remigiuszmielczarek.blog.pl

O wszystkim – od muzyki przez sport do polityki

Wpisy z tagiem: ekstraklasa

Pan Jacek Saryusz-Wolski wzbudził ostatnio burzę nie tylko przez uwikłanie w sprawy polityczne, ale też dzięki komplikacjom, jakich przysporzyła zainteresowanym odmiana jego nazwiska.

Casus jest niby prosty: w polszczyźnie odmieniamy wszystko „co się rusza”, gdy tylko da się odmienić. Jednakże nazwiska dwuczłonowe męskie, gdy mają pierwszy człon pochodzący od herbu bądź przydomka rodowego, są wyjątkiem. Pierwszego członu wówczas nie odmieniamy (np. Janusza Korwin-Mikkego) – chyba, że nie ma się pewności co do prawdziwego pochodzenia tegoż… Wtedy trzeba sprawdzać.

Reguła jest twarda. Trudno jednak, by przeciętny Kowalski znał na pamięć zawartość Herbarza Rzeczpospolitej. Nie każdy, kto publikuje, ma ponadto czas na grzebanie w historycznych aktach: wówczas z pomocą przyjść może kontakt z samym właścicielem nazwiska. Jacek Saryusz-Wolski chciał rozwiać wątpliwości, prosząc uprzejmie na Twitterze, by pierwszego członu mu nie odmieniać, bo tak sobie akurat życzy.

Tu jednak wątpliwości dopiero się pojawiły… No, bo – jak to? Czy właściciel nazwiska o kontrowersyjnych zasadach odmiany może, ot tak sobie, zażądać lub poprosić o cokolwiek? Czy jego wola wystarcza, by iść w sprzeczność wobec polskich norm językowych? I czy – jeśli stosowanie odpowiedniej formy nie jest ani jasne, ani oczywiste – powoływanie się na wolę posiadacza nazwiska jest błędem odmieniającego?

Cała sprawa z kilku warstw się składa, zatem warto chyba pochylić się nad jej spokojnym rozłożeniem. Zacznijmy od samej gramatyki. Mamy tu coś w rodzaju stosowania się do znaków drogowych na skrzyżowaniu. W odpowiedniej kolejności: najpierw światła, potem znaki pionowe, a na końcu – znaki poziome. Tu jest identycznie: najpierw mamy regułę. Tę stanowi brak odmiany członów herbowych lub przydomków. Jeśli mamy wątpliwość, co do pochodzenia członu – wówczas wolno nam odmienić, w myśl zasady, że „nieherbowy” pierwszy składnik nazwisk męskich odmieniamy w każdym przypadku. To taki „znak pionowy”. Ale jeśli i tu mamy wątpliwość, powinniśmy działać w myśl woli, jaką wyraża właściciel nazwiska. „Znak poziomy”, ale przesądzający ostatecznie o zachowaniu odmieniającego.

Dla jasności – chodzi o konkretną osobę. Na przykład: pana Jacka Saryusz-Wolskiego, nie zaś wszystkie osoby, noszące nazwisko Saryusz-Wolski. Ale jeśli  pan Jacek życzy sobie, by pierwszy człon jego nazwiska nie był odmieniany, z całą pewnością ma prawo taką prośbę wobec świata wyrazić. Tak, jak właściciele firmy IKEA uprzejmie proszą Polaków, by w naszym języku nazwy ich nie odmieniać, choć zasady fleksji polskiej każą tę odmianę robić. A zatem: nie „idziemy do IKEI”, tylko „idziemy do IKEA na zakupy”, bo tak chce właściciel marki. I również ma pełne prawo taką prośbę kierować do świata. I – jak się zdaje – wówczas prośba ta określa językową normę, właściwą dla tylko tego, wyjątkowego przypadku. A każdy językoznawca powie, że język jest tworem żywym, normy zmieniają się, podlegając ewolucji – i nic nie stoi na przeszkodzie, by zacząć stosować coś, co dotąd normą nie było. Jak na przykład polską odmianę rzeczownika „radio”.

Jest pewne, że wola właściciela nazwiska nie może burzyć normy oczywistej. Jeśli nazywam się Mielczarek, nie mogę zażądać ni prosić, by mojego nazwiska nie odmieniano: dostaję zresztą szału, gdy dzwoni handlowiec z jakiejś telefonicznej firmy i pyta, czy rozmawia z panem Remigiuszem Mielczarek… Marny wtedy jego los. Ale gdy mój kolega nazywa się Fiećko, ma pełne prawo żądać, by jego nazwiska nie odmieniano! Tak zresztą jest w przypadku wymienionego kolegi. Co nie zmienia faktu, że kwestia decyzji prywatnych w sprawie odmiany nazwisk powinna być wiążąca jedynie wówczas, gdy (jak w przypadku męskich nazwisk dwuczłonowych) zachodzą jakiekolwiek wątpliwości w sprawie fleksji.

Są jednak i tacy, którzy kwestionują prawo właścicieli do decydowania o własnych nazwiskach – w sprawie odmiany, którą powinniśmy (lub nie) stosować wbrew regułom polszczyzny… Tych ludzi zrozumieć mi najtrudniej. Nazwisko jest naszym dobrem osobistym, mamy oczywiste prawo do jego ochrony. Jeśli więc zachodzą jakiekolwiek wątpliwości względem odmiany mojego nazwiska, z pewnością mogę złożyć na ręce świata prośbę, by odmieniano (lub nie) podług mojej woli. I chyba jasne jest, że stanowię wówczas normę.

No, chyba że w ogóle kwestionujemy ideę prawa własności. Jest to wtedy jednak problem ideowy, a nie gramatyczny. Problem, który nazywa się socjalizm – i niszczy naszą planetę od chwili, gdy się na niej pojawił.

 

 

Przez kilka lat zastępowałem sporadycznie kolegę by w końcu zostać na dłużej… Ani się człowiek obejrzał, aż tu minął drugi sezon na spikerce Budowlanych. Dziś jest szczególny dzień: siatkarki KS Budowlani Łódź wywalczyły piąte miejsce w Orlen Lidze. Najlepsze od czasów debiutu na najwyższym poziomie rozgrywek w latach 2009/10, gdy rozpędzony beniaminek zajął czwartą lokatę, wywalczył Puchar Polski i zagrał w europejskich pucharach. Obecnej drużynie zabrakło naprawdę niewiele, by tamten sukces powtórzyć – na drodze stanęły przede wszystkim kontuzje i pech, jak słynne zatrucie pokarmowe w jednym z hoteli w Bielsku, któremu uległa prawie cała ekipa… Nie ma co się jednak martwić. W obecnym, sportowo-finansowym układzie sił Orlen Ligi, właśnie o piątej lokacie jako możliwej do wywalczenia i zgodnej z oczekiwaniami, mówili eksperci. Zamiar się powiódł, a kibice Budowlanych są bardzo zadowoleni – ich ulubienice przez cały sezon walczyły niezwykle ambitnie, dając dowody swego przywiązania do barw drużyny, której kibice z meczu na mecz coraz piękniej nagradzali je swoim dopingiem.

Jak to jest być spikerem w sali o pojemności 13 tysięcy ludzi, która na mecze ligowe siatkówki kobiet zapełnia się w niewielkiej części? Trudno, gdy trzeba zachęcić do dopingu i zabawy dwa tysiące osób, w olbrzymiej przestrzeni Atlas Areny sprawiające wrażenie małej, rozproszonej grupy. Łatwiej, gdy grupa ta okazuje niezwykłą życzliwość wobec prowadzącego zawody. A tak właśnie jest na meczach Budowlanych. Fani są przychylni spikerowi, który czasem… trochę traci głowę. Cóż, jestem – jak oni – kibicem tej drużyny. Bywa, że wrzeszczę i wyję jak potępieniec, co z pewnością nie każdy kibic przyjmuje radośnie. Ale zdarzają się też chwile graniczące z magią. Gdy zespołowi nie idzie, traci punkty lub koncentrację i przydałby się dziewczynom jakiś pozytywny „kopniak” energetyczny, kibice dają się trzymającemu mikrofon spikerowi trochę poprowadzić. Udziela się im ten dziwny rodzaj przekonania, że na parkiet jakoś tam z trybun spływa energia, pozwalająca zespołowi rzucić się do walki. I to się sprawdza! Wiele razy było tak, że przy naszej zagrywce, przy zwiększającym się dopingu kibiców, dziewczyny zdobywały kilka punktów z rzędu, odrabiając potrzebne straty lub wychodząc na wygodne prowadzenie. Ja wiem, że siatkarki są skoncentrowane na grze, nie rozglądają się po trybunach w czasie rozgrywanej akcji – ale jednak atmosfera wsparcia MUSI być na parkiecie wyczuwalna. One same zresztą, ku wielkiemu zadowoleniu fanów, wciąż przypominają w wywiadach jak wielką pomocą są dla nich aktywni kibice.

Tak więc rośnie i pęcznieje ten pozytywny ruch kibicowski, w którym olbrzymią – i twórczą – rolę odgrywają ultrasi. Grupa najbardziej aktywnych kibiców na sektorze R stale się powiększa, są tam całe rodziny, chłopaki wciągają dziewczyny a rodzice- dzieci, a te są najcudowniejszymi kibicami. Dziś mała dziewczynka przyniosła wraz z mamą wielki, niebieski kwiat z napisem „Gabi”, oczywiście na cześć Gabrieli Polańskiej. Nasza środkowa (zresztą prywatnie cudowna, życzliwa dziewczyna), wzięła potem ten tekturowy znak uwielbienia, ściągnęła małą z trybun i razem pozowały do zdjęć po wygranym spotkaniu… Wzruszający moment, który dziecko zapamięta pewnie na całe życie. Ale grupa ultras Budowlanych to nie tylko powiększanie ekipy o kolejne pokolenia fanów. Kibice robią oprawy, organizują wyjazdy – a przede wszystkim, dbają by w prowadzony doping włączali się fani z pozostałych sektorów. To ultrasi wymyślili „rakietę”, do której dołączają się, wstając z miejsc, wszyscy ludzie w hali. Wygląda to i działa kapitalnie! Coraz lepiej wychodzi też skandowanie poszczególnych haseł metodą „na echo”, czyli z odpowiadaniem kibiców po drugiej stronie parkietu… Razem z prowadzącym oprawę muzyczną na meczach DJ’em, Jackiem Grzegorzewskim staramy się, by wszystko to razem było odpowiednio skoordynowane. Jeszcze nie zawsze się udaje. Ale jest z meczu na mecz coraz lepiej. A co najważniejsze, kibice zaakceptowali nasze wysiłki i postanowili chętnie współpracować z nami, by faktycznie doping stawał się jednorodny, obejmując wszystkich obecnych. To daje efekty, momentami naprawdę imponujące.

I tak właśnie tworzy się Wielka Rodzina Budowlanych. Ze świetnym zespołem na czele, bardzo udanie zbudowanym w tym sezonie dzięki wysiłkom prezesa Marcina Chudzika, charyzmatycznych trenerów: Jacka Pasińskiego i Błażeja Krzyształowicza oraz całego zespołu szkoleniowego. Tam każdy jest fajnym człowiekiem, wszystkie siatkarki (dobrane w zespół zbilansowany sportowo ale i charakterem) i każdy facet w tej ekipie. Nie czas tu na analizę gry Budowlanych, ale panie od początku sezonu bardzo się polubiły, miały też wspólny cel, jakim było wygrywanie. Niczego więcej w naszej kapeli nie trzeba. Oby jak najwięcej dobra z tego zespołu zostało na kolejny sezon!

Kilka lat temu, przed Euro 2012,  ówczesny trener reprezentacji Polski Franciszek Smuda zabrał swoich piłkarzy na mecz do Hiszpanii. Mieliśmy ćwiczyć otwartą grę z silnym rywalem, nabrać odwagi na polu rywalizacji z najlepszymi oraz rozwiać kilka mitów – między innymi ten, że narodowa kadra jest wyjątkowo słabą drużyną. Przegraliśmy 6:0 a mecz był popisem naszej bezradności. Polscy piłkarze (wśród nich kilka nazwisk importowanych z lig zachodnich dzięki swojskiemu pochodzeniu) tylko biegali wokół hiszpańskich gwiazd, sprawiających wrażenie, jakby grały na 50% swoich możliwości.

Może to przesada, ale podobne wrażenie odniosłem dzisiaj, oglądając mecz Polska – Finlandia. Jednak tym razem w roli bezwzględnych nauczycieli wystąpili nasi zawodnicy. Biedni Finowie mieli problem z opuszczeniem własnej połowy, a jedyną naprawdę groźną sytuację stworzyli po koszmarnym błędzie Jędrzejczyka, naprawionym mądrą interwencją Pazdana na linii bramki spóźnionego Boruca. Ale poza tym jednym, wstydliwym momentem Biało-Czerwoni grali jak profesorowie, sprawiając wrażenie jakby w sparringu przed rozgrywkami Euro 2016 podejmowali zespół, występujący dwie ligi niżej.

Co ciekawe, trener Adam Nawałka nie ukrywał, że głównym celem obecnego zgrupowania kadry (poza oczywistym doskonaleniem schematów taktycznych) jest obserwacja piłkarzy dopiero starających się o miejsce w pierwszej jedenastce. Za chwilę wyjazd na turniej, ktoś musi zostać w domu. Teraz i w meczu z Serbią dawano szansę postaciom drugoplanowym: Salamon, Wszołek, Zieliński czy Teodorczyk dawno nie występowali w kadrze lub pojawiali się na boisku, wchodząc z ławki. Przeciwko Finlandii nie wybiegło zatem od początku paru reprezentacyjnych pewniaków, na czele z Lewandowskim, Błaszczykowskim i Piszczkiem. A występ takiego Filipa Starzyńskiego niektórzy kibice obserwowali z niedowierzaniem, zastanawiając się, czy piłkarz o tym nazwisku w ogóle kiedykolwiek pojawił się na kadrowym poziomie… Pomocnik Zagłębia Lubin grał jak w transie, strzelił piękną bramkę. Wszołek dołożył dwie – a zdobywca kolejnych dwóch trafień, Kamil Grosicki (też do niedawna borykający się z kłopotem braku regularności narodowych występów) sprawiał w tym gronie wrażenie gracza prawie z innej planety…

A przecież w ciągu minionych, długich lat kibice oglądali mecze sparringowe kadry z bólem zębów i rozpaczą w oczach. To, co wyprawiali tam zmiennicy, „drugi garnitur” kolejnych selekcjonerów nieodmiennie wzbudzało, przetaczające się wzdłuż i wszerz kraju, gromy pod adresem kopaczy. Nie dawało się tego oglądać, a zespoły średniego lub słabego poziomu wypadały przy naszych jak elita, niejednokrotnie tłukąc nam zadki bolesnymi porażkami… Jakże przyjemnie ogląda się dziś te spotkania, dawniej określane haniebnym mianem „meczów o pietruszkę”! Dziś kadrowicze Nawałki mają jakiś pomysł na grę. Widać, że przez cały mecz realizują określony plan strategiczny, nie przejmując się składem występującej jedenastki ani wynikiem na tablicy świetlnej. Grają z zaangażowaniem – tak, jak o punkty. A w związku z tym drużyny pokroju Finlandii, europejskie średniaki, nie mają prawa na Biało-Czerwonych poprawiać sobie jakichkolwiek statystyk.

I to jest właśnie najpoważniejsza zmiana – naprawdę dobra – jaką dała reprezentacji Polski kadencja Adama Nawałki. Ta drużyna coraz bardziej zaczyna przypominać najlepsze kadry narodowe świata, systematycznie niwelując błędy, doskonaląc schematy z wykorzystaniem kwalifikacji poszczególnych graczy. A często piłkarze traktowani są nietypowo. Lewy obrońca Rybus? Proszę bardzo… Defensywny pomocnik Kapustka, prawoskrzydłowy Wszołek?  Jak najbardziej! Okazuje się, że przywiązanie gracza do pozycji w klubie nie musi wcale dla Nawałki oznaczać sytuacji na resztę piłkarskiego życia. On, jak się zdaje, widzi w tych chłopakach cały szereg różnych możliwości gry, a co najważniejsze, potrafi je umiejętnie uruchomić. Pomaga w tym duch drużyny, „team spirit”, mocno podbudowany awansem do europejskiego turnieju, historycznym zwycięstwem nad Niemcami i ogólnie odczuwalnym przekonaniem, że „sky is the limit”, czyli w tej ekipie można przenosić góry. Co widać na boisku i słychać w pomeczowych wywiadach chłopaków…

Niech więc tak grają. Jak najdłużej –  nie tylko na Euro ale i w następnych eliminacjach. A my kibice będziemy sobie tę grę z radością oglądali. Należy się nam po kilkudziesięciu latach piłkarskiej żałoby. A dziś, do wielkanocnego pięciopaku od Polaków dla Finlandii, swój świąteczny prezent dołożyli nam Niemcy. Właśnie skończył się mecz przeciwko Anglii, w którym przegrali u siebie 2:3, tracąc gola w ostatniej akcji meczu. Nie chcę być posądzany o złośliwości, ale niech będzie to dla nas dobry omen przed turniejem… Wesołych Świąt!

 

Ależ to zleciało… Rok przerwy na blogu to jakby wieczność. W wielu wypadkach nawet nie ma po co wracać. Gdy patrzę z nostalgią na datę swego ostatniego wpisu – 18 lutego 2015 – zastanawiam się, czy ta moja „rzeźnicka” felietonistyka (jak połamany angielski, „butchered english”) może jeszcze kogokolwiek zainteresować.

To także inny symbol: wyjątkowo pracowitego roku. Zmiany w życiu zawodowym, dorastanie dzieci, powrót do grania w zespole… Nie każdy, mając tak pokaźny worek obowiązków na karku chciałby wracać do specyficznej sali treningowej języka publicysty, jaką zawsze jest platforma blogowa. Na pisanie i szlifowanie warsztatu trzeba mieć czas, bowiem żaden trening nie toleruje pobieżności. A jak już się pisze, to trzeba mieć o czym. Oby nas słuchano, rozumiano – i oby ich to zaciekawiło! Tak właśnie brzmi główne motto dziennikarskiej profesji.

Rzecz w tym, że dziennikarzem być przestałem. Przynajmniej w sensie praktycznym, bo w tym zawodzie – jak w harcerstwie – zostaje się podobno przez całe życie. Chciałbym kiedyś wrócić, bo tęsknię do reporterskiej gonitwy za newsem. Brakuje mi tego specyficznego napięcia, gdy człowiek bezwzględnie musi zdążyć z robotą na konkretną godzinę, bo w telewizji (lub stacji radiowej) żadnych opóźnień tolerować nie można. Nie narzekam na dzisiejszą funkcję. Rzecznik prasowy też powinien być punktualny, rzetelny, dobrze poinformowany. Ale jeśli kiedyś zawodowy los podrzuci mi jeszcze szansę na powrót do korzeni, obiecuję sobie, że przynajmniej rozważę tę ofertę.

Czy zatem faktycznie jest o czym pisać na przednówku nowego roku? 2016 – moi koledzy metalowcy śmieją się, że będzie to diabelski rok: 666+666+666+6+6+6… Liczba bestii. Nie wierzycie? Sprawdźcie z kalkulatorem, wychodzi dokładnie tyle, ile trzeba. Pytanie brzmi, czy ta demoniczna numerologia istotnie stwarza nam pretekst do radosnego chichotu. Moim zdaniem, zapowiedzi o apokaliptycznych czasach, w jakie być może (z pewnym poślizgiem) własnie wkraczamy, mogą się zupełnie realnie sprawdzić. A to do radości już raczej nie skłania – zwłaszcza, gdy choć pobieżnie przejrzymy ubiegłoroczne, niepokojące sygnały…

W skali globalnej oczywiście przeraża nas terroryzm i jego ekspansja. Czy świat zrobił cokolwiek, by skutecznie zapobiegać wzrastającemu zagrożeniu? Po konkretnych zamachach, z łatwą do podsumowania liczbą ofiar? Otóż dokładnie nic: w żadnym z państw nowoczesnej Europy, ani na żadnym innym kontynencie nie wprowadzono nawet jednej zmiany prawnej, która skutecznie powstrzymałaby napływ uchodźców z krajów, gdzie terroryzm islamski się rodzi. A to znaczy, że z każdą kolejną falą emigracji może wpłynąć do państw tzw. wolnego świata dowolna liczba osób, zainteresowanych wymordowaniem kolejnych innowierców w obronie imienia Wszechmocnego Allaha. Także i w Polsce nie jesteśmy chronieni dokładnie w żaden sposób – i jeśli wojujący muzułmanie zechcą nagle wziąć sobie nasz kraj na cel, będą tu ginąć niewinni ludzie. Strzeżmy się! Nie zapominajmy o codziennych środkach ostrożności.

W skali krajowej wstrząsa nami kolejna odsłona wojny polsko-polskiej. I znów sobie, choć jest coraz gorzej, potrafimy osłodzić życie dowcipem: oto nowe pokolenie AK walczy z następnym pokoleniem SB… Coś w tym jest. Ale nie zmienia generalnej konstatacji, że przez lata wewnętrzny konflikt, miast łagodnieć, burzliwie się rozwinął – i wypłynął przy kolejnych wyborach, wpędzając rodaków w abstrakcyjne, dwubiegunowe pandemonium absurdu. Kiedyś też tak było. W roku 89 polski świat dzielił się na „komuchów” i „solidaruchów”, lecz wtedy stawka rywalizacji miała o wiele większy ciężar: wolność i dobrobyt nas samych oraz tych, co po nas nastaną. Od trzydziestu prawie lat, choć „wybraliśmy wolność” nie możemy jakoś doczekać się dobrobytu. Niecierpliwi wybierają symboliczny zmywak w Londynie, a nad Wisłą – póki co – zamożność zarezerwowana jest dla krewnych i znajomych aktualnie rządzącego królika. Ja wiem, że kraj zrobił postęp i jest „znacznie lepiej niż za komuny”, wystarczy się rozejrzeć. Ale przeciętny Kowalski jakoś od tego postępu bogatszy się nie robi. A rozglądając się dookoła w którymkolwiek z bogatych krajów zachodnich, wciąż dostrzegamy, że ichniejszego najbiedniejszego Smitha czy Schmidta stać na znacznie więcej, niż u nas. Zwłaszcza na emeryturze. Pytanie – komu na tym zależy? – zostaje bez konkretnej odpowiedzi, bo takiej w telewizji (wszystko jedno czyjej) nie usłyszymy.

W skali lokalnej, czyli w mej słodkiej Łodzi, wszyscy z radością konsumują owoce dwuletnich remontów drogowych. Nie wszystkie, bo smutna wieść o kolejnych opóźnieniach w oddaniu ludziom nowego centrum miasta z wybudowanym od podstaw dworcem PKP nieco zaciemniła różowy obraz, malowany przez służby miejscowej propagandy sukcesu. Nie wdając się w dyskusje o sensie potężnej finansowo inwestycji nowej trasy W-Z, pogadałem ze starym taksówkarzem. Takim, co to od wielu lat przemierza autem łódzkie ulice. Powiedział: „Przed remontem jeździło się szybciej, sprawdziłem i porównałem”. To w zasadzie wystarcza za całe podsumowanie. Choć w Łodzi nie brakuje optymistycznych opinii, że otwarcie wschodniej obwodnicy miasta w postaci brakującego skrawka autostrady A 1, odciąży centrum z ruchu tranzytowego.

Nie wiem, czy nadchodzący rok przyniesie nam radykalnie korzystne zmiany. Jak to mówią: gdy w Sylwestra zwichnąłeś rękę, będzie Cię tak samo bolała w przyszłym roku… Łódzcy kibice piłkarscy mogą sobie gremialnie strzelić w łeb z rozpaczy, bez względu na końcówkę szalika. Ale przecież polskie reprezentacje narodowe w różnych grach radzą sobie wyśmienicie! A stadiony w Łodzi mają być wkrótce porządne. Kapele rockowe narzekają na totalny spadek zainteresowania ich muzyką. Ale przecież jest internet, w którym każdy może się promować na dowolną skalę… Nawiasem, zachęcam Was do zapoznania się z twórczością mojej nowej kapeli, TRIAGONAL. Dosłownie na dniach będziemy mieli gotowe pierwsze nagrania, które udostępnimy w sieci, na nowo tworzonym profilu FB.

I tak dalej, i dokoła… Niby nie jest źle, ale w sumie nie jest wcale dobrze. Taką mamy teraz na świecie „republikę bananową”, której lekko zakurzona odmiana panuje i w Polsce. W sensie takim, że jesteśmy wciąż zapóźnieni wobec normalnych krajów o jakieś 30 lat. Szukając pozytywów, są kraje jeszcze bardziej zacofane i „wiochmeńskie”. Choć akurat mnie wcale ten fakt nie pociesza. Życzę natomiast nam wszystkim, byśmy ten 2016 rok spędzili we względnym bezpieczeństwie, niezłym zdrowiu i choćby w elementarnej zamożności. Niech się spełni – a w następnych latach będzie lepiej.

Oj, mieli Polacy pecha w szczęśliwym marszu do najlepszej czwórki handbalowych mistrzostw globu… W półfinale trafili na Katar, gospodarzy turnieju. Dziś przyjdzie im się zmierzyć nie tylko z międzynarodową mieszanką gwiazd, sprowadzonych do arabskiego szejko-stanu za kosmiczne pieniądze, razem z wybitnym hiszpańskim trenerem, Valero Riverą. Jak to jest Katar, to ja jestem… grypa. To także starcie z UKŁADEM, który sprawia, że – mocą petrodolarów, wykładanych obficie przez katarskich władców – wszelkie „okoliczności” turnieju sprzyjają gospodarzom, od dziwnie łatwej drabinki w eliminacjach, przez niezwykle przychylnych sędziów, do przekupionych kibiców (w Katarze nikt się piłką ręczną nie interesuje, ludzie otrzymali pieniądze za pojawienie się w hali, dopingiem kierują opłaceni klakierzy)… Dziś także wiadomo, że mecz poprowadzi para sędziów z Serbii – kraju, w którym urodziło się kilku naturalizowanych „reprezentantów Kataru”, na czele z liderem drużyny, Czarnogórcem Zarko Markoviciem (przypominam, że jeszcze niedawno Czarnogóra stanowiła wraz z Serbią jedno państwo na mapie Bałkanów…).  Mówienie w tej sytuacji o „obiektywnym” wyborze pary arbitrów można zbyć jedynie pustym śmiechem. Polacy skazani są zatem nie tyle na sportową walkę z groźnym przeciwnikiem, co raczej na heroiczny bój przeciw wszystkim niedogodnościom, jakie sprzęgać się będą w czasie tego spotkania… Znając tych chłopaków sądzę, że motywacja dodatkowo poniesie ich do walki. Ale kibiców czeka z pewnością wyjątkowo nerwowe popołudnie, które – obym był złym prorokiem! – nie musi wcale zakończyć się happy endem.

Czemu tak jest? – można zadać pytanie. Po co szejkom cały ten cyrk: z przekupywaniem piłkarzy (propozycję dostał nawet nasz Marcin Lijewski, szczęśliwie odmówił), opłacaniem sędziów, kibiców, klakierów? W kraju, gdzie o piłce ręcznej wiedzieli dotąd nieliczni miłośnicy europejskich gier zespołowych, gdzie nigdy nie było (i pewnie nie będzie!) handballowej tradycji, gdzie wszelkie sztuczne działania, na siłę pompujące sukces nowo wykreowanej „drużyny narodowej” mają się nijak do rzeczywistego popytu na jej istnienie? Zdaje się, że na takie pytania udzielić można dwóch możliwych odpowiedzi. Pierwsza kryje się w sloganie: „chleba i igrzysk”. Jeśli hiper bogaci szejkowie są w stanie zagwarantować swojemu narodowi dobrobyt ekonomiczny, do utrzymania władzy potrzebują jeszcze rozrywek. Najchętniej sportowych, bo dzięki nim sympatia wobec władz, „gwarantujących” ludziom zwycięstwa „naszych” na imprezach dużej rangi, wzmacnia autorytet rządzących. Odpowiedź druga – z nudów. Szejkowie mają już tyle kasy, że nie wiedzą co z nią robić i zgodnie z założeniem, że kupić można wszystko, zechcieli łaskawie zafundować poddanym drużynę piłki ręcznej z wszystkimi przyległościami. Banałem jest stwierdzenie, że obie te odpowiedzi (obojętnie, która jest prawdziwa) z tak zwanym duchem sportu nic wspólnego nie mają.

Sport narodowy był jeszcze do niedawna ostoją swoistej etyki, sformułowanej lata temu przez Pierre’a de Coubertina, ojca światowego olimpizmu współczesnego. Myśl głosząca, że „nie liczy się wynik, lecz idea szlachetnej, sportowej rywalizacji” dawno już zaczęła zanikać na poziomie klubowym, gdzie sukces ekonomiczny pełni kluczową rolę. Ale reprezentacje jakoś się trzymały: fakt, sami cieszyliśmy się, gdy bramki dla naszej drużyny strzelał Emmanuel Olisadebe. Jakoś rozumieliśmy, gdy biegacze z Afryki zaczęli startować w mityngach pod znakiem np. duńskiej flagi. Ale to, co dziś wyprawia się w Katarze, jest jawną kpiną z wszystkich zasad sportowej przyzwoitości. Wykorzystując federacyjne przepisy o udziale zawodników w  narodowych kadrach (to podejrzane, że w przypadku innych dyscyplin zespołowych wyglądają one zupełnie inaczej) szejkowie naigrywają się z kibiców, stawiając pod wątpliwość sens rozgrywania jakichkolwiek rozgrywek reprezentacyjnych… No, bo jak ma się zespół, złożony z Hiszpanów, Francuzów, Kubańczyków, zawodników z krajów bałkańskich, Egipcjan – do reprezentowania barw narodowych kraju o nazwie Katar? Czy faktycznie jeden akt administracyjno-urzędowy: podpisanie obywatelstwa jakiegoś państwa, ma pozwolić kibicom uwierzyć w autentyczną chęć, prawdziwą motywację zawodnika do reprezentowania kraju, w którego koszulce występuje? Bez żartów. To, co jest normą na poziomie klubowym, dziś stało się zasadą w sporcie reprezentacyjnym – liczy się wynik, zwycięstwo. Czyli pieniądze i sukces, na przykład polityczny. Z żadną „sportową rywalizacją” nic to już wspólnego nie ma.

W Katarze, na naszych oczach, zamyka się więc kolejna era w historii światowego sportu. Bo chyba zgodni będziemy, że pewne granice zostały przekroczone. Z tą patologią dziś zmierzy się dzielna reprezentacja Polski, w której występują – bez wyjątku – zawodnicy urodzeni nad Wisłą. Z pewnością nasi nie pękną i walczyć będą na całego… Ale, jak powiedział mi jeden z działaczy łódzkiej piłki ręcznej, „prawdziwe jaja” zaczną się w Katarze dopiero na mistrzostwach świata w piłkę nożną. Przypomnę, że najbliższy mundial w tej dyscyplinie odbędzie się właśnie w katarskim szejkacie. Nie miejmy większych złudzeń w temacie „sportowej czystości” tej imprezy.

„To jest koniec tej drużyny” – powiedział mój wujek, który z niejednego pieca chleb jadł, po zakończeniu w 1996 roku fazy grupowej Ligi Mistrzów. Przetrzebiony kontuzjami Widzew, bez odpowiednio długiej ławki rezerwowych, choć walczył dzielnie, poległ w rozgrywkach. Borussia Dortmund, Atletico Madryt i Steaua Bukareszt, okazały się za mocne dla zespołu, który nie mógł w ani jednym z grupowych spotkań wystawić do gry pełnego składu… Wówczas, choć pełni szacunku dla mądrego wujka, śmialiśmy się w rodzinie z czarnej przepowiedni. Sprawdziła się dubeltowo: Widzew zaklął Ligę Mistrzów, od tamtej pory żadna z polskich drużyn nie wspięła się na poziom grupowych eliminacji. A dziś – czas to stwierdzić oficjalnie, choć z wielkim smutkiem – na naszych oczach dokonuje się właśnie koniec drużyny Widzewa. Tej wielkiej, dzielnej i przez lata budującej ogromną część tradycji polskiej piłki – ale i tej mniejszej, która w minionym osiemnastoleciu próbowała jakoś nawiązywać do chwalebnej przeszłości.

Czemu tak piszesz, spytają kibice? Wprawdzie Widzew dołuje, jest wyraźny kryzys sportowy – ale trudno mówić o jakimkolwiek końcu organizacyjnym. Klub istnieje, ma funkcjonującą strukturę, władze, utrzymuje drużynę, spłaca długi… Sportowo zawsze może być lepiej, ale są jakieś perspektywy: będzie nowy stadion, a dopóki nie powstanie i tak poziom rozgrywek nie ma większego znaczenia. Przecież Widzew podczas remontu będzie musiał przenieść się z meczami na inny obiekt. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej!

Długo myślałem podobnie, latami podtrzymywałem w sobie nadzieję. Dziś już nie mam złudzeń. Widzewa nie ma – choć właściwie jest, ale zupełnie gdzie indziej. W B klasie. TMRF Widzew 1910 wygrał właśnie szóste spotkanie i utrzymał pozycję lidera w swojej grupie. Mecz – na stadionie przy al. Piłsudskiego 138! – oglądało oficjalnie 999 kibiców. Więcej nie mogło, choć chciało. Nowe stowarzyszenie musi mieć zgodę na organizację imprez masowych, nie ma jej, więc trzeba pilnować ograniczeń. Ci, co przyszli, stworzyli profesjonalną oprawę pod krytą trybuną. Wcześniej, na meczu „dużego” Widzewa, kibiców prawie nie było, trybuny świeciły pustkami. A zespół Sylwestra Cacka znów przegrał. Jest na dnie pierwszoligowej tabeli bez większych szans na uniknięcie spadku do ligi drugiej.

Oto powód, dla którego twierdzę, że nieoficjalnie Widzew przestał istnieć: odrzucili Go kibice. Uznali, że klub sportowy, od siedmiu lat dowodzony przez Sylwestra Cacka przy al. Piłsudskiego nie jest już ICH Widzewem. Zabrali swoje flagi, transparenty, swą miłość – i przenieśli to wszystko na B-klasowe poletko. Gdy jednak „poletko” przy Piłsudskiego nagle można było, mocą umowy z MOSiR-em, nagle zaadoptować na potrzeby TMRF (stadion Widzewa jest własnością miasta, okazało się, że jest szansa go stamtąd wynajmować!), rozległ się potworny, złośliwy chichot historii… Pan prezes Cacek robi swoje, kibice swoje. Na tej samej trawie. Ale nic już nigdy nie będzie jak dawniej: drogi działaczy i kibiców rozeszły się, trudno wierzyć, że jeszcze kiedyś zejdą się ponownie. W każdym razie dziś nic na to nie wskazuje.

Ponieważ klub piłkarski bez kibiców sensu większego nie ma, nad Panacackowym interesem zebrały się nagle czarne chmury. Albo nie, powiem inaczej – być może właśnie zdarzyło się coś, co wreszcie da Sylwestrowi Cackowi ostateczny argument do ogłoszenia całkowitej upadłości Widzewa. By wreszcie zwinąć żagle, pogodzić się ze stratą wpompowanych w klub (okazało się, że całkowicie bezsensownie) sześćdziesięciu milionów złotych. Nie brak głosów, że od pewnego czasu pan Sylwester Cacek na taki pretekst czekał z utęsknieniem. Gdy tylko okazało się, że szansa na odzyskanie zainwestowanych w Widzew środków bardzo się oddala (przypomnę, z tematem rozbudowy stadionu klub przepychał się z Magistratem parę lat) może biznesmen z Piaseczna nabrał przekonania, że tylko ucieczka „z twarzą” pozwoli mu na pozbycie się uciążliwego balastu. A może prawda jest dokładnie odwrotna? Może Sylwester Cacek, podbudowany wreszcie zawartą z Ratuszem umową, postanowił przeczekać – na przykład w drugiej lidze – na stadion, wybudowany przez Miasto, na miejskim przecież terenie… Jakoś przebiedujemy te dwa, trzy lata, mógł pomyśleć prezes Widzewa zakładając, że koszty utrzymania drużyny na tym poziomie są do przyjęcia. Po to, by później zacząć odzyskiwać utraconą kasę na zbudowanym już stadionie: mając obiekt, można uruchomić cały interes, przynoszący jakieś dochody. Market, sklepy z pamiątkami, parkingi, knajpeczki dla kibiców – tak działają zachodnie kluby, zarabiają na całym tym cyrku wokół drużyny, która sama jest z założenia produktem deficytowym. I nic w tym zdrożnego, pomyśli kibic, niech prezes-właściciel godziwie zarobi, niech się odkuje za zmarnowane w Widzewie lata. Byleby wreszcie zagwarantował nam jakiś poziom tej gry! Bo przecież serce się kraje, co te patałachy teraz wyprawiają…

Sęk w tym, że najwyraźniej kibice Widzewa stracili cierpliwość. I postanowili wziąć sprawę we własne ręce: zrobić Widzew „na swoim”. Zacząć od zera po to, by samemu do czegoś dojść. Pewną konfuzję wzbudza fakt, że na meczu TMRF Widzew 1910 z Hetmanem Łódź pojawili się dawni włodarze „dużego” klubu: np. Andrzej Pawelec czy Andrzej Wojciechowski. A także piłkarze, stanowiący kiedyś o sile Wielkiego Widzewa, starzy mistrzowie, wykuwający legendarny „Widzewski Charakter…” Ta konfuzja dotykać może (jednak nie wierzę, że jest całkiem obojętny) prezesa Sylwestra Cacka, któremu rząd dusz ewidentnie wymknął się z rąk. Czy to dla niego problem, czy raczej szczęście – przekonamy się niebawem…

Jest mi ogromnie szkoda, że Widzew ludzi Cacka się zawalił. Mniejsza o błędy, jakie przez te siedem lat zostały popełnione. Mniejsza o prawdę w sprawie obecnej polityki klubu. Chodzi o to, że na tamte czasy, lat temu siedem, biznesmen z Piaseczna był dla – tonącego już powoli – klubu kimś ogromnie ważnym. Prawdziwym wybawieniem. Kibice mu naprawdę uwierzyli, zaufali snom o potędze i odetchnęli z wiarą, że nastał kres ich niepokoju o los ukochanego Widzewa. Dziś, na wypełnionej trybunie meczu z Hetmanem w B klasie widać wyraźnie, jak bardzo się ci ludzie pomylili. I jak bardzo ich zaufanie zostało połamane.

 

Nie mieliśmy prawa tego meczu wygrać, a jednak – stało się. Oni tacy słabi czy Polacy dobrzy tacy? W historii naszej publicystyki sportowej chyba nie było wydarzenia, które zyskałoby aż tak wielki oddźwięk w komentarzach prasowych. Teraz mamy jeszcze internet, więc analizami można wręcz oddychać…

… warto jednak kilka chwil poświęcić na głębsze spojrzenie, bo ten historyczny mecz jest zadziwiającym splotem różnych zdarzeń i okoliczności, które następując, dały sensacyjny wynik.

Po pierwsze, forma i stan personalny drużyny niemieckiej. Spójrzmy: w ich składzie grało zaledwie czterech (Neuer, Hummels, Boateng i Mueller) graczy podstawowego składu drużyny mistrzowskiej z Brazylii. I trzech rezerwowych (Podolski, Gotze, Kroos), a takich każdy trener chciałby mieć na ławce. Jednakże, nawet biorąc pod uwagę świetny występ Karima Bellarabiego, który sam miał kilka okazji do zdobycia gola, nowi zawodnicy potrzebują czasu, żeby dobrze wkomponować się w drużynę. Swoje zrobiły kontuzje – z nieobecnymi w składzie zespół niemiecki miałby z pewnością o wiele większy potencjał bojowy. Wnioski są takie, że mieliśmy szczęście, bo rywal przyjechał nad Wisłę naprawdę w kiepskiej dla siebie chwili. A co ważne, Polacy to bezwzględnie wykorzystali. Trzeba pamiętać, że nie zawsze w walce z odwiecznymi rywalami udawało się nam wykorzystywać ich słabość (ile razy okładali nas „przetrzebieni kontuzjami” Anglicy?)…

Po drugie, znakomita forma kilku naszych graczy. To, że Wojtek Szczęsny lepiej gra pod ostrzałem, wiemy nie od dziś. Ale zdarzyło mu się w przeszłości kilka poważnych wpadek nawet, gdy rywale stwarzali dużą presję. Tym razem nie zawiódł, po każdej sytuacji Niemców nabierał większego luzu i pewności. Wybronił swoje, może drużyna przeciwnika nie stwarzała sobie typowych „patelni” (jedynie przy strzale Podolskiego w poprzeczkę Wojtek nie dałby rady nic zrobić, gdyby piłka poszła trochę niżej) – ale jeśli nasz bramkarz okazałby słabszą dyspozycję, byłoby krucho. Kamil Glik – dla mnie piłkarz meczu. W takiej dyspozycji biorą go do składu najlepsze drużyny globu, czyścił wszystko, wyrastał jak spod ziemi i psuł krew rywalom. Piszczek – znakomity w defensywie, no i te asysty: dostając piłkę na nos nawet Milik potrafi strzelić bramkę Neuerowi. Lewandowski, który zaskakując Niemców stał się naszym czołowym rozgrywającym… Krychowiak, ambitnie ułatwiający podejmowanie właściwych decyzji Glikowi i Szczęsnemu… Wymienieni zagrali wzorowo, inni solidnie: strzelcy bramek zaimponowali spokojem, pozostali nie popełniali rażących błędów. Jak mówią teraz komentatorzy, rodzi się wreszcie „team”, którego „spirit” jest czymś, czego wcześniej nie udało się wykrzesać – a teraz jest, przyszedł we właściwym momencie i może dać nam awans na upragnione Mistrzostwa Europy 2016.

Jaka w tym wszystkim rola trenera Nawałki? Pamiętajmy, jako szkoleniowiec Górnika Zabrze potrzebował długiego czasu na stworzenie bojowego zespołu z przeciętnego zlepku niezbyt widocznych w polskiej lidze średniaków. Ale udało mu się, ciężką pracą (ponoć jest bardzo wymagający na treningach) i konsekwentnym wpajaniem wizji strategicznej podległej sobie drużynie. Teraz mówi się, że ma taką wizję także na reprezentację. Wyniki zaczynają go bronić. Jeśli dołoży do tego choćby 1:0 ze Szkocją, zaczniemy mówić o realnych szansach awansu na Euro. Nie zapeszajmy, ale optymizm na pewno jest: trudno, by go nie było po tak spektakularnym zwycięstwie.

A zatem, wszystko jak na razie układa się po naszej myśli. Dla kibica narodowej drużyny jest to stan dość dziwny, ale istnieje cień nadziei, że ponury czas nieustających porażek ma szansę się zakończyć. Dlatego, choć noszę w sercu głęboką miłość do Szkocji, nie będę we wtorek śpiewał ani „Loch Lommond” ani „Scotland The Brave”. Życzę dzielnym Highlanderom  wielu sukcesów na boisku, lecz nie w potyczce z naszymi – coraz dzielniej poczynającymi sobie – Orłami.

Nie można było tak przez cały sezon? – chciało się krzyczeć, oglądając mecz Widzewa z Wisłą… Albo chociaż od początku rundy! Łodzianie rozegrali kapitalne spotkanie w stylu, jaki powinien od dawna w ich poczynaniach dominować. Szybka, ambitna, agresywna gra, w ciągłym naporze na bramkę przeciwnika. Obrona i atak całym zespołem, pressing do ostatniej minuty, mnóstwo sytuacji, strzały, gole, wreszcie – upragnione zwycięstwo, tak bardzo przy Alei Piłsudskiego oczekiwane przez wiernych kibiców.  Już niewielu miało nadzieję na utrzymanie się Widzewa w ekstraklasie. Teraz, po takim meczu i wygranej nad faworyzowanym przeciwnikiem, nadzieje odżyły. Jeśli Łodzianie podtrzymają formę, okażą się w Szczecinie o jedną bramkę lepsi od Pogoni, to w eksperymentalnej rundzie końcowej (zwłaszcza, jeśli rywale w walce o utrzymanie przegrają za tydzień swoje mecze) mają szansę powalczyć o miejsce w ligowym peletonie.

Przeciwko Wiśle mieliśmy do czynienia z dobrą grą Widzewa, ale też pierwszą tegoroczną próbą stabilizacji składu: Łodzianie wybiegli w zestawieniu, które zaczęło poprzedni mecz z Cracovią. Trener Artur Skowronek znalazł chyba wreszcie wykonawców swojego planu, a może inaczej – wreszcie znalazł plan, według którego powinna grać ta drużyna. Poza Eduardsem Visnjakovsem są w niej, patrząc na pierwszą jedenastkę, sami Polacy. Nie chodzi o narodowy szowinizm, ale może o łatwość porozumiewania się między formacjami, a także w szeregach ich samych, „poziomo”. Efekt jest dobry, a zaangażowanie w grę też jakby inne u młodych, krajowych wilczków. Szkoda, że dzieje się to bardzo późno – oby nie zbyt późno dla zespołu, który nagle zaczął objawiać potencjał godny ekstraklasy, o który wszak drużynę znawcy tematu od dawna podejrzewali. Pewnie jest tak, że w sporcie nic nie dzieje się z dnia na dzień. Trener objął rządy w zespole, mając do dyspozycji czas zimowych przygotowań oraz kilka wzmocnień personalnych.  Dopiero teraz sprowadzeni zawodnicy okazują swą przydatność dla drużyny, może potrzebowali aklimatyzacji, a może należało ich od dawna inaczej ustawiać lub przydzielać im bardziej czytelne zadania… Coś nie zagrało, jakby brakło koncepcji, odwagi, może trenerowi podcięła skrzydła pierwsza porażka w Bielsku-Białej? Teraz jednak nie ma co rozpaczać. Jest cień szansy, więc należy rzucić do walki wszystkie siły. Mecz z Wisłą pokazuje, że piłkarze Widzewa wreszcie zrozumieli: bez maksymalnej determinacji utrzymać tej ekstraklasy się nie da. Gdy jakimś cudem cel zostanie osiągnięty, a boiskowemu zaangażowaniu towarzyszyć będą kolejne zdobywane punkty, kibice łatwo wybaczą zespołowi początkowy brak sukcesów. W innym przypadku na pewno „rozliczą” klub i jego pracowników, a nam będzie bardzo szkoda tej drużyny, która pokazała, że może być lepsza od krajowych potentatów. Musi tylko chcieć biegać i harować na boisku.

Marcin Kaczmarek strzelił w ostatnim meczu z Piastem Gliwice dwie bramki. To kuriozum, ale obie zaliczone są zupełnie innym zawodnikom. Doświadczony pomocnik Widzewa najpierw podał do swojego bramkarza, ale piłkę przejął zawodnik gości i strzelił piętą nie do obrony. Następnie Kaczmarek uderzył, trochę na wiwat, w poprzeczkę rywali – ale piłka wpadła do bramki, odbijając się od… głowy bramkarza gości. Niecodzienne, dość chaotyczne przygody ambitnego Widzewiaka są pięknym i dosłownym modelem gry całej drużyny w tym dramatycznym sezonie. A remis z Piastem nie zapowiada – niestety – utrzymania się w ekstraklasie.

Jak wielu, byłem optymistą po wynikach sparringowych meczów. Zima: nowy trener,transfery, pięciu „kupionych” graczy w wyjściowym składzie. I co? I nic, z wielkich zapowiedzi rodzą się tragiczne wyniki. Masakrycznie słaba gra w Bielsku, taka sama w pierwszej połowie z Piastem. I ledwie jeden punkt zamiast sześciu, jakie trzeba było zdobyć w tej inauguracji. Najbardziej boli gra drużyny, zwyczajnie. Może nie brakuje ambicji, ale z pewnością nie ma sytuacji bramkowych, nie mówiąc już o ich skutecznym wykorzystywaniu. Zespół jako tako pozbierał się w defensywie, ale zagrożenia pod bramką rywali nie stwarza praktycznie żadnego. A tu trzeba wygrywać i zdobywać punkty, inaczej spadnie się piętro niżej…  Już pojawiają się głosy o nieudanych transferach, stawianie pierwszych krzyżyków, opuszczanie rąk. Trudno się dziwić kibicom: jak Widzew poleci, to Widzewa nie ma. Degradacja oznacza brak kasy na spłatę układowych wierzycieli, a w konsekwencji upadłość klubu. Co to znaczy dalej, warto unaocznić sobie, spoglądając po drodze na gruzowisko, jakie zostało po stadionie ŁKS-u. Tu żadnych słów nie trzeba: na stadionie przy alei Unii, co chętnie przypomnę radykałom, także Widzew rozgrywał w latach 80-tych swoje mecze w pucharach europejskich…

Inna sprawa, to owo tajemnicze kartkowanie… Oczywiście, czerwone kartki są efektem fauli, a nie sędziowskiej złośliwości. Lecz wystarczy przypomnieć sobie, że Sylwester Cacek rozpoczął swą obecność w Widzewie kilkoma równoległymi procesami z PZPN-em. Część z tych procesów jeszcze się toczy, skazując właściciela Widzewa na absurdalną sytuację: sądowej wojny z organizacją, w strukturach której prowadzi się swój biznes. Czy można się dziwić niechęci działaczy, z którymi wielu już szło na bezskuteczną wojnę, płacąc często za swą śmiałość nawet (dosłownie) najwyższą cenę??? Warto przypomnieć sobie, od czego rozpoczął się tragiczny epizod ostatnich miesięcy życia Ś.P. Jacka Dębskiego, ówczesnego ministra sportu. Od wojny z PZPN-em… Tu również nie trzeba zbędnych komentarzy. Wystarczy, że związkowa „elyta” działaczy szepnie słówko wobec własnego Kolegium Sędziów: „Wicie,koledzy, rozumicie – jak tam oni będą faulowali, to już tam czerwonych kartek nie żałujcie, wicie…”. Z każdego faulu można zrobić czerwoną kartkę, wystarczy odpowiednie nastawienie i skrupulatność panów w czerni. Resztę mówią fakty: osiem spotkań, które Widzew kończył w dziesiątkę.

Mają więc Widzewiacy spory problem, nie tylko z podejrzaną nadgorliwością arbitrów, ale też -  przede wszystkim – z poziomem własnej gry. Sytuacja jest krytyczna: od meczu z Ruchem trzeba pokazać, że nie jest się zespołem zbyt słabym na ekstraklasę, choć obecnie wszystko na to wskazuje. Czy będzie to zryw desperacki? Czy na utrzymaniu klubu zależy grupie najemników, jaka (od większości zawodników przez team trenerski do działaczy) jest tylko formalnie, bez emocjonalnego wkładu, związana z Widzewskimi barwami?  Te pytania trzeba postawić natychmiast, wraz z konkretnym tupnięciem w ziemię: żarty, Panowie, dawno się skończyły!!! Widzew jest na równi pochyłej. Tylko od Was zależy, czy Jego potężna historia, tradycja nie tylko sportowej Łodzi ale i całej Polski nie zostaną bezpowrotnie zamienione w zgliszcza. Takie, jakie oglądać możecie po drugiej stronie miasta.

Nie wiem, czemu tak jest, to bardzo irracjonalne doznanie. Ale ze zwycięstwa Widzewa nad Lechią, pod okiem nowego trenera Artura Skowronka, bije niezrozumiały optymizm. Gdzieś w powietrzu unosi się przekonanie, że Widzew – jeśli uda się drużynie dopracować styl gry, zadawany przymusem „nowej miotły” – utrzyma się w ekstraklasie i być może w kolejnym sezonie powalczy w pierwszej ósemce.

Trener nie wymyśla raczej żadnej nowej filozofii. Zespół ma grać ofensywnie, ale z aktywnym udziałem skrzydeł, w środku pola trzymając „młyn” dzięki dwóm pomocnikom defensywnym. Napastnik ma być jeden, może i dlatego, że zawodników o dużym potencjale w tej formacji (poza młodym Wiśnią) raczej nie mamy… Sęk w tym, że podobny system działa z powodzeniem w wielu prestiżowych zespołach europejskich. Widzew też gra nim od dawna. Z tym tylko, że skutek był marny, co niestety – ze zgrozą – ostatnio obserwowaliśmy.

Wynik z Lechią, identyczny jak podczas ligowej kolejki, niby o niczym nie świadczy. Przed rokiem drużyna też lała w sparingach, kogo chciała – no, prawie. Tu jednak kłania się ważny aspekt funkcjonowania każdej drużyny w grach zespołowych, mianowicie dobór odpowiednich wykonawców na poszczególne pozycje. Popatrzmy, co z zespołem w tymże spotkaniu sparringowym zrobił Artur Skowronek.

W bramce wyboru wielkiego nie ma, przynajmniej na dzisiaj: trzeba wierzyć, że Maciek Mielcarz się przebudzi. Inna rzecz, że jeśli „kapela” wbija rywalowi cztery gole, to strata jednego zwyczajnie może się przydarzyć… Zmiany zaczynają się w linii obrony, gdzie kluczową rolę, gdy idzie o preferowany system taktyczny, pełnią boczni obrońcy. W minionej rundzie gorączkowo szukano efektywnych zawodników na obie flanki. Po odejściu Łukasza Brozia nie znaleziono nikogo o zbliżonych predyspozycjach. Lewego obrońcy nie było w ogóle (ani Hajrapetian ani żaden z zastępców nie udźwignęli odpowiedzialności, a Hachem Abbes, który tam grać może, przechodzi swoje znane perypetie). Mamy tu wyraźny pomysł: na prawej stronie dostaje pole do popisu Marcin Kikut (niech udowadnia, że faktycznie może się u nas odbudować), na lewej natomiast wracający po kontuzji Michał Płotka, który także ma coś do udowodnienia. W Grodzisku zanotował nawet kilka celnych strzałów, więc zapewne traktuje sprawę poważnie…   Na środku obrony dobry patent, mieszanka rutyny z młodością. Obiektywnie najlepszy piłkarsko łódzki stoper Kevin Lafrance ma kierować obroną, mając obok siebie młodzika, Krystiana Nowaka, notującego dobre występy w czasie ubiegłorocznej mizerii. Młody ma ewidentnie słuchać starszego kolegi. Przypomnę, że gdy kilka lat temu, pod wodzą Darka Wdowczyka Widzew walczył o utrzymanie, obok doświadczonego Kazka Węgrzyna stanął na środku obrony młody Krzysio Brodecki. Wszystko było dobrze: dziś pytamy, czy z Lafrancem nie powinien w parze wybiegać Perez. Pewnie w sparringu z Cracovią będzie to sprawdzone, ale przeczuwam, że Hiszpan jest brany pod uwagę raczej jako zmiennik Kevina. I bardzo by mi się ten pomysł podobał.

Druga linia, czyli najważniejsza w każdym zespole – tutaj Widzew ma największą swobodę wyboru, ale znacznie gorzej jest z jakością. Na pierwszy ogień poszli obaj skrzydłowi. Znów: bardzo ważni przy omawianym systemie, a w ostatnich miesiącach wręcz psujący grę drużyny. Zarówno Marcin Kaczmarek jak i Aleks Visnjakovs trafili zatem na ławę. Czy oczekiwania na bokach spełnią młodzi – Pietrowski i Kwiek? Obydwaj stoją przed olbrzymią szansą udowodnienia, że jeśli trener na nich postawi, błędu nie popełni. Jest jeszcze Alex Bruno, przydałaby się mocniejsza alternatywa na lewej stronie. Tu jednak bez wątpienia potrzebna jest zespołowi świeża krew i to jak najwyższej jakości. Najlepiej byłoby ściągnąć Pawłowskiego z Malagi, ale podobno jest to wykluczone. Ciekawe rzeczy dzieją się na środku pola. Najbardziej kreatywny obecnie rozgrywający, Batrović, ma za sobą dwójkę: Mroziński – Kasprzak. Gdy parę poszerzymy o trzecią postać, Nowaka, dostajemy w koncepcji gry trzech młodych piłkarzy, z których każdy jest w stanie podłączyć się, w dowolnej chwili, do akcji ofensywnej. Może najmniej Mroziński, ale on się akurat świetnie nadaje do asekuracji, gdy pozostali koledzy zaczną się zapędzać w pole karne rywala. Wydaje się to wszystko dobrze wymyślone, zwłaszcza, że akurat w środku istnieje duże pole manewru przy zmianach (Okachi, Leimonas, Staroń…). Pytanie najistotniejsze brzmi: na ile ten plan wypali w walce o ligowe punkty.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że Widzew – jeśli chce o utrzymaniu myśleć poważnie – koniecznie musi wygrać już pierwszy mecz, wyjazd z Podbeskidziem. Następnie trzeba poprawić u siebie z Piastem.  Te sześć punktów uspokoi kibiców i da nadzieję na końcowy sukces. Gdy utrzymanie stanie się faktem, wówczas zawodnicy Widzewa zyskają bardzo poważny atrybut marketingowy na przyszłość. Nawet jeśli są wśród nich gracze zainteresowani wyłącznie autopromocją, nie zaś losami klubu, trzeba teraz postawić wszystko na jedną kartę. Można odnieść wrażenie, że trener Artur Skowronek już o tym wie.


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine