remigiuszmielczarek.blog.pl

O wszystkim – od muzyki przez sport do polityki

Wpisy z tagiem: mecz

Jest w sportach zespołowych pewna, nieczęsto spotykana, cenna wartość, którą trudno wychwycić i opisać. Choć wymyka się definicjom, rzadko też bywa przedstawiana w medialnych relacjach, jej wpływ na osiągane przez zespół wyniki bywa przemożny. Chodzi o tzw. TEAM SPIRIT – duch drużyny. Byt, który niczym ludzka dusza, istnieje w teoretycznych rozważaniach – a zmierzyć go, zważyć i pokazać raczej się nie da. A jednak TEAM SPIRIT często przesądza o końcowym sukcesie. Gdy na sportowej arenie spotykają się godni siebie rywale, o podobnej sile czy jakości, wówczas działanie czynników poza-atletycznych (tak je nazwijmy), jak odporność psychiczna czy duch drużyny właśnie, przeważają szalę. Nie wystarczy bowiem dobrze przygotować się fizycznie, nauczyć się psychicznej twardości – trzeba mieć jeszcze to „coś”, które – w odpowiednim momencie uruchomione – wyciąga z zespołu, zmagazynowane gdzieś, dodatkowe pokłady energii.

Ów sympatyczny duszek zamieszkał i bardzo dobrze poczuł się w zespole siatkarek Grot Budowlani Łódź. A w obecnym sezonie warunki do wzrostu tej przedziwnej, frenetycznej istoty pojawiły się idealne. Zeszłoroczna drużyna, zajmując na koniec rozgrywek solidną, piątą lokatę, narobiła apetytu na sukces chyba wszystkim – działaczom, trenerom, a przede wszystkim kibicom. Dla tych pierwszych wyzwaniem stało się utrzymanie trzonu zespołu, powstrzymanie eksodusu najważniejszych zawodniczek oraz dokonanie transferów tak, by wartość ekipy podwyższyć, nie zaś utracić walory… Od strony sportowej zabieg udał się perfekcyjnie. W miejsce odchodzących siatkarek sprowadzono takie, których transfer do Łodzi był prawdziwą sportową sensacją (Paulina Maj-Erwardt) bądź też niewiadomą, ale z wielkimi nadziejami na dobry skutek (Kaja Grobelna). Zespół zbudowano tak, by na każdej pozycji znajdowały się zawodniczki o podobnych umiejętnościach. W trakcie sezonu niektórzy marudzili, że rezerwowe wchodzą z kwadratu zbyt rzadko, a trener grywa najczęściej jedną, sprawdzoną szóstką. Ale rezerwowe, gdy tylko pojawiały się na placu gry, dodawały zespołowi potrzebnej jakości, a zmiany często przesądzały o wyniku całych spotkań… Od strony sportowej zespół zbilansowano fachowo, w czym na pewno duża zasługa od lat świetnie znającego rynek transferowy prezesa Marcina Chudzika, oraz trenerów – papy i syna Krzyształowiczów – prowadzących ten sportowy rydwan w zgodnym, rodzinnym rytmie. Do nowoczesnych metod pracy syna, Błażeja, tata Tadeusz dołożył niezbędne doświadczenie, układając system dualności trenerskiej w sposób kompletny.

Ta sportowa staranność poskutkowała dobrym i fachowym przygotowaniem strony profesjonalnej w Budowlanych. Ale – właśnie wtedy, na początku sezonu – okazało się, że spod tej powierzchni wypływa coś jeszcze. Dziewczyny, które spotkały się w szatni, prawie natychmiast (i w komplecie) zostały przyjaciółkami. To nie jest trywialny żart, tylko fakty: okazało się, że skład tak bardzo odpowiada sobie personalnie, że każda za każdą dałaby się, w myśl przysłowia, zwyczajnie pokroić. Nie tylko na parkiecie! W wypowiedziach zawodniczek już na etapie przygotowań do sezonu pojawiły się wyraźne sygnały, jakoby klimat pracy treningowej był niezwykle pozytywny właśnie dzięki kapitalnym, prywatnym relacjom w zespole. Wkrótce wyjaśniło się coś jeszcze. To mianowicie, że każda z siatkarek (dosłownie, chodzi o wszystkie dziewczyny z „kapeli”, bez żadnych wyjątków personalnych) to osoba o niezwykle sympatycznym usposobieniu, życzliwości do świata i ludzi, pozytywna jednostka, miła i uśmiechnięta. Bez żadnych „hamulcowych”, psujących klimat tak, że widziałyby to osoby postronne… Krótko mówiąc: drużyna fajnych dziewczyn, gdzie indywidualne cechy zawodniczek przełożyły się na pozytywny charakter całości. Ową – niezwykle przyjazną – aurę wokół zespołu natychmiast odczuwać zaczęli zarówno kibice, jak i dziennikarze, wykonujący reporterską pracę przy Grot Budowlanych.

Tak właśnie magiczny TEAM SPIRIT ujawnił się po raz pierwszy. Potem, już w trakcie sezonu, pokazywał się w nadzwyczaj osobliwych formach… Na przykład jako złowrogi „potwór z Zielonej Góry”, w półfinale turnieju o Puchar Polski. Po dwóch wygranych setach rywalki z Impelu Wrocław miały dwa punkty do zwycięstwa i sześć przewagi, prawie wołając sprzątaczki i portiera z prośbą o zamknięcie hali… Tymczasem, nie wiadomo jakim cudem, łodzianki wywinęły się spod kosy i wygrały 3:2. Później, też bardzo niespodziewanie, tajemniczy „duchowy” pomocnik Budowlanych spętał nogi i ręce niepokonanym przez krajowego rywala dziewczętom z Polic. By wreszcie, z wielkim wdziękiem, ostatecznie pogrążyć w bezmiarze rozpaczy drużynę wrocławską, tym razem w walce o finał rozgrywek ligowych.

Ten sukces, medal mistrzostw Polski (dziś nie wiemy jeszcze, jakiego będzie koloru) to pierwszy od dwudziestu siedmiu lat krążek dla drużyny siatkówki kobiet z Łodzi. Pierwszy też, co oczywiste, w niedługiej historii ekstraklasowej samych Budowlanych, wieńczących piękny sezon finałem PP oraz niezwykle udanymi występami w europejskim Pucharze CEV. Jest efektem nie tylko doskonałej, profesjonalnej pracy całego sztabu sportowego Grot Budowlanych Łódź – ale też magicznej mocy nieuchwytnego duszka, który (uśmiechając się radośnie, jak każda z zawodniczek tej drużyny) chowa się gdzieś pod parkietem… W przeddzień finałowej batalii o złoto z Chemikiem Police uszczęśliwieni, wzruszeni łódzcy fani siatkówki swą wielką radość w zasadzie już przeżyli: ten zespół  ”zrobił swoje”, zapewniając kibicom emocje, jakich nie mieli wcześniej. Ewentualne złoto (hoho!) będzie tylko wartością dodaną, czymś na pewno cudownym, ale w żaden sposób nie wymaganym od dziewcząt z Budowlanych. One same zapracowały na to swoją wspaniałą postawą, na parkiecie i wobec otaczającego je świata. Dziś przyszedł czas, by serdecznie im za to podziękować.

Przez kilka lat zastępowałem sporadycznie kolegę by w końcu zostać na dłużej… Ani się człowiek obejrzał, aż tu minął drugi sezon na spikerce Budowlanych. Dziś jest szczególny dzień: siatkarki KS Budowlani Łódź wywalczyły piąte miejsce w Orlen Lidze. Najlepsze od czasów debiutu na najwyższym poziomie rozgrywek w latach 2009/10, gdy rozpędzony beniaminek zajął czwartą lokatę, wywalczył Puchar Polski i zagrał w europejskich pucharach. Obecnej drużynie zabrakło naprawdę niewiele, by tamten sukces powtórzyć – na drodze stanęły przede wszystkim kontuzje i pech, jak słynne zatrucie pokarmowe w jednym z hoteli w Bielsku, któremu uległa prawie cała ekipa… Nie ma co się jednak martwić. W obecnym, sportowo-finansowym układzie sił Orlen Ligi, właśnie o piątej lokacie jako możliwej do wywalczenia i zgodnej z oczekiwaniami, mówili eksperci. Zamiar się powiódł, a kibice Budowlanych są bardzo zadowoleni – ich ulubienice przez cały sezon walczyły niezwykle ambitnie, dając dowody swego przywiązania do barw drużyny, której kibice z meczu na mecz coraz piękniej nagradzali je swoim dopingiem.

Jak to jest być spikerem w sali o pojemności 13 tysięcy ludzi, która na mecze ligowe siatkówki kobiet zapełnia się w niewielkiej części? Trudno, gdy trzeba zachęcić do dopingu i zabawy dwa tysiące osób, w olbrzymiej przestrzeni Atlas Areny sprawiające wrażenie małej, rozproszonej grupy. Łatwiej, gdy grupa ta okazuje niezwykłą życzliwość wobec prowadzącego zawody. A tak właśnie jest na meczach Budowlanych. Fani są przychylni spikerowi, który czasem… trochę traci głowę. Cóż, jestem – jak oni – kibicem tej drużyny. Bywa, że wrzeszczę i wyję jak potępieniec, co z pewnością nie każdy kibic przyjmuje radośnie. Ale zdarzają się też chwile graniczące z magią. Gdy zespołowi nie idzie, traci punkty lub koncentrację i przydałby się dziewczynom jakiś pozytywny „kopniak” energetyczny, kibice dają się trzymającemu mikrofon spikerowi trochę poprowadzić. Udziela się im ten dziwny rodzaj przekonania, że na parkiet jakoś tam z trybun spływa energia, pozwalająca zespołowi rzucić się do walki. I to się sprawdza! Wiele razy było tak, że przy naszej zagrywce, przy zwiększającym się dopingu kibiców, dziewczyny zdobywały kilka punktów z rzędu, odrabiając potrzebne straty lub wychodząc na wygodne prowadzenie. Ja wiem, że siatkarki są skoncentrowane na grze, nie rozglądają się po trybunach w czasie rozgrywanej akcji – ale jednak atmosfera wsparcia MUSI być na parkiecie wyczuwalna. One same zresztą, ku wielkiemu zadowoleniu fanów, wciąż przypominają w wywiadach jak wielką pomocą są dla nich aktywni kibice.

Tak więc rośnie i pęcznieje ten pozytywny ruch kibicowski, w którym olbrzymią – i twórczą – rolę odgrywają ultrasi. Grupa najbardziej aktywnych kibiców na sektorze R stale się powiększa, są tam całe rodziny, chłopaki wciągają dziewczyny a rodzice- dzieci, a te są najcudowniejszymi kibicami. Dziś mała dziewczynka przyniosła wraz z mamą wielki, niebieski kwiat z napisem „Gabi”, oczywiście na cześć Gabrieli Polańskiej. Nasza środkowa (zresztą prywatnie cudowna, życzliwa dziewczyna), wzięła potem ten tekturowy znak uwielbienia, ściągnęła małą z trybun i razem pozowały do zdjęć po wygranym spotkaniu… Wzruszający moment, który dziecko zapamięta pewnie na całe życie. Ale grupa ultras Budowlanych to nie tylko powiększanie ekipy o kolejne pokolenia fanów. Kibice robią oprawy, organizują wyjazdy – a przede wszystkim, dbają by w prowadzony doping włączali się fani z pozostałych sektorów. To ultrasi wymyślili „rakietę”, do której dołączają się, wstając z miejsc, wszyscy ludzie w hali. Wygląda to i działa kapitalnie! Coraz lepiej wychodzi też skandowanie poszczególnych haseł metodą „na echo”, czyli z odpowiadaniem kibiców po drugiej stronie parkietu… Razem z prowadzącym oprawę muzyczną na meczach DJ’em, Jackiem Grzegorzewskim staramy się, by wszystko to razem było odpowiednio skoordynowane. Jeszcze nie zawsze się udaje. Ale jest z meczu na mecz coraz lepiej. A co najważniejsze, kibice zaakceptowali nasze wysiłki i postanowili chętnie współpracować z nami, by faktycznie doping stawał się jednorodny, obejmując wszystkich obecnych. To daje efekty, momentami naprawdę imponujące.

I tak właśnie tworzy się Wielka Rodzina Budowlanych. Ze świetnym zespołem na czele, bardzo udanie zbudowanym w tym sezonie dzięki wysiłkom prezesa Marcina Chudzika, charyzmatycznych trenerów: Jacka Pasińskiego i Błażeja Krzyształowicza oraz całego zespołu szkoleniowego. Tam każdy jest fajnym człowiekiem, wszystkie siatkarki (dobrane w zespół zbilansowany sportowo ale i charakterem) i każdy facet w tej ekipie. Nie czas tu na analizę gry Budowlanych, ale panie od początku sezonu bardzo się polubiły, miały też wspólny cel, jakim było wygrywanie. Niczego więcej w naszej kapeli nie trzeba. Oby jak najwięcej dobra z tego zespołu zostało na kolejny sezon!

Zwycięstwo 25:20 nad Macedonią, czyli pewne i niezagrożone, uspokoiło kibiców. W ten sposób debiut trenerski Talanta Dujszebajewa, nowego opiekuna reprezentacji Polski w piłce ręcznej wypadł niezwykle pozytywnie. Przed najważniejszą imprezą roku, po zawalonych Mistrzostwach Europy, trener Biało-Czerwonych miał zaledwie 9 dni na przygotowanie drużyny (tyle trwało zgrupowanie). A jeśli Polacy nie awansują do igrzysk olimpijskich po turnieju eliminacyjnym, rozgrywanym właśnie w Gdańsku, to lepiej nie myśleć, jaka będzie przyszłość naszego szczypiorniaka… Na szczęście początek został zrobiony fachowo: nie dalej jak w styczniu Polacy wygrali na Euro z tą samą Macedonią zaledwie jednym golem i po wielkiej nerwówce. Dziś od pierwszych minut nasi kontrolowali sytuację, rzucili kilka bramek – a co ważne, nie dali rywalom rozwinąć skrzydeł. Mieliśmy to, z czego słyniemy od zawsze. Sławka Szmala w bramce (znowu ponad 45% skuteczności, ja nie wiem, czy ktoś będzie w stanie go kiedyś zastąpić), solidną obronę i dobrych pół-rozgrywających. Michał Jurecki zrobił swoje, tak samo Karol Bielecki, który do rzutów z dystansu dołożył skuteczne karne.

Prawdziwe zaskoczenie czekało kibiców na środku rozegrania, z którym od długiego czasu nasza reprezentacja ma kłopot. Znów kontuzjowany jest Mariusz Jurkiewicz, Grzegorz Tkaczyk w telewizji komentuje mecze jako ekspert, Bartłomiej Jaszka i Tomasz Rosiński dawno gdzieś zniknęli. W tej sytuacji ujrzeliśmy na tej newralgicznej pozycji… Przemysława Krajewskiego. Tak, nie mylą się Państwo – to ten sam skrzydłowy, który jeszcze na styczniowym Euro rozgrywał po lewej stronie boiska życiowy mecz przeciwko Francji. Teraz Dujszebajew przestawił go na środek. Od razu powiedzmy, że było to kapitalne posunięcie! Talant odnalazł w tym graczu odpowiednie predyspozycje do gry płynnej, kombinacyjnej, taktycznej i odważnej. Bramki, asysty, gra jeden na jeden  - Krajewski to wszystko robił, ani przez chwilę nie powodując swoją grą obniżenia ofensywnej jakości zespołu. Prawdziwy walczak, w dodatku obdarzony umiejętnością dobrego analizowania gry i wszechstronnego widzenia. Dobry wybór! Oby Krajewski był tak samo przekonujący w meczach z Tunezją i Chile.

Czego brakuje? No, zwycięzców się nie sądzi, to pierwsza sprawa. Po drugie, nową koncepcję drużyny wprowadza się stopniowo i rękę trenera znać będzie dopiero po jakimś czasie. Ale z całą pewnością trzeba cały czas poprawiać bieganie do kontry. Nie rzuciliśmy kilku takich sam na sam, że wszystko bolało… Dziwnie mało rozgrywający wykorzystują też kołowego i skrzydłowych. Nadal główną bronią Polaków są rzuty z drugiej linii, ale przecież w końcówce kadencji Bieglera wariantów z kołowymi było już parę – i działały. Koniecznie trzeba rozwijać tę koncepcję, a skrzydłowi aż się momentami proszą o podanie. Może jednak taki sposób gry akurat na Macedonię był nieprzydatny: obrotowi mieli często na karku dwóch potężnych, środkowych obrońców tej drużyny. A przez to tworzyły się luki do rzutu z dystansu, co z kolei nasz zespół zawsze skwapliwie wykorzystuje. Piłka rzadko wędruje na skrzydło.

Nie ma jednak co narzekać. Turniej kwalifikacyjny, niewygodny rywal, nowy trener – a wygrana pewna. Jeden mecz z głowy, wygramy kolejny i jedziemy do Rio. I choć eksperci powtarzali zgodnie, że tych eliminacji po prostu nie mamy prawa przegrać, w sporcie nie takie rzeczy się zdarzały. A w naszej „szarpiącej nerwy” kadrze piłki ręcznej to już szczególnie. Oby Talant Dujszebajew dalej miał dobrą rękę, bo jeśli na olimpiadę pojedziemy, o wyniki tej drużyny będę znacznie spokojniejszy, niżbyśmy dotarli tam z Michaelem Bieglerem.

Kilka lat temu, przed Euro 2012,  ówczesny trener reprezentacji Polski Franciszek Smuda zabrał swoich piłkarzy na mecz do Hiszpanii. Mieliśmy ćwiczyć otwartą grę z silnym rywalem, nabrać odwagi na polu rywalizacji z najlepszymi oraz rozwiać kilka mitów – między innymi ten, że narodowa kadra jest wyjątkowo słabą drużyną. Przegraliśmy 6:0 a mecz był popisem naszej bezradności. Polscy piłkarze (wśród nich kilka nazwisk importowanych z lig zachodnich dzięki swojskiemu pochodzeniu) tylko biegali wokół hiszpańskich gwiazd, sprawiających wrażenie, jakby grały na 50% swoich możliwości.

Może to przesada, ale podobne wrażenie odniosłem dzisiaj, oglądając mecz Polska – Finlandia. Jednak tym razem w roli bezwzględnych nauczycieli wystąpili nasi zawodnicy. Biedni Finowie mieli problem z opuszczeniem własnej połowy, a jedyną naprawdę groźną sytuację stworzyli po koszmarnym błędzie Jędrzejczyka, naprawionym mądrą interwencją Pazdana na linii bramki spóźnionego Boruca. Ale poza tym jednym, wstydliwym momentem Biało-Czerwoni grali jak profesorowie, sprawiając wrażenie jakby w sparringu przed rozgrywkami Euro 2016 podejmowali zespół, występujący dwie ligi niżej.

Co ciekawe, trener Adam Nawałka nie ukrywał, że głównym celem obecnego zgrupowania kadry (poza oczywistym doskonaleniem schematów taktycznych) jest obserwacja piłkarzy dopiero starających się o miejsce w pierwszej jedenastce. Za chwilę wyjazd na turniej, ktoś musi zostać w domu. Teraz i w meczu z Serbią dawano szansę postaciom drugoplanowym: Salamon, Wszołek, Zieliński czy Teodorczyk dawno nie występowali w kadrze lub pojawiali się na boisku, wchodząc z ławki. Przeciwko Finlandii nie wybiegło zatem od początku paru reprezentacyjnych pewniaków, na czele z Lewandowskim, Błaszczykowskim i Piszczkiem. A występ takiego Filipa Starzyńskiego niektórzy kibice obserwowali z niedowierzaniem, zastanawiając się, czy piłkarz o tym nazwisku w ogóle kiedykolwiek pojawił się na kadrowym poziomie… Pomocnik Zagłębia Lubin grał jak w transie, strzelił piękną bramkę. Wszołek dołożył dwie – a zdobywca kolejnych dwóch trafień, Kamil Grosicki (też do niedawna borykający się z kłopotem braku regularności narodowych występów) sprawiał w tym gronie wrażenie gracza prawie z innej planety…

A przecież w ciągu minionych, długich lat kibice oglądali mecze sparringowe kadry z bólem zębów i rozpaczą w oczach. To, co wyprawiali tam zmiennicy, „drugi garnitur” kolejnych selekcjonerów nieodmiennie wzbudzało, przetaczające się wzdłuż i wszerz kraju, gromy pod adresem kopaczy. Nie dawało się tego oglądać, a zespoły średniego lub słabego poziomu wypadały przy naszych jak elita, niejednokrotnie tłukąc nam zadki bolesnymi porażkami… Jakże przyjemnie ogląda się dziś te spotkania, dawniej określane haniebnym mianem „meczów o pietruszkę”! Dziś kadrowicze Nawałki mają jakiś pomysł na grę. Widać, że przez cały mecz realizują określony plan strategiczny, nie przejmując się składem występującej jedenastki ani wynikiem na tablicy świetlnej. Grają z zaangażowaniem – tak, jak o punkty. A w związku z tym drużyny pokroju Finlandii, europejskie średniaki, nie mają prawa na Biało-Czerwonych poprawiać sobie jakichkolwiek statystyk.

I to jest właśnie najpoważniejsza zmiana – naprawdę dobra – jaką dała reprezentacji Polski kadencja Adama Nawałki. Ta drużyna coraz bardziej zaczyna przypominać najlepsze kadry narodowe świata, systematycznie niwelując błędy, doskonaląc schematy z wykorzystaniem kwalifikacji poszczególnych graczy. A często piłkarze traktowani są nietypowo. Lewy obrońca Rybus? Proszę bardzo… Defensywny pomocnik Kapustka, prawoskrzydłowy Wszołek?  Jak najbardziej! Okazuje się, że przywiązanie gracza do pozycji w klubie nie musi wcale dla Nawałki oznaczać sytuacji na resztę piłkarskiego życia. On, jak się zdaje, widzi w tych chłopakach cały szereg różnych możliwości gry, a co najważniejsze, potrafi je umiejętnie uruchomić. Pomaga w tym duch drużyny, „team spirit”, mocno podbudowany awansem do europejskiego turnieju, historycznym zwycięstwem nad Niemcami i ogólnie odczuwalnym przekonaniem, że „sky is the limit”, czyli w tej ekipie można przenosić góry. Co widać na boisku i słychać w pomeczowych wywiadach chłopaków…

Niech więc tak grają. Jak najdłużej –  nie tylko na Euro ale i w następnych eliminacjach. A my kibice będziemy sobie tę grę z radością oglądali. Należy się nam po kilkudziesięciu latach piłkarskiej żałoby. A dziś, do wielkanocnego pięciopaku od Polaków dla Finlandii, swój świąteczny prezent dołożyli nam Niemcy. Właśnie skończył się mecz przeciwko Anglii, w którym przegrali u siebie 2:3, tracąc gola w ostatniej akcji meczu. Nie chcę być posądzany o złośliwości, ale niech będzie to dla nas dobry omen przed turniejem… Wesołych Świąt!

 

Dziś około godziny 11-tej podał się do dymisji trener reprezentacji Polski w piłce ręcznej mężczyzn, Michael Biegler. Decyzję niemieckiego szkoleniowca zaakceptowano błyskawicznie, nawet jak na standardy współczesnego sportu: prezes ZPRP Andrzej Karśnicki wydał komunikat niemal natychmiast, po krótkiej naradzie ze swoimi działaczami.

Nic dziwnego, można by powiedzieć. Kompromitacja polskich gladiatorów w meczu z Chorwacją, dotkliwa zwłaszcza wobec promiennego zwycięstwa nad Francją kilka dni wcześniej, rzuca jasne światło na szybkość działania krajowych władz piłki ręcznej. Stawka meczu była zbyt wielka, a kibice – wstrząśnięci rozmiarami nokautu – długo jeszcze będą leczyć rany, odniesione na skutek łatwo zmarnowanej szansy wywalczenia medalu w europejskim czempionacie, na własnej ziemi rozgrywanym.

Możemy jednak odnieść wrażenie, że Michael Biegler spodziewał się biegu rzeczy. Tuż po feralnej porażce udzielał jasno brzmiących wywiadów: zawiodłem, znam reguły, natychmiast rezygnuję. Jakby realizował z góry założony scenariusz… A przecież tak się stać nie musiało. Przed Biało-Czerwonymi ważny turniej kwalifikacji olimpijskich, w którym (być może) przydałby się spokój oraz konsekwentne realizowanie wcześniej podjętych założeń szkoleniowych. Bez względu na występ w Mistrzostwach Europy wciąż najważniejszym turniejem Polaków w roku 2016 pozostaje olimpiada w Rio.

Mimo to szybka reakcja działaczy niektórych kibiców zaskoczyła. Inni zaś, pełni szczerego oburzenia, wciąż nie mogą ochłonąć po sportowym szoku. To niemożliwe, tętni internet, by po takiej pokazowej wiktorii nad Francuzami nasi dali się udusić przeciętnej Chorwacji! „Coś nie jest tak!”, „Ktoś się nieźle obłowił u buków!” – wśród licznych komentarzy mnożą się i te łatwo wskazujące przyczynę bolesnej porażki w mrokach pozasportowych okoliczności… Owszem, chcemy powiedzieć, spiskowa teoria dziejów jest tutaj możliwa. Ktokolwiek z kibiców czytuje Waldemara Łysiaka („Stulecie kłamców”) – wie, że Mistrz uznaje cały sport współczesny za jedną koszmarną blagę. Kłamstwo sportu ma być o tyle wredną odmianą dzisiejszego życia „w Matriksie”, że bazującą na szlachetnej wierze kibiców w potęgę sportowych ideałów. W tak zakłamanej rzeczywistości zawody są cyrkową „ustawką”, jak turlanki amerykańskich zapaśników, gdzie wszystko jest z góry ukartowane i wiadomo, jak ma się skończyć… Oczywiście sowitym zarobkiem odpowiednich ludzi, stojących za prowadzeniem tej szopki. Nie mamy żadnych dowodów na jednoznaczne stwierdzenie, że świat sportu jest wyłączną domeną zorganizowanych przestępców. Ale nie mamy też najmniejszej wiedzy, czy tak w istocie nie jest. Czy w polskim turnieju ktoś chciał zwolnić trenera, obłowić się na bukmacherskim typowaniu, a może o wszystkim i teraz zdecydowali mafiosi? Nigdy się nie dowiemy.

Wydaje się jednak, że po prostu Chorwaci przed meczem z nami świetnie odrobili lekcje. Grali o wszystko i – licząc na cud – zrobili wiele, by losowi pomóc. Trenerowi „Hrvatskiej” z pewnością ułatwili robotę dwaj grający na co dzień w Polsce skrzydłowi, Ivan Cupić i Manuel Strlek. Rozpisali ze szczegółami wszystkie mocne strony naszej drużyny, a swoją grę podporządkowali temu, by z żelazną konsekwencją je wyłączać… I udało się! Polacy weszli w mecz kompletnie zagubieni, sparaliżowani faktem, że nie działały ich wypróbowane sposoby skutecznej walki. Jakby ich powiązano. A trudno walczy się o medale pływakowi, który związany wskakuje do basenu i próbuje płynąć kraulem – wszystko jedno, co jest powodem założenia więzów. I tu właśnie wracamy do osoby Michaela Bieglera, któremu już dawno zarzucano brak szkoleniowego warsztatu. Zespół gra schematycznie, powiadano, nie mamy wariantów ataku, brakuje gry skrzydłami. Jakby niemiecki trener dostał w prezencie świetną drużynę, z którą przez z górą trzy lata nie zrobił żadnego postępu – a tylko bazował na wszystkim, co już było. Z tym, że broniły go wyniki. I nagle przestały, bo na tym poziomie światowego handballa nie uchodzi przegrywać czternastoma golami z niżej notowanym rywalem. Pretekst został więc błyskawicznie wykorzystany: jutrzejszy mecz przeciwko Szwecji będzie ostatnim spotkaniem Bieglera w biało-czerwonych barwach.

Co teraz zrobić? Trzeba się błyskawicznie pozbierać i tej drużynie – starych, otrzaskanych wyjadaczy – dać kogoś, kto w alarmowym trybie będzie mógł ją czegoś nowego nauczyć. Wprowadzić mocne tempo szerokiego rozgrywania, szybki powrót do obrony, dopracować wyjście z kontrami. Dodać świeżości, nieszablonowości gry. Nie będzie to proste, zważywszy na krótki czas przygotowań do turnieju kwalifikacji olimpijskich. Polska znów zagra u siebie, z niezbyt wysoko notowanymi rywalami. Ale w tym roku świat piłki ręcznej szalenie nas zaskakuje… Oby zadziwił nas i tym, że jakiś nowy – mądry! – szkoleniowiec da Polakom impuls do nowych sukcesów. I nie pozostawi po sobie spalonej ziemi.

 

Nawet teraz, o pierwszej w nocy i wgapiając się w nagraną powtórkę, piszę to wszystko ze łzami w oczach… Na krakowskim parkiecie widzieliśmy rzeczy niebywałe, jakby zdarzył się Cud nad Wisłą 2, o czym zresztą – ze śmiechem na ustach – rozprawialiśmy wcześniej luźno na próbie Triagonala. Polscy piłkarze ręczni, który to już raz w ostatniej dekadzie, postarali się o mecz rodem z filmów SF. Walnęli sześcioma golami absolutnie najlepszy zespół na globie, mistrzów olimpijskich, świata i Europy. Wielką Francję, robiąc to w stylu, jakiego nikt się nie spodziewał – a już na pewno nie po dwóch pierwszych meczach europejskiego czempionatu na krajowych parkietach. Zdarzyło się coś dorównującego sportową marką zwycięstwu piłkarzy nożnych nad Niemcami: to tak, jakby nagle – w meczu o poważną stawkę – Lech (aktualny mistrz Polski) strzeliłby 4:0 Barcelonę. Coś niemożliwego. A jednak się stało.

Trzeba powiedzieć, że Francuzi wyszli na mecz jacyś tacy śnięci. Jakby zlekceważyli gospodarzy turnieju, albo zatruli się żarciem, niczym Skra z moimi Budowlanymi na hotelowym postoju w Bielsku. Za to naszym wychodziło wszystko, od pierwszych sekund. Ośmieszali rywali. Szybko wywalczyli kilkubramkową przewagę – i nie oddali jej do końca spotkania. Kiedy ostatni raz przytrafiło się to Francuzom? Chyba sami tego nie pamiętają… Za to Polacy mieli wszystko, co trzeba. Sławka Szmala, który w swoim stylu wyciągał piłki, niemożliwe do złapania wzrokiem w locie przez laików. Obrońców, którzy nie odstawiali ręki w żadnym momencie. „Dzidziusia” Jureckiego, który był wszędzie – i robił, co chciał w każdym elemencie gry. Karola Bieleckiego, który przypomniał sobie czasy sprzed fatalnej kontuzji i wrzucał petardy, gdy tylko rywale zostawiali mu trzy kroki na rozbieg. I jedną ręką „czapiącego” Karabaticia w powietrzu, podczas rzutu… Kamila Syprzaka, który bramką kończył wszystkie podania na koło. Przemka Krajewskiego (skąd u niego taka forma?) – dzięki któremu lewe skrzydło wreszcie pokazuje światową klasę w tej drużynie. Rezerwowych, którzy nie pękli: swoje bramki rzucili nawet Konitz i Chrapkowski. A kiedy Jakub Łucak, zazdroszcząc Krajewskiemu wejść do środka, przedarł się z piłką przez trzech broniących Francuzów i rzucił z koła – uwierzyłem, że tego meczu nie da się przegrać.

I co z tego, że graliśmy bez presji. Cóż, że mecz był w zasadzie o pietruchę. Nie szkodzi, że Francuzi mieli pecha, ostrzeliwując nasze słupki i poprzeczki – a sędziowie byli podejrzanie życzliwi dla naszych. Pokonaliśmy wielką Francję i żaden rywal już nie jest nam straszny! Dla naszej reprezentacji to zwycięstwo będzie miało wręcz magiczne znaczenie w sensie morale. A przeciwnicy będą się nas bali. Jak każdej drużyny, która w meczu rangi turniejowej wkleja sześć bramek mistrzom olimpijskim…

Wszystko jedno zatem, jak ten turniej się skończy. Może się nawet tak zdarzyć, że Polacy nie zdobędą medalu. Tym razem jednak nasza wiara każe nam – w porozumieniu z racjonalną oceną spraw – taki wariant odrzucić. Pokonując Francję można przenosić góry! I na to właśnie czekamy.

 

Oj, mieli Polacy pecha w szczęśliwym marszu do najlepszej czwórki handbalowych mistrzostw globu… W półfinale trafili na Katar, gospodarzy turnieju. Dziś przyjdzie im się zmierzyć nie tylko z międzynarodową mieszanką gwiazd, sprowadzonych do arabskiego szejko-stanu za kosmiczne pieniądze, razem z wybitnym hiszpańskim trenerem, Valero Riverą. Jak to jest Katar, to ja jestem… grypa. To także starcie z UKŁADEM, który sprawia, że – mocą petrodolarów, wykładanych obficie przez katarskich władców – wszelkie „okoliczności” turnieju sprzyjają gospodarzom, od dziwnie łatwej drabinki w eliminacjach, przez niezwykle przychylnych sędziów, do przekupionych kibiców (w Katarze nikt się piłką ręczną nie interesuje, ludzie otrzymali pieniądze za pojawienie się w hali, dopingiem kierują opłaceni klakierzy)… Dziś także wiadomo, że mecz poprowadzi para sędziów z Serbii – kraju, w którym urodziło się kilku naturalizowanych „reprezentantów Kataru”, na czele z liderem drużyny, Czarnogórcem Zarko Markoviciem (przypominam, że jeszcze niedawno Czarnogóra stanowiła wraz z Serbią jedno państwo na mapie Bałkanów…).  Mówienie w tej sytuacji o „obiektywnym” wyborze pary arbitrów można zbyć jedynie pustym śmiechem. Polacy skazani są zatem nie tyle na sportową walkę z groźnym przeciwnikiem, co raczej na heroiczny bój przeciw wszystkim niedogodnościom, jakie sprzęgać się będą w czasie tego spotkania… Znając tych chłopaków sądzę, że motywacja dodatkowo poniesie ich do walki. Ale kibiców czeka z pewnością wyjątkowo nerwowe popołudnie, które – obym był złym prorokiem! – nie musi wcale zakończyć się happy endem.

Czemu tak jest? – można zadać pytanie. Po co szejkom cały ten cyrk: z przekupywaniem piłkarzy (propozycję dostał nawet nasz Marcin Lijewski, szczęśliwie odmówił), opłacaniem sędziów, kibiców, klakierów? W kraju, gdzie o piłce ręcznej wiedzieli dotąd nieliczni miłośnicy europejskich gier zespołowych, gdzie nigdy nie było (i pewnie nie będzie!) handballowej tradycji, gdzie wszelkie sztuczne działania, na siłę pompujące sukces nowo wykreowanej „drużyny narodowej” mają się nijak do rzeczywistego popytu na jej istnienie? Zdaje się, że na takie pytania udzielić można dwóch możliwych odpowiedzi. Pierwsza kryje się w sloganie: „chleba i igrzysk”. Jeśli hiper bogaci szejkowie są w stanie zagwarantować swojemu narodowi dobrobyt ekonomiczny, do utrzymania władzy potrzebują jeszcze rozrywek. Najchętniej sportowych, bo dzięki nim sympatia wobec władz, „gwarantujących” ludziom zwycięstwa „naszych” na imprezach dużej rangi, wzmacnia autorytet rządzących. Odpowiedź druga – z nudów. Szejkowie mają już tyle kasy, że nie wiedzą co z nią robić i zgodnie z założeniem, że kupić można wszystko, zechcieli łaskawie zafundować poddanym drużynę piłki ręcznej z wszystkimi przyległościami. Banałem jest stwierdzenie, że obie te odpowiedzi (obojętnie, która jest prawdziwa) z tak zwanym duchem sportu nic wspólnego nie mają.

Sport narodowy był jeszcze do niedawna ostoją swoistej etyki, sformułowanej lata temu przez Pierre’a de Coubertina, ojca światowego olimpizmu współczesnego. Myśl głosząca, że „nie liczy się wynik, lecz idea szlachetnej, sportowej rywalizacji” dawno już zaczęła zanikać na poziomie klubowym, gdzie sukces ekonomiczny pełni kluczową rolę. Ale reprezentacje jakoś się trzymały: fakt, sami cieszyliśmy się, gdy bramki dla naszej drużyny strzelał Emmanuel Olisadebe. Jakoś rozumieliśmy, gdy biegacze z Afryki zaczęli startować w mityngach pod znakiem np. duńskiej flagi. Ale to, co dziś wyprawia się w Katarze, jest jawną kpiną z wszystkich zasad sportowej przyzwoitości. Wykorzystując federacyjne przepisy o udziale zawodników w  narodowych kadrach (to podejrzane, że w przypadku innych dyscyplin zespołowych wyglądają one zupełnie inaczej) szejkowie naigrywają się z kibiców, stawiając pod wątpliwość sens rozgrywania jakichkolwiek rozgrywek reprezentacyjnych… No, bo jak ma się zespół, złożony z Hiszpanów, Francuzów, Kubańczyków, zawodników z krajów bałkańskich, Egipcjan – do reprezentowania barw narodowych kraju o nazwie Katar? Czy faktycznie jeden akt administracyjno-urzędowy: podpisanie obywatelstwa jakiegoś państwa, ma pozwolić kibicom uwierzyć w autentyczną chęć, prawdziwą motywację zawodnika do reprezentowania kraju, w którego koszulce występuje? Bez żartów. To, co jest normą na poziomie klubowym, dziś stało się zasadą w sporcie reprezentacyjnym – liczy się wynik, zwycięstwo. Czyli pieniądze i sukces, na przykład polityczny. Z żadną „sportową rywalizacją” nic to już wspólnego nie ma.

W Katarze, na naszych oczach, zamyka się więc kolejna era w historii światowego sportu. Bo chyba zgodni będziemy, że pewne granice zostały przekroczone. Z tą patologią dziś zmierzy się dzielna reprezentacja Polski, w której występują – bez wyjątku – zawodnicy urodzeni nad Wisłą. Z pewnością nasi nie pękną i walczyć będą na całego… Ale, jak powiedział mi jeden z działaczy łódzkiej piłki ręcznej, „prawdziwe jaja” zaczną się w Katarze dopiero na mistrzostwach świata w piłkę nożną. Przypomnę, że najbliższy mundial w tej dyscyplinie odbędzie się właśnie w katarskim szejkacie. Nie miejmy większych złudzeń w temacie „sportowej czystości” tej imprezy.

„To jest koniec tej drużyny” – powiedział mój wujek, który z niejednego pieca chleb jadł, po zakończeniu w 1996 roku fazy grupowej Ligi Mistrzów. Przetrzebiony kontuzjami Widzew, bez odpowiednio długiej ławki rezerwowych, choć walczył dzielnie, poległ w rozgrywkach. Borussia Dortmund, Atletico Madryt i Steaua Bukareszt, okazały się za mocne dla zespołu, który nie mógł w ani jednym z grupowych spotkań wystawić do gry pełnego składu… Wówczas, choć pełni szacunku dla mądrego wujka, śmialiśmy się w rodzinie z czarnej przepowiedni. Sprawdziła się dubeltowo: Widzew zaklął Ligę Mistrzów, od tamtej pory żadna z polskich drużyn nie wspięła się na poziom grupowych eliminacji. A dziś – czas to stwierdzić oficjalnie, choć z wielkim smutkiem – na naszych oczach dokonuje się właśnie koniec drużyny Widzewa. Tej wielkiej, dzielnej i przez lata budującej ogromną część tradycji polskiej piłki – ale i tej mniejszej, która w minionym osiemnastoleciu próbowała jakoś nawiązywać do chwalebnej przeszłości.

Czemu tak piszesz, spytają kibice? Wprawdzie Widzew dołuje, jest wyraźny kryzys sportowy – ale trudno mówić o jakimkolwiek końcu organizacyjnym. Klub istnieje, ma funkcjonującą strukturę, władze, utrzymuje drużynę, spłaca długi… Sportowo zawsze może być lepiej, ale są jakieś perspektywy: będzie nowy stadion, a dopóki nie powstanie i tak poziom rozgrywek nie ma większego znaczenia. Przecież Widzew podczas remontu będzie musiał przenieść się z meczami na inny obiekt. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej!

Długo myślałem podobnie, latami podtrzymywałem w sobie nadzieję. Dziś już nie mam złudzeń. Widzewa nie ma – choć właściwie jest, ale zupełnie gdzie indziej. W B klasie. TMRF Widzew 1910 wygrał właśnie szóste spotkanie i utrzymał pozycję lidera w swojej grupie. Mecz – na stadionie przy al. Piłsudskiego 138! – oglądało oficjalnie 999 kibiców. Więcej nie mogło, choć chciało. Nowe stowarzyszenie musi mieć zgodę na organizację imprez masowych, nie ma jej, więc trzeba pilnować ograniczeń. Ci, co przyszli, stworzyli profesjonalną oprawę pod krytą trybuną. Wcześniej, na meczu „dużego” Widzewa, kibiców prawie nie było, trybuny świeciły pustkami. A zespół Sylwestra Cacka znów przegrał. Jest na dnie pierwszoligowej tabeli bez większych szans na uniknięcie spadku do ligi drugiej.

Oto powód, dla którego twierdzę, że nieoficjalnie Widzew przestał istnieć: odrzucili Go kibice. Uznali, że klub sportowy, od siedmiu lat dowodzony przez Sylwestra Cacka przy al. Piłsudskiego nie jest już ICH Widzewem. Zabrali swoje flagi, transparenty, swą miłość – i przenieśli to wszystko na B-klasowe poletko. Gdy jednak „poletko” przy Piłsudskiego nagle można było, mocą umowy z MOSiR-em, nagle zaadoptować na potrzeby TMRF (stadion Widzewa jest własnością miasta, okazało się, że jest szansa go stamtąd wynajmować!), rozległ się potworny, złośliwy chichot historii… Pan prezes Cacek robi swoje, kibice swoje. Na tej samej trawie. Ale nic już nigdy nie będzie jak dawniej: drogi działaczy i kibiców rozeszły się, trudno wierzyć, że jeszcze kiedyś zejdą się ponownie. W każdym razie dziś nic na to nie wskazuje.

Ponieważ klub piłkarski bez kibiców sensu większego nie ma, nad Panacackowym interesem zebrały się nagle czarne chmury. Albo nie, powiem inaczej – być może właśnie zdarzyło się coś, co wreszcie da Sylwestrowi Cackowi ostateczny argument do ogłoszenia całkowitej upadłości Widzewa. By wreszcie zwinąć żagle, pogodzić się ze stratą wpompowanych w klub (okazało się, że całkowicie bezsensownie) sześćdziesięciu milionów złotych. Nie brak głosów, że od pewnego czasu pan Sylwester Cacek na taki pretekst czekał z utęsknieniem. Gdy tylko okazało się, że szansa na odzyskanie zainwestowanych w Widzew środków bardzo się oddala (przypomnę, z tematem rozbudowy stadionu klub przepychał się z Magistratem parę lat) może biznesmen z Piaseczna nabrał przekonania, że tylko ucieczka „z twarzą” pozwoli mu na pozbycie się uciążliwego balastu. A może prawda jest dokładnie odwrotna? Może Sylwester Cacek, podbudowany wreszcie zawartą z Ratuszem umową, postanowił przeczekać – na przykład w drugiej lidze – na stadion, wybudowany przez Miasto, na miejskim przecież terenie… Jakoś przebiedujemy te dwa, trzy lata, mógł pomyśleć prezes Widzewa zakładając, że koszty utrzymania drużyny na tym poziomie są do przyjęcia. Po to, by później zacząć odzyskiwać utraconą kasę na zbudowanym już stadionie: mając obiekt, można uruchomić cały interes, przynoszący jakieś dochody. Market, sklepy z pamiątkami, parkingi, knajpeczki dla kibiców – tak działają zachodnie kluby, zarabiają na całym tym cyrku wokół drużyny, która sama jest z założenia produktem deficytowym. I nic w tym zdrożnego, pomyśli kibic, niech prezes-właściciel godziwie zarobi, niech się odkuje za zmarnowane w Widzewie lata. Byleby wreszcie zagwarantował nam jakiś poziom tej gry! Bo przecież serce się kraje, co te patałachy teraz wyprawiają…

Sęk w tym, że najwyraźniej kibice Widzewa stracili cierpliwość. I postanowili wziąć sprawę we własne ręce: zrobić Widzew „na swoim”. Zacząć od zera po to, by samemu do czegoś dojść. Pewną konfuzję wzbudza fakt, że na meczu TMRF Widzew 1910 z Hetmanem Łódź pojawili się dawni włodarze „dużego” klubu: np. Andrzej Pawelec czy Andrzej Wojciechowski. A także piłkarze, stanowiący kiedyś o sile Wielkiego Widzewa, starzy mistrzowie, wykuwający legendarny „Widzewski Charakter…” Ta konfuzja dotykać może (jednak nie wierzę, że jest całkiem obojętny) prezesa Sylwestra Cacka, któremu rząd dusz ewidentnie wymknął się z rąk. Czy to dla niego problem, czy raczej szczęście – przekonamy się niebawem…

Jest mi ogromnie szkoda, że Widzew ludzi Cacka się zawalił. Mniejsza o błędy, jakie przez te siedem lat zostały popełnione. Mniejsza o prawdę w sprawie obecnej polityki klubu. Chodzi o to, że na tamte czasy, lat temu siedem, biznesmen z Piaseczna był dla – tonącego już powoli – klubu kimś ogromnie ważnym. Prawdziwym wybawieniem. Kibice mu naprawdę uwierzyli, zaufali snom o potędze i odetchnęli z wiarą, że nastał kres ich niepokoju o los ukochanego Widzewa. Dziś, na wypełnionej trybunie meczu z Hetmanem w B klasie widać wyraźnie, jak bardzo się ci ludzie pomylili. I jak bardzo ich zaufanie zostało połamane.

 

Szkocja to piękny kraj. Ba, cudowny! Kto nie zajrzał choć na chwilę w głąb Doliny Łez (Glencoe), nie wspiął się na mglisty Ben Nevis w paśmie Grampianów, nie pospacerował choć godzinę wybrzeżem romantycznego Loch Lommond – lub nie popłynął w rejs z Inverness do Fort William, szukając legendarnego potwora z Loch Ness, traci wiele… Wśród malowniczych, szkockich gór żyją nader sympatyczni ludzie. Choć krzywdzący stereotyp wkleja im łatkę skąpców. Nic bardziej błędnego, Szkoci umieją liczyć i oszczędzać – ale gdy będziesz w potrzebie, oddadzą ci ostatnią koszulę. I do tego poleją szklaneczkę lokalnej whisky. Życzliwi górale, pielęgnujący dumną tradycję odwiecznej walki z angielskim okupantem, na równi z dbałością o przywdziewanie co niedziela klanowego stroju z obowiązkową spódniczką (kilt), traktują troskę o wyniki swych piłkarskich drużyn.

Mała liga szkocka zawsze grała nieco w cieniu wielkiej angielskiej Premiership, opromienionej sławą historycznie pierwszej, kolebki futbolu. Ciekawe, że podróżując po Szkocji najczęściej natyka się człowiek na kibiców trzech klubów. Widać szaliki Celticu Glasgow (wiadomo, że idzie kibic-katolik), Rangersów (to dla odmiany klub protestancki, unionistyczny) oraz… pomarańczowe barwy Dundee United. W samym Edynburgu, gdzie z powodzeniem działają przecież dwa istotne dla Scottish Premier League kluby: Hearts of Middlothian i Hibernians, jest ponoć więcej kibiców drużyn z Glasgow, niż lokalnych. Nie do pomyślenia w polskich realiach! Cóż, pewnie w niewielkim kraju bardziej działa magia sukcesów i historii, choć pod tym względem dziwić może kompletny brak popularności takiego choćby Aberdeen FC… Jednak bardziej od mapy szkockich sympatii klubowych interesować nas może ogólne poczucie przywiązania tamtejszych fanów do zespołu narodowego.  Już niedawne referendum niepodległościowe, choć przegrane, ujawniło spore zaangażowanie dzisiejszych Szkotów w sprawę wzmacniania narodowej dumy i siły. Niebieskie flagi z białym krzyżem godnie powiewają nad sektorem kibiców reprezentacji Szkocji, najczęściej także wtedy ubranych w klanowe stroje, nierzadko wygrywających tradycyjne melodie na popularnych dudach (pipes)… A zwykłe wśród Szkotów oddanie narodowi, połączone z doświadczeniem lat ciężkiej walki góralskich partyzantów z angielskim najeźdźcą, jak na dłoni widoczne jest w poczynaniach ich reprezentacji na boiskowej murawie.

Piłkarze Szkocji przenoszą bowiem do gry wszystko, z czego historia ich narodu najbardziej słynie: waleczność, niezłomność, zapalczywość. Nawet ich taktyka, oparta na atletycznie usposobionej, twardej defensywie – z groźnymi wypadami w kontratakach, gdy nadarza się okazja: to wszystko kojarzy się jednoznacznie z losami niepodległościowej walki szkockich górali… Trudno przeto się dziwić, że we wczorajszej batalii o eliminacyjne punkty Polacy łatwo nie mieli. Nasza kadra, przetrzebiona kontuzjami, liżąca rany po wyczerpującym boju z Niemcami, stanąć musiała naprzeciwko twardej, choć mało finezyjnej, góralskiej ekipy. Było wiadomo, że nie będzie to spacerek: dotychczasowe wyniki drużyny z nowym trenerem, Gordonem Strachanem, stawiały Szkotów w roli jeśli nie faworyta, to na pewno równorzędnego przeciwnika naszych Orłów.

Tu jednak los skojarzył ze sobą drużyny o podobnym charakterze. Polacy, jak Szkoci, nigdy łatwo z sąsiadami nie mieli. Z niepodległością też bywało różnie: najczęściej trzeba było krwawo ją sobie wywalczyć. I boisko na Stadionie Narodowym w Warszawie znów okazało się zwierciadłem rzeczywistości: takiż, dość przecież krwawy przebieg, miało to spotkanie. I chyba remis zdaje się wynikiem sprawiedliwym, nie krzywdzącej żadnej z walecznych stron, z których żadna nie pretenduje do miana gwiazd światowego futbolu, za to obie żmudnie wycinają sobie drogę po jakikolwiek piłkarski sukces… Nam Polakom (a także im, Szkotom) wczorajszy mecz zostawia jedną najważniejszą informację: żadna z tych dwóch drużyn nie traci szans w walce o Euro-kwalifikacje. My zostajemy na pierwszym miejscu w tabeli, Szkoci są na czwartym – ale mają tylko trzy punkty straty do nas i drugiej Irlandii. Jeśli pogrążeni w kryzysie Niemcy będą nadal gubić punkty, a Polska i Szkocja pójdą drogą zwycięstw, zwłaszcza wobec Irlandii – obie awansują na turniej. I powiem szczerze, bardzo bym sobie tego życzył. :)

Nie można było tak przez cały sezon? – chciało się krzyczeć, oglądając mecz Widzewa z Wisłą… Albo chociaż od początku rundy! Łodzianie rozegrali kapitalne spotkanie w stylu, jaki powinien od dawna w ich poczynaniach dominować. Szybka, ambitna, agresywna gra, w ciągłym naporze na bramkę przeciwnika. Obrona i atak całym zespołem, pressing do ostatniej minuty, mnóstwo sytuacji, strzały, gole, wreszcie – upragnione zwycięstwo, tak bardzo przy Alei Piłsudskiego oczekiwane przez wiernych kibiców.  Już niewielu miało nadzieję na utrzymanie się Widzewa w ekstraklasie. Teraz, po takim meczu i wygranej nad faworyzowanym przeciwnikiem, nadzieje odżyły. Jeśli Łodzianie podtrzymają formę, okażą się w Szczecinie o jedną bramkę lepsi od Pogoni, to w eksperymentalnej rundzie końcowej (zwłaszcza, jeśli rywale w walce o utrzymanie przegrają za tydzień swoje mecze) mają szansę powalczyć o miejsce w ligowym peletonie.

Przeciwko Wiśle mieliśmy do czynienia z dobrą grą Widzewa, ale też pierwszą tegoroczną próbą stabilizacji składu: Łodzianie wybiegli w zestawieniu, które zaczęło poprzedni mecz z Cracovią. Trener Artur Skowronek znalazł chyba wreszcie wykonawców swojego planu, a może inaczej – wreszcie znalazł plan, według którego powinna grać ta drużyna. Poza Eduardsem Visnjakovsem są w niej, patrząc na pierwszą jedenastkę, sami Polacy. Nie chodzi o narodowy szowinizm, ale może o łatwość porozumiewania się między formacjami, a także w szeregach ich samych, „poziomo”. Efekt jest dobry, a zaangażowanie w grę też jakby inne u młodych, krajowych wilczków. Szkoda, że dzieje się to bardzo późno – oby nie zbyt późno dla zespołu, który nagle zaczął objawiać potencjał godny ekstraklasy, o który wszak drużynę znawcy tematu od dawna podejrzewali. Pewnie jest tak, że w sporcie nic nie dzieje się z dnia na dzień. Trener objął rządy w zespole, mając do dyspozycji czas zimowych przygotowań oraz kilka wzmocnień personalnych.  Dopiero teraz sprowadzeni zawodnicy okazują swą przydatność dla drużyny, może potrzebowali aklimatyzacji, a może należało ich od dawna inaczej ustawiać lub przydzielać im bardziej czytelne zadania… Coś nie zagrało, jakby brakło koncepcji, odwagi, może trenerowi podcięła skrzydła pierwsza porażka w Bielsku-Białej? Teraz jednak nie ma co rozpaczać. Jest cień szansy, więc należy rzucić do walki wszystkie siły. Mecz z Wisłą pokazuje, że piłkarze Widzewa wreszcie zrozumieli: bez maksymalnej determinacji utrzymać tej ekstraklasy się nie da. Gdy jakimś cudem cel zostanie osiągnięty, a boiskowemu zaangażowaniu towarzyszyć będą kolejne zdobywane punkty, kibice łatwo wybaczą zespołowi początkowy brak sukcesów. W innym przypadku na pewno „rozliczą” klub i jego pracowników, a nam będzie bardzo szkoda tej drużyny, która pokazała, że może być lepsza od krajowych potentatów. Musi tylko chcieć biegać i harować na boisku.


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine