wydaje płytę w podziemnej wytwórni (raczej: stajni muzycznej) i czeka na tantiemy. A tu okazuje się, że wypłaty są znikome lub nie ma ich wcale: sprzedaży ani publikacji nie zanotowano zbyt dużo… Zespół nie załamuje się, gra dalej, wydaje kolejny album z niszową muzyką. Sytuacja się powtarza: nadal „emisyjność” tego produktu jest zbyt niska, by gwarantowało to kapeli godziwe tantiemy, nie mówiąc już o regularnych środkach, gwarantujących materialne przetrwanie… I co dalej? Jak długo można to ciągnąć?

Może, gdyby Brylu regularnie przez lata zgłaszał kolejne swoje płyty w ZAiKS-ie, w sumie zebrałoby się wystarczająco dużo opłat tantiemowych. Ale co z innymi, którzy nie mają szans na masową słuchalność ich muzyki? A mimo to chcieliby żyć z tego, co kochają – czyli z grania?

Dość dawno, na własny użytek, wymyśliłem sobie teorię muzycznego życia w Polsce, którą przytaczam w takich sytuacjach, trzymając się jej schematu. Otóż – jak się zdaje – muzyków naszych (wykonawców, jak Brylewski – bądź kapele) można by z grubsza podzielić na dwa obozy. Jeden to artyści, którzy postawili wszystko na jedną kartę: rzucili szkoły, pracę, zrobili z kapeli firmę, a dochodzili do popularności latami, biorąc w międzyczasie kredyty na inwestycje w rozwój swojej marki. Tutaj znów Behemoth jest przykładem idealnym: Nergal poświęcił się w całości promocji własnej idei, od nastolatka wiedział, że wraz ze swym zespołem ma dojść na sam szczyt. Kto ryzykuje, w kozie nie siedzi: lata zajęło mu owo dochodzenie, pokonał w międzyczasie ciężką chorobę (szacun!) i jest, gdzie jest. Nie martwi się o tantiemy. Druga grupa to pasjonaci, którzy nie traktują kapeli jak firmy, z której trzeba żyć – lecz chcą po prostu grać. Inwestują siebie w samą muzykę, ale niekoniecznie w produkt rynkowy obawiając się, że poświęcenie będzie daremne – nie każdy, a jedynie wybrani, doświadczają światowej popularności.

Rzecz w tym, że nie ma trzeciej możliwości. Trzeba dokonać wyboru. Albo w całości, z kopytami pakujemy się w budowanie renomy kapeli – wierząc głęboko, że w końcu staniemy na szczycie – albo traktujemy całość jak hobby, zajęcie dodatkowe, dbając również o równoległą ścieżkę zawodowej kariery, dającą nam utrzymanie. A jak wypali z muzyką, to super. Nie da się ukryć, że wybór pierwszej drogi jest niezwykle ryzykowny. Należy wówczas bacznie obserwować reakcję świata na nasz przekaz – badać, czy zainteresowanie jest na tyle rozbudowane, że mogłoby przerodzić się w popularność. O ile zaś uda się wejść na ścieżkę, dającą nadzieję wzrostu naszego statusu, z pewnością już na jej początku trzeba rejestrować swoje artefakty w każdym możliwym miejscu, dającym nadzieję na przychody (ZAIKS, ale też STOMUR, STOART). I na pewno tutaj leżał błąd Brylewskiego… Ale jeśli rozmawiamy o tym, że teraz Robert przestrzega młodych artystów, uwagi do nich kierowane powinny bardziej dotyczyć samego wyboru metody na granie… Jak chcesz z kapeli żyć, owszem, dbaj o swoje formalności. Ale jeśli do końca nie wiesz, czy ci z kapelą „zażre” – zadbaj raczej o alternatywną drogę zarobkowania! Mądre powiedzenie mówi, że o sukcesie człowieka decyduje wiązka jego życiowych talentów. Mówiąc inaczej – inwestujmy w tym samym czasie w różne nasze „biznesy”. Jak z jednym nie wyjdzie, to może inny podreperuje sytuację.

315086_10150305511332060_868493303_n„W Polsce typowy dla państw anglosaskich mariaż liberalizmu gospodarczego i konserwatyzmu kulturowego (…), jest utopią” – mówi politolog Rafał Chwedoruk w ciekawym wywiadzie, udzielonym „Rzeczpospolitej” (nr 192, 20.08.2014). Rozmowa dotyka spraw bliskich wyborcom prawej strony sceny politycznej nad Wisłą, a tezą główną rozważań jest publiczny pieniądz. A raczej stosunek poszczególnych ugrupowań w Polsce, nazywających siebie prawicowymi, do gospodarki. I temat ekonomicznej zgody, jaka powinna-by zapanować między bliskimi sobie ideologicznie partiami, jeśli te chciałyby wspólnie pójść po władzę.

Cytowana teza Chwedoruka bez wątpienia potwierdza to, o czym dawno wiedzą zwolennicy wolnościowej szkoły ekonomicznej, wyprowadzonej z teorii Misesa i Von Hayek’a, rozwiniętej m.in. przez Friedmana. Mianowicie fakt, że Polska po odzyskaniu wolności w roku 1989 nigdy tak naprawdę nie zdecydowała się na wprowadzenie klasycznych reguł wolnorynkowego kapitalizmu, właściwych dla programów gospodarczych partii prawicowych na Zachodzie. Przede wszystkim dla amerykańskiej, republikańskiej prawicy. W Polsce, poza dotąd niszowymi (spychanymi przez główny nurt polityczny do niszy) – UPR-em i ostatnio Kongresem Nowej Prawicy, tak naprawdę żadna partia nie zaproponowała wyborcom radykalnej zmiany gospodarczo-ustrojowej. Jedynie kosmetykę ładu, jaki w państwie odziedziczyliśmy po sześciu dekadach komunistycznej dyktatury. Tradycyjny podział naszej sceny politycznej nigdy tak naprawdę nie dotyczył gospodarki. Ugrupowania polityczne (mniejsza o genezę tej sytuacji) zwykło się u nas dzielić na prawicę i lewicę w związku ze stosunkiem tychże partii do spraw ideowych… a głównie do Kościoła Katolickiego i kwestii objętych religijnymi kodeksami. Niektórzy śmieją się, że u nas wciąż trwa wojna następnych pokoleń PPR-u z PPS-em, albo Piłsudczyków z Endekami. Tak czy owak w dyspucie między „czarnymi” a „czerwonymi” pieniędzy publicznych właściwie się nie liczy. Wiadomo, że „zdobycze socjalne” muszą być obecne w programie każdej liczącej się partii, nawet mieniącej się skrajnie antykomunistyczną i prawicową, bo inaczej nie ma co czekać na poparcie społeczne… Stąd mnożące się opinie publicystów, że skoro w naszym kraju mieszka tak wielki odsetek ludzi, żyjących z socjalistycznego porządku gospodarczego, niechętnych wolnorynkowym przemianom, sytuacja ustrojowa zmienić się nie może. To znaczy, jeszcze się taki nie narodził, co by komunistyczną biedę znad Wisły przegonił.

W zamknięte koło socjalistycznego perpetuum mobile wbił się jednak, dość nieoczekiwanie, europejsko-wyborczy sukces KNP. Waga głosów ludzi młodych, przyciągniętych do idei liberalnej dzięki sprawności internetowych kanałów komunikacji, zainteresowała speców od politycznego biznesu… W przytaczanej tu rozmowie stawiane są wprost pytania o PiS: czy nie powinno się czasem, mając na względzie poglądy naszej młodzieży, zmienić swego programu z socjalnego na bardziej wolnorynkowy? Czy nie lepiej umocnić jedność prawego skrzydła krajowej polityki wspólną deklaracją wolności przedsiębiorstw, tak przecież ostatnio pomiatanych Tuskowym fiskalizmem, żądającym haraczu do pięciu lat wstecz?  Przecież Jarosław Gowin, wprawdzie mniej radykalnie od Korwina, ale także opowiada się za liberalną gospodarką. A partia Jarosława Kaczyńskiego, już w sojuszu z Gowinem, mogłaby chyba nieco przychylniej odnieść się do tematu wolności gospodarczej? Może w końcu dałoby się, po wzięciu władzy przez zjednoczoną prawicę, powstrzymać tak bolesne zjawisko emigracji młodych za chlebem? Ułatwić życie przeciętnemu Kowalskiemu, uwalniając go od przerośniętych podatków – i zdejmując z karku brzemię biurokracji, krępującej nie tylko rozwój firm, ale każdy właściwie aspekt życia obywateli???

W całej tej retoryce uderza element pragmatyczny. Skoro młodzież chce wolności rynkowej, wpiszmy tę wolność do programu. I po kłopocie – skrzyknijmy „zjednoczoną prawicę” (bez Korwina przecież, bo to oszołom i Putinista), zapewnijmy młodych, że kapitalizm będziemy robić! Zabierzemy głosy KNP i wreszcie zyskamy nad Platformą przewagę na tyle znaczącą, żeby  rządzić samodzielnie! A potem? No właśnie… tu zaczyna się problem. Bo potem to już „benzyna może być nawet po siedem złotych”, jeśli zacytować klasyczny zwrot z taśm, ujawnionych po ostatniej aferze.

Podstawowym prawem liberalnego programu gospodarczego jest jego nieopłacalność polityczna. Otóż, jeśli deklarujemy wolnościową przemianę ustroju państwa, zakładamy najpierw zmianę prawa – a w oparciu o nią likwidację bardzo wielu niepotrzebnych instytucji państwowych, generujących straty dla  budżetu. Krótko mówiąc: tniemy wydatki, obniżamy podatki, zostawiając dzięki temu pieniądze w kieszeniach obywateli. Tak ogół mieszkańców kraju staje się zamożniejszy – ale za to możliwość „ubogacania się” członków partii, która doszła do władzy, znika aż do zera. Wprowadzamy zmiany po to, by żyło się lepiej wszystkim, a nie tylko „naszym”: taka jest zasada kapitalistycznego liberalizmu. Lepiej mają mieć pracowitsi, pomysłowi, rzutcy, przedsiębiorczy, zaradni i mądrzejsi. A nie nasi kumple, krewni i znajomi, którym zapewniamy lukratywne fuchy „na państwowym” z wdzięczności za to, że pomogli nam dojść do władzy. Kłopot w tym, że nad Wisłą od 25 lat żadna partia tak nie rządziła. Może dlatego, że po komunistach przetrwał tu socjalizm, ugruntowany przy Okrągłym Stole i pielęgnowany aż do dzisiaj przez tych, którzy mają z niego największą korzyść: polityków. I ich klientów, ludzi korzystających z krzewiącego się układu. To dlatego idee Korwina, z zasady burzące mafijny porządek rzeczy, były od zawsze flekowane przez wszystkich, od lewa do prawa. To dlatego teraz rozważania, skłaniające zwolenników jednoczenia prawicy wokół PiS do wolnorynkowych deklaracji, budzić będą lęk i nieufność młodych wyborców KNP. Oni mocno protestują już teraz, gdy do partii Korwina chce zapisywać się nagle cały tabun nuworyszów, zachęconych rosnącą popularnością ugrupowania. Niechęcią reagują na wciąganie do szeregów ugrupowania posłów, jak Jarosław Jagiełło, dotąd legitymujących się ich zdaniem dokonaniami anty wolnościowymi… Ich nie będzie łatwo przekonać do siebie zmianą statutu partii i nagłym propagowaniem liberalnej retoryki. Nie wierzą w nagłe pojawienie się setek „przekonanych”, którym – jakoś tak przy okazji – wejście w szeregi zdobywającej poparcie partii może zapewnić błyskotliwą, lukratywną finansowo karierę… Pod tym względem Janusz Korwin – Mikke też posiada u nich ograniczony kredyt zaufania! Można więc być pewnym, że Jarosław Kaczyński, nagle przemawiający głosem obrońcy kapitalistycznej wolności, takiego zaufania nie zyska. Musiałby wykazać się praktycznymi działaniami, zmierzającymi do realnego przekształcenia polskiej rzeczywistości. Pokazać, że naprawdę zależy mu na takich zmianach, a nie tylko na składaniu obietnic, wiodących do przejęcia władzy – a potem realizowania partykularnych interesów swoich ludzi, zawłaszczających po zwycięstwie publiczny majątek.

Byłoby świetnie mieć nad Wisłą zjednoczoną prawicę, wspólnie deklarującą ustanowienie pełnej wolności gospodarczej. Póki jednak taki program deklaruje zaledwie jedna partia – i to dopiero od niedawna gromadząca zaczyn społecznego poparcia – o żadnej koalicji mowy być nie może. Korwin stara się udowadniać, że swą długoletnią karierę w polityce oparł na wierności wobec prezentowanych idei. Nikt nie wie, co by się stało, gdyby KNP naprawdę objął władzę – ale póki wyborcy tego nie sprawdzą, mają prawo wierzyć w zapewnienia prezesa. Zarówno PiS jak i mniejsze ugrupowania sojusznicze (kierowane przez ludzi w polityce dokładnie sprawdzonych) mają za sobą praktykę władzy zupełnie inną, niż życzyliby sobie wyborcy KNP. I samo to, jak się zdaje, wyklucza w tej chwili wszelkie porozumienie.


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine