remigiuszmielczarek.blog.pl

O wszystkim – od muzyki przez sport do polityki

Wpisy z tagiem: media

Ależ to zleciało… Rok przerwy na blogu to jakby wieczność. W wielu wypadkach nawet nie ma po co wracać. Gdy patrzę z nostalgią na datę swego ostatniego wpisu – 18 lutego 2015 – zastanawiam się, czy ta moja „rzeźnicka” felietonistyka (jak połamany angielski, „butchered english”) może jeszcze kogokolwiek zainteresować.

To także inny symbol: wyjątkowo pracowitego roku. Zmiany w życiu zawodowym, dorastanie dzieci, powrót do grania w zespole… Nie każdy, mając tak pokaźny worek obowiązków na karku chciałby wracać do specyficznej sali treningowej języka publicysty, jaką zawsze jest platforma blogowa. Na pisanie i szlifowanie warsztatu trzeba mieć czas, bowiem żaden trening nie toleruje pobieżności. A jak już się pisze, to trzeba mieć o czym. Oby nas słuchano, rozumiano – i oby ich to zaciekawiło! Tak właśnie brzmi główne motto dziennikarskiej profesji.

Rzecz w tym, że dziennikarzem być przestałem. Przynajmniej w sensie praktycznym, bo w tym zawodzie – jak w harcerstwie – zostaje się podobno przez całe życie. Chciałbym kiedyś wrócić, bo tęsknię do reporterskiej gonitwy za newsem. Brakuje mi tego specyficznego napięcia, gdy człowiek bezwzględnie musi zdążyć z robotą na konkretną godzinę, bo w telewizji (lub stacji radiowej) żadnych opóźnień tolerować nie można. Nie narzekam na dzisiejszą funkcję. Rzecznik prasowy też powinien być punktualny, rzetelny, dobrze poinformowany. Ale jeśli kiedyś zawodowy los podrzuci mi jeszcze szansę na powrót do korzeni, obiecuję sobie, że przynajmniej rozważę tę ofertę.

Czy zatem faktycznie jest o czym pisać na przednówku nowego roku? 2016 – moi koledzy metalowcy śmieją się, że będzie to diabelski rok: 666+666+666+6+6+6… Liczba bestii. Nie wierzycie? Sprawdźcie z kalkulatorem, wychodzi dokładnie tyle, ile trzeba. Pytanie brzmi, czy ta demoniczna numerologia istotnie stwarza nam pretekst do radosnego chichotu. Moim zdaniem, zapowiedzi o apokaliptycznych czasach, w jakie być może (z pewnym poślizgiem) własnie wkraczamy, mogą się zupełnie realnie sprawdzić. A to do radości już raczej nie skłania – zwłaszcza, gdy choć pobieżnie przejrzymy ubiegłoroczne, niepokojące sygnały…

W skali globalnej oczywiście przeraża nas terroryzm i jego ekspansja. Czy świat zrobił cokolwiek, by skutecznie zapobiegać wzrastającemu zagrożeniu? Po konkretnych zamachach, z łatwą do podsumowania liczbą ofiar? Otóż dokładnie nic: w żadnym z państw nowoczesnej Europy, ani na żadnym innym kontynencie nie wprowadzono nawet jednej zmiany prawnej, która skutecznie powstrzymałaby napływ uchodźców z krajów, gdzie terroryzm islamski się rodzi. A to znaczy, że z każdą kolejną falą emigracji może wpłynąć do państw tzw. wolnego świata dowolna liczba osób, zainteresowanych wymordowaniem kolejnych innowierców w obronie imienia Wszechmocnego Allaha. Także i w Polsce nie jesteśmy chronieni dokładnie w żaden sposób – i jeśli wojujący muzułmanie zechcą nagle wziąć sobie nasz kraj na cel, będą tu ginąć niewinni ludzie. Strzeżmy się! Nie zapominajmy o codziennych środkach ostrożności.

W skali krajowej wstrząsa nami kolejna odsłona wojny polsko-polskiej. I znów sobie, choć jest coraz gorzej, potrafimy osłodzić życie dowcipem: oto nowe pokolenie AK walczy z następnym pokoleniem SB… Coś w tym jest. Ale nie zmienia generalnej konstatacji, że przez lata wewnętrzny konflikt, miast łagodnieć, burzliwie się rozwinął – i wypłynął przy kolejnych wyborach, wpędzając rodaków w abstrakcyjne, dwubiegunowe pandemonium absurdu. Kiedyś też tak było. W roku 89 polski świat dzielił się na „komuchów” i „solidaruchów”, lecz wtedy stawka rywalizacji miała o wiele większy ciężar: wolność i dobrobyt nas samych oraz tych, co po nas nastaną. Od trzydziestu prawie lat, choć „wybraliśmy wolność” nie możemy jakoś doczekać się dobrobytu. Niecierpliwi wybierają symboliczny zmywak w Londynie, a nad Wisłą – póki co – zamożność zarezerwowana jest dla krewnych i znajomych aktualnie rządzącego królika. Ja wiem, że kraj zrobił postęp i jest „znacznie lepiej niż za komuny”, wystarczy się rozejrzeć. Ale przeciętny Kowalski jakoś od tego postępu bogatszy się nie robi. A rozglądając się dookoła w którymkolwiek z bogatych krajów zachodnich, wciąż dostrzegamy, że ichniejszego najbiedniejszego Smitha czy Schmidta stać na znacznie więcej, niż u nas. Zwłaszcza na emeryturze. Pytanie – komu na tym zależy? – zostaje bez konkretnej odpowiedzi, bo takiej w telewizji (wszystko jedno czyjej) nie usłyszymy.

W skali lokalnej, czyli w mej słodkiej Łodzi, wszyscy z radością konsumują owoce dwuletnich remontów drogowych. Nie wszystkie, bo smutna wieść o kolejnych opóźnieniach w oddaniu ludziom nowego centrum miasta z wybudowanym od podstaw dworcem PKP nieco zaciemniła różowy obraz, malowany przez służby miejscowej propagandy sukcesu. Nie wdając się w dyskusje o sensie potężnej finansowo inwestycji nowej trasy W-Z, pogadałem ze starym taksówkarzem. Takim, co to od wielu lat przemierza autem łódzkie ulice. Powiedział: „Przed remontem jeździło się szybciej, sprawdziłem i porównałem”. To w zasadzie wystarcza za całe podsumowanie. Choć w Łodzi nie brakuje optymistycznych opinii, że otwarcie wschodniej obwodnicy miasta w postaci brakującego skrawka autostrady A 1, odciąży centrum z ruchu tranzytowego.

Nie wiem, czy nadchodzący rok przyniesie nam radykalnie korzystne zmiany. Jak to mówią: gdy w Sylwestra zwichnąłeś rękę, będzie Cię tak samo bolała w przyszłym roku… Łódzcy kibice piłkarscy mogą sobie gremialnie strzelić w łeb z rozpaczy, bez względu na końcówkę szalika. Ale przecież polskie reprezentacje narodowe w różnych grach radzą sobie wyśmienicie! A stadiony w Łodzi mają być wkrótce porządne. Kapele rockowe narzekają na totalny spadek zainteresowania ich muzyką. Ale przecież jest internet, w którym każdy może się promować na dowolną skalę… Nawiasem, zachęcam Was do zapoznania się z twórczością mojej nowej kapeli, TRIAGONAL. Dosłownie na dniach będziemy mieli gotowe pierwsze nagrania, które udostępnimy w sieci, na nowo tworzonym profilu FB.

I tak dalej, i dokoła… Niby nie jest źle, ale w sumie nie jest wcale dobrze. Taką mamy teraz na świecie „republikę bananową”, której lekko zakurzona odmiana panuje i w Polsce. W sensie takim, że jesteśmy wciąż zapóźnieni wobec normalnych krajów o jakieś 30 lat. Szukając pozytywów, są kraje jeszcze bardziej zacofane i „wiochmeńskie”. Choć akurat mnie wcale ten fakt nie pociesza. Życzę natomiast nam wszystkim, byśmy ten 2016 rok spędzili we względnym bezpieczeństwie, niezłym zdrowiu i choćby w elementarnej zamożności. Niech się spełni – a w następnych latach będzie lepiej.

Paweł Kukiz, który ostro wziął się za kandydowanie na fotel prezydenta RP, dał ostatnio świetny wywiad Mariuszowi Staniszewskiemu w „Do Rzeczy” (nr 8/107, 16-22.02.2015). Jest tam przywołany fragment rozmowy Kukiza z pewnym, oczywiście anonimowym, politykiem Platformy Obywatelskiej. Kukiz odpowiadał na pytanie, dlaczego w USA (do których wciąż nasi rodacy chcą jeździć za chlebem) są niższe podatki. Jest to na tyle wstrząsający zapis, że aż muszę zacytować go w całości:

„Pytam go, dlaczego Tusk zaraz po objęciu władzy wprowadził 70 tysięcy nowych urzędników, przecież mówił, że będzie „odurzędniczać” państwo. On mi odpowiada: „Pomnóż to razy cztery”. Dlaczego cztery? – pytam. A on: „Może lepiej razy osiem.”. No więc pomnożyłem i wychodzi ponad pół miliona. A on: „Widzisz teraz głosy wyborców. To jest ten ch*j, którego karmimy, jego żona, dzieci, mama, tata, teść i teściowa. I tak się to robi. Dlatego są takie podatki. Trzeba ich utrzymać.”

W tej krótkiej, acz dosadnej relacji Paweł Kukiz opowiedział całą historię gospodarczą odrodzonego państwa polskiego. To właśnie tak, według przedstawionego opisu, wykształciła się nad Wisłą „klasa polityczna” – grupa ludzi z różnych opcji politycznych, która na skutek porozumień przy Okrągłym Stole ustawiła sobie Polskę pod własne potrzeby.  To znaczy, że wykorzystując mechanizmy władzy, charakterystyczne dla nowo zasianej na polskiej glebie demokracji, zapewniła sobie trwałą obecność „w elicie” – oraz materialne powodzenie, dla siebie i sporego kręgu bliskich osób. Przez lata w naszej polityce zmieniają się nazwy partii, wciąż następują spektakularne transfery aktywistów, czasem jedni odchodzą – a w ich miejsce zjawiają się nowi, młodzi, dobrze przyuczeni w zakresie stosowania obowiązujących zasad. To wszystko, oczywiście zgodnie z prawem, finansowane jest z budżetu państwa, oraz źródeł pozabudżetowych: czasem szemranych, bo w ich tle majaczą gdzieś szyldy służb specjalnych bądź postaci jako żywo powiązane ze światem zorganizowanej przestępczości. Nie zmienia się tylko jedno: na szczycie „elity” są ci sami ludzie, czasem dla niepoznaki toczący ze sobą „krwawe boje” na oczach widzów ogólnopolskich telewizji, ale zawsze żyjący przy tym samym korycie, zblatowani przynależnością do nadwiślańskiej klasy panów.

To właśnie mityczni „oni”, którzy w Polsce mają dobrze, holując za sobą całe grupy „podwieszonych” wasali – a trzymający się władzy dzięki karmionym z hojnej ręki wyborcom: opisanym przez Kukiza urzędasom, a także innym „krewnym i znajomym królika”, którym opłaca się oddawać głosy na istniejący system, bo przecież żyją z niego, może za mniejszą kasę niż bonzowie, ale też wcale niezgorzej.

Ponieważ każdy układ musi mieć swoją drugą (tkwiącą poza układem) stronę, w Polsce mamy to, co mamy. Czyli – kto nie jest podczepiony, ma bezrobocie lub pracę za marne grosze. Powiększa się emigracja, najbardziej bolesna w grupie ludzi zdolnych i pracowitych, którzy brzydząc się politycznymi sitwami, natychmiast emigrują gdzie bądź na Zachód – tam o powodzeniu decyduje talent i pracowitość, a nie zblatowanie z miejscowymi kacykami. To dlatego w Polsce nie ma zagranicznego kapitału, który czmycha stąd już w pierwszej fazie inwestycyjnych negocjacji, gdy okazuje się, że oprócz potwornego czyraka biurokracji czeka na przedsiębiorcę układzik, jaki trzeba zawrzeć z przedstawicielami miejscowej socjety polityczno-urzędniczej… To dlatego zwykli ludzie nad Wisłą nie mają szans na spektakularne zawodowe kariery, młodzi – na dobrą pracę a najubożsi są coraz głębiej wpychani w biedę, obciążani co raz to większymi kosztami życia. To dlatego ludzie przyzwoici, wśród nich Kukiz, widząc to wszechobecne dziadostwo krzyczą „dość!” – i rozpoczynają heroiczną walkę o zbudowanie w tym kraju jakiejś normalności. To dlatego też system broni się przed nimi wszelką mocą, spychając takich „dziwaków”, jak Kukiz na margines politycznej rzeczywistości.

Niestety, antysytemowcy są w Polsce rozbici. Różnią się w wielu kwestiach, ale łączy ich jedno: samobójcza niezdolność do jakiegokolwiek zjednoczenia. Dziś, przed wyborami prezydenckimi, mamy kuriozalną sytuację: środowiska wrogie „mainstreamowi” wystawiają kilku różnych kandydatów! Jakby mało było problemów z siłą zjednoczonego układu, antysystemowa opozycja nie może porozumieć się w kwestii wspólnej walki przeciw jednemu wrogowi… Prawdopodobne, że dzieje się to przy aktywnym udziale „czynników zewnętrznych”, czemu dowodzi niedawny rozłam: KORWiN / KNP. Oprócz Kukiza po stronie rywalizacji z Salonem stoją m.in. Janusz Korwin – Mikke, Jacek Wilk, Waldmar Deska, Grzegorz Braun czy nawet Marian Kowalski. Tak, tak – wymieniłem nazwiska kandydatów na prezydenta RP różnych środowisk, nazywanych pogardliwie „kanapowymi”. Efektem jest rozdrobnione poparcie społeczne, w najmniejszym stopniu nie gwarantujące jakiegokolwiek sukcesu w walce politycznej. W ten sposób Układ świetnie broni się przed obaleniem. Gdyby jego przeciwnicy zwarli szyki, to obalenie stałoby się bardziej realne. Obecnie szans na to nie ma żadnych, właśnie dzięki metodom walki, stosowanym w wypaczonej polskiej demokracji: „duży może więcej”. I dlatego też Kukiz apeluje o jednomandatowe okręgi wyborcze. Tyle, że aby je zaprowadzić, trzeba najpierw zdobyć władzę. Koło więc się zamknęło, ku przemożnemu zadowoleniu beneficjentów Układu.

Konkluzja może być więc tylko jedna: środowiska antysystemowe muszą się połączyć, także po to, by zyskali na tym zwykli obywatele. Ci, którzy – nie podpięci pod żadne układy – jeszcze jakoś w Polsce wytrzymują. Jeśli nie teraz, to z pewnością w perspektywie wyborów parlamentarnych jest to dla opozycji bardzo rozległy materiał do przemyśleń. Czas bowiem ucieka. Im go mniej, tym szanse na normalność topnieją. A kolejna szansa wyborcza szybko się nie przytrafi.

„Ida” – film, z którego nagle cała Łódź zrobiła się dumna, zbiera nagrody wszelkich festiwali… Jest nawet szansa na Oscara, bo film dostał nominację. W łódzkim Muzeum Kinematografii już czynna jest wystawa, poświęcona „Idzie” (można tam oglądać nawet Wartburga, rocznik 1965,  którym jeździły bohaterki). Są też słyszalne, coraz donośniejsze, głosy sprzeciwu: oto kolejny film, wmawiający światu, że Polacy mordowali Żydów. Zawiązał się komitet postulujący, by do filmu wmontować tablicę, informującą, że za Holokaust Narodu Żydowskiego odpowiedzialne są wyłącznie faszystowskie Niemcy. Jak w wypadku „Pokłosia”: kontekst społeczno-polityczny (w którym „Ida” istnieje, jak każde dzieło sztuki) ma być równie ważny, co artystyczna wartość filmu.

Zacznijmy od tego, że „Ida” to film niezły, ale z pewnością nie genialny. Prezentuje ładne i ciekawe zdjęcia, solidne aktorstwo (zwłaszcza Agata Kulesza i Dawid Ogrodnik przekonują stworzonymi kreacjami), historię opowiedziano z dbałością o realia historyczne. Niewiele jednak dzieje się w sferze scenariusza i dialogów: przedstawiona w filmie historia zakonnicy, odkrywającej swą żydowską tożsamość, dałaby się opowiedzieć formą krótkiego metrażu. I to nawet razem z towarzyszącym jej wątkiem miłosnym. Przemiana bohaterki (rozumiemy, że ulega ona przemianie) zarysowana jest nieczytelnie i mało wiarygodnie. Widz może opuścić kino w przekonaniu, że Ida wyszła z klasztoru wyłącznie po to, by spróbować seksu… A zapewne nie taka była intencja twórców. Interesujące zdjęcia mają chyba wypełniać lukę, jaka wytwarza się w warstwie dialogowej między rozmawiającymi postaciami. Tekstu jest mało, zresztą dialogi fatalnie udźwiękowiono, a efekt takiej sytuacji może być jeden – nuda. Moglibyśmy mnożyć przykłady dzieł kinematografii światowej, w których piękne zdjęcia towarzyszą ciekawej, zgrabnie opowiedzianej, wartkiej historii. „Ida” nie należy do tych dzieł – i trochę pod tym względem przypomina „Milczenie” Bergmana. Tam też jest nudno i rozwlekle, a widz ma delektować się obrazem. No, już widzę jak wobec tego dictum jeżą się włosy na głowach bergmanowskich apologetów: cóż, jeśli nie wypada mówić, że mistrz nakręcił słaby film, nie znaczy to, że nie przydarzyła mu się faktyczna wpadka. Nawiasem, Bergman nakręcił jedynie dwa dobre filmy, oba na początku swej kariery – ale nie wolno o tym głośno mówić, bo to Bergman przecież…

Odnoszę wrażenie, że bardzo podobny efekt spotyka w odbiorze „Idę”: JUŻ nie wypada mówić, że ten film jest słaby. Ani zaprzeczać jakiejkolwiek stronie jego genialności. W przeciwnym razie będziemy oszołomami. I tutaj dotykamy bardzo niebezpiecznego dla krytyki momentu, w którym społeczno-polityczny kontekst dzieła zaczyna przekraczać jego artystyczną wartość. Z „Pokłosiem” też tak było: wszyscy kłócili się o to, czy film jest antypolski, zapominając o jego uniwersalnej wymowie – oraz o tym, że jest to zdecydowanie najlepszy obraz w całym dorobku reżysera, Władysława Pasikowskiego. Boję się, że po pierwsze „Ida” znów ma nas podzielić w Żydowskiej Sprawie (niewykluczone, że komuś na tym zależy), a po drugie merytoryczne rozmowy o tym filmie staną się za chwilę zupełnie nieistotne. Bo przecież nie mogą mylić się szacowne gremia, przyznające rozliczne nagrody. Niestety, czas przyznać, że król jest nagi – nagrody przyznawane są mocno na wyrost. Tym gorzej dla owych gremiów.

Oj, mieli Polacy pecha w szczęśliwym marszu do najlepszej czwórki handbalowych mistrzostw globu… W półfinale trafili na Katar, gospodarzy turnieju. Dziś przyjdzie im się zmierzyć nie tylko z międzynarodową mieszanką gwiazd, sprowadzonych do arabskiego szejko-stanu za kosmiczne pieniądze, razem z wybitnym hiszpańskim trenerem, Valero Riverą. Jak to jest Katar, to ja jestem… grypa. To także starcie z UKŁADEM, który sprawia, że – mocą petrodolarów, wykładanych obficie przez katarskich władców – wszelkie „okoliczności” turnieju sprzyjają gospodarzom, od dziwnie łatwej drabinki w eliminacjach, przez niezwykle przychylnych sędziów, do przekupionych kibiców (w Katarze nikt się piłką ręczną nie interesuje, ludzie otrzymali pieniądze za pojawienie się w hali, dopingiem kierują opłaceni klakierzy)… Dziś także wiadomo, że mecz poprowadzi para sędziów z Serbii – kraju, w którym urodziło się kilku naturalizowanych „reprezentantów Kataru”, na czele z liderem drużyny, Czarnogórcem Zarko Markoviciem (przypominam, że jeszcze niedawno Czarnogóra stanowiła wraz z Serbią jedno państwo na mapie Bałkanów…).  Mówienie w tej sytuacji o „obiektywnym” wyborze pary arbitrów można zbyć jedynie pustym śmiechem. Polacy skazani są zatem nie tyle na sportową walkę z groźnym przeciwnikiem, co raczej na heroiczny bój przeciw wszystkim niedogodnościom, jakie sprzęgać się będą w czasie tego spotkania… Znając tych chłopaków sądzę, że motywacja dodatkowo poniesie ich do walki. Ale kibiców czeka z pewnością wyjątkowo nerwowe popołudnie, które – obym był złym prorokiem! – nie musi wcale zakończyć się happy endem.

Czemu tak jest? – można zadać pytanie. Po co szejkom cały ten cyrk: z przekupywaniem piłkarzy (propozycję dostał nawet nasz Marcin Lijewski, szczęśliwie odmówił), opłacaniem sędziów, kibiców, klakierów? W kraju, gdzie o piłce ręcznej wiedzieli dotąd nieliczni miłośnicy europejskich gier zespołowych, gdzie nigdy nie było (i pewnie nie będzie!) handballowej tradycji, gdzie wszelkie sztuczne działania, na siłę pompujące sukces nowo wykreowanej „drużyny narodowej” mają się nijak do rzeczywistego popytu na jej istnienie? Zdaje się, że na takie pytania udzielić można dwóch możliwych odpowiedzi. Pierwsza kryje się w sloganie: „chleba i igrzysk”. Jeśli hiper bogaci szejkowie są w stanie zagwarantować swojemu narodowi dobrobyt ekonomiczny, do utrzymania władzy potrzebują jeszcze rozrywek. Najchętniej sportowych, bo dzięki nim sympatia wobec władz, „gwarantujących” ludziom zwycięstwa „naszych” na imprezach dużej rangi, wzmacnia autorytet rządzących. Odpowiedź druga – z nudów. Szejkowie mają już tyle kasy, że nie wiedzą co z nią robić i zgodnie z założeniem, że kupić można wszystko, zechcieli łaskawie zafundować poddanym drużynę piłki ręcznej z wszystkimi przyległościami. Banałem jest stwierdzenie, że obie te odpowiedzi (obojętnie, która jest prawdziwa) z tak zwanym duchem sportu nic wspólnego nie mają.

Sport narodowy był jeszcze do niedawna ostoją swoistej etyki, sformułowanej lata temu przez Pierre’a de Coubertina, ojca światowego olimpizmu współczesnego. Myśl głosząca, że „nie liczy się wynik, lecz idea szlachetnej, sportowej rywalizacji” dawno już zaczęła zanikać na poziomie klubowym, gdzie sukces ekonomiczny pełni kluczową rolę. Ale reprezentacje jakoś się trzymały: fakt, sami cieszyliśmy się, gdy bramki dla naszej drużyny strzelał Emmanuel Olisadebe. Jakoś rozumieliśmy, gdy biegacze z Afryki zaczęli startować w mityngach pod znakiem np. duńskiej flagi. Ale to, co dziś wyprawia się w Katarze, jest jawną kpiną z wszystkich zasad sportowej przyzwoitości. Wykorzystując federacyjne przepisy o udziale zawodników w  narodowych kadrach (to podejrzane, że w przypadku innych dyscyplin zespołowych wyglądają one zupełnie inaczej) szejkowie naigrywają się z kibiców, stawiając pod wątpliwość sens rozgrywania jakichkolwiek rozgrywek reprezentacyjnych… No, bo jak ma się zespół, złożony z Hiszpanów, Francuzów, Kubańczyków, zawodników z krajów bałkańskich, Egipcjan – do reprezentowania barw narodowych kraju o nazwie Katar? Czy faktycznie jeden akt administracyjno-urzędowy: podpisanie obywatelstwa jakiegoś państwa, ma pozwolić kibicom uwierzyć w autentyczną chęć, prawdziwą motywację zawodnika do reprezentowania kraju, w którego koszulce występuje? Bez żartów. To, co jest normą na poziomie klubowym, dziś stało się zasadą w sporcie reprezentacyjnym – liczy się wynik, zwycięstwo. Czyli pieniądze i sukces, na przykład polityczny. Z żadną „sportową rywalizacją” nic to już wspólnego nie ma.

W Katarze, na naszych oczach, zamyka się więc kolejna era w historii światowego sportu. Bo chyba zgodni będziemy, że pewne granice zostały przekroczone. Z tą patologią dziś zmierzy się dzielna reprezentacja Polski, w której występują – bez wyjątku – zawodnicy urodzeni nad Wisłą. Z pewnością nasi nie pękną i walczyć będą na całego… Ale, jak powiedział mi jeden z działaczy łódzkiej piłki ręcznej, „prawdziwe jaja” zaczną się w Katarze dopiero na mistrzostwach świata w piłkę nożną. Przypomnę, że najbliższy mundial w tej dyscyplinie odbędzie się właśnie w katarskim szejkacie. Nie miejmy większych złudzeń w temacie „sportowej czystości” tej imprezy.

mantra

 

Wacław „Vogg” Kiełtyka napisał album „Blood Mantra” na luzie, sam tak mówi. Obyło się bez wzniosłych założeń, ścisłego pilnowania norm i zasad gatunkowych, precyzyjnego wglądu we własną (dotychczasową) twórczość. Była za to swobodna obserwacja tego, co dzieje się wokół – spojrzenie na różne gatunki muzyczne, nie tylko w ramach metalowej systematyki. Innymi słowy, słuchając pilnie rozmaitych muzycznych ciekawostek (jak to od dawna ma w zwyczaju) zasiadł Wacek do pracy z gitarą, nie stresując się zanadto myślą, co też wyjdzie mu z tej roboty. A co wyszło? Album genialny. Z serii tych, co przełamując granice stylów i gatunków przyczyniają się do rozwoju sceny muzycznej w ogóle, a metalowej – w szczególności.

Jest to bowiem płyta aż do bólu uniwersalna. Ma w sobie wszystko, jakby naraz, a jednak w takich proporcjach, że składniki nie gryzą się, tylko wzajemnie dopełniają. „Blood Mantra” wyszła trochę słodka, ale też wytrawna. Jest techniczna, ale też łatwa w odbiorze. Ma cechy albumu „dla koneserów” (jak cała twórczość Decapitated), a jednocześnie da się ją przyjąć uchem niezbyt wymagającym… Jak to się dzieje? Ano, trzeba spytać Vogga, który tym albumem bezwzględnie wzniósł się na poziom autorskiego opus magnum. I zdarzyło się, bo nie jestem w swej opinii samotny, że szósty album kapeli uznać należy za najlepsze dzieło w jej historii.

Czuć na tej płycie inspiracje, płynące z wielu źródeł. Czasem brzmi to jak Fear Factory (z czasów „Demanufacture”), gdzieś mignie fascynacja Strapping Young Lad i odhumanizowaną technologią Devina… W ogóle brzmienie albumu, wypieczone w Herzu przez braci Wiesławskich („Fajnie było znów poczuć smród starego studia!” – mówi Wacek), jest wykręcone aż „na blachę”. Ma cechy muzyki industrialnej, bez zbędnych kilogramów „gliny” na strunach gitar, bez klimatycznych ambientów czy pogłosów. Sporo za to, choć oszczędnie stosowanych, efektów samplerowych pomiędzy kawałkami. Jest blacha i wiertara, czasem aż słychać sprężynę od werbla. Mało basów, dużo trebli i „suchego” środka. I bardzo dobrze, tak ma być – taka jest „koncepcja sztuki”. Bez brzmienia płyta nie miałaby swojego charakteru… A słuchając jej, gdy jeszcze mówimy o formule brzmieniowej, można odnieść wrażenie przebywania na jakiejś bliskowschodniej pustyni, gdzie właśnie zakończyła się nuklearna jatka a nad trupami, wypełniającymi po horyzont suchą równinę, krążą głodne kruki. Tak też płyta jest skonstruowana, niczym relacja z wojennej apokalipsy: najpierw sześć utworów-killerów w zwartym, półgodzinnym secie (jakby przenieść tu cios, wymierzany nam przez legendarne „Reign In Blood”) a następnie tytułowa krwawa mantra, czyli ośmiominutowy utwór „Blindness”. Później nie ma już nic, jest tylko cisza nad zgliszczami, którą słyszymy w kończącej album impresji „Red Sun”. A czerwone słońce rzeczywiście wznosi się nad wysuszonym krajobrazem… Posiadacze wersji CD mają jeszcze bonus w postaci „Moth Defect”, coś na kształt klamry, spinającej całość fatalnego obrazu. I już, a właściwie – jeszcze i wciąż od nowa, bo płyty „Blood Mantra” nie da się posłuchać tylko raz. Ma ona w sobie jakiś narkotyczny środek, bardzo silnie uzależniający: osobiście, od czasów wrześniowej premiery, słucham jej w samochodzie codziennie po kilka razy. Czasem tylko dając na odtrutkę jakieś lżejsze dźwięki, w rodzaju ostatniego Dream Theater. Ale zaraz i tak muszę wrócić do Mantry, nie ma mocnych.

Ma już Wacek w dorobku kilka ważnych płyt, ale ta zaczyna bardzo poważnie istnieć w świadomości fanów na całym świecie. Decapitated od trzech miesięcy nie odpoczął, wciąż jeżdżą z koncertami. Na święta odetchną wśród rodzin, ale potem znów w trasę. Gdzieś w tle migają bardzo dobre wyniki, notowane na ważnych listach popularności… To wszystko tylko potwierdza jakość samej „Blood Mantra”, bo byle czego świadomy słuchacz nie „łyknie”. Może to już oznaczać miejsce, które grzeje się dla płyty w tak zwanej alei sławy, z której metalowcy automatem cytują przykłady najważniejszych albumów w historii gatunku. A jeśli teraz przesadzam, niewiele mnie to obchodzi: osobiście traktuję „Blood Mantrę” w kategorii dzieł rewolucyjnych. Takich, które dzięki nowatorskiemu charakterowi zawartej tam muzyki, oraz uznaniu, jakie wzbudza dany album wśród swoich odbiorców, tworzą kolejny rozdział w muzycznej encyklopedii… Wacek jest twórcą niezwykle kompetentnym, kształconym. Świadomym i dojrzałym kompozytorem. Trzeba Mu bardzo pogratulować „Blood Mantry”, zwłaszcza biorąc pod uwagę dramatyczne okoliczności i doświadczenia, jakich życie nie szczędziło zespołowi do czasów obecnej epoki w ich karierze. Ale, jak mówi napis na „dekapowym” bannerze, „from pain to strenght”. Przez ból do potęgi. I tego Ci Wacławie, Drogi Przyjacielu, życzę jak najserdeczniej. I całej Twojej załodze!

Generał Brygady Janusz Brochwicz-Lewiński, ps.”Gryf”, jeden z ostatnich żyjących dowódców Powstania Warszawskiego, napisał po wyborach na swoim Facebooku (!):

Legendarny dowódca obrony Pałacyku Michla wstrząsa sumieniem narodu, ale „bryły świata” z posad nie ruszy. Wyborczy skandal jest faktem, wszystko jedno kto z niego skorzystał – Polska, zarówno w oczach swoich własnych obywateli, jak też i pękającego ze śmiechu grona sąsiadów, znów leży na plecach i nie wstaje… Mnożą się apele, podające trwożnie w wątpliwość zagadnienie bezpieczeństwa: kraj zdaje się być całkowicie pozbawiony jakichkolwiek mechanizmów obronnych przed obcymi interwencjami, zarówno w sferze funkcjonowania instytucji publicznych, jak i w obszarze polityki. Wprawdzie już wcześniej, w latach 2006 i 2010 zdarzały się tzw.szwindle wyborcze na mniejszą skalę (kto chce, niech prześledzi reakcje ówczesnej prasy na składane w sądach doniesienia) – ale nigdy hucpa z liczeniem głosów nie była tak bezczelnie jaskrawa, po raz pierwszy też afera objęła swym zasięgiem cały kraj. Ludzka naiwność ma swoje granice – uspokajające wyjaśnienia władz, że to tylko wadliwość elektronicznego systemu i będący jej konsekwencją bałagan decyzyjny, nie wystarczają (na szczęście) zdruzgotanej skalą przekrętu opinii publicznej, w której nawet najbardziej życzliwi akolici rządzących muszą z zakłopotaniem przyznać, że coś tu jest nie tak… Nie ma tutaj, powtórzmy, znaczenia, która partia i na jakim poziomie władzy samorządowej zyskała na aferze z głosami: zwykły „Kowalski” wychodzi spod tego prysznica przekonany, że mieszka w kraju kompletnie sparaliżowanym w podstawowych funkcjach życiowych. Widać gołym okiem, że w tak wymyślonym systemie działania państwowych mechanizmów, zawalić się może wszystko, nic natomiast nie jest stabilne ani wiarygodne. Włączając w to bezproblemowy dostęp ewentualnych wrogów kraju (wsio rawno, skąd ich przywieje) do procedur, które powinny być całkowicie odporne na jakiekolwiek zewnętrzne próby zakłócenia ich toku, mamy jasność obrazu wyostrzoną aż do przesady. My, zwykli ludzie, nie chcemy w tym brać udziału. Teraz jeszcze bardziej, niż nie chcieliśmy wcześniej. Znów nas korci, by korzystając z otwartych granic wiać znad Wisły jak najdalej – a jeśli mimo wszystko różne sprawy trzymają nas w polskim domu, myśl o jakimkolwiek głosowaniu przy wyborczych urnach wypełnia nas uczuciem obrzydzenia…

Obawiam się zatem, że w Polsce, gdzie od legendarnego, wolnego 1989 roku nigdy frekwencja wyborcza nie powalała swoimi rozmiarami, teraz będzie jeszcze gorzej. O ile wcześniej wielu rezygnowało w przekonaniu, że np. nie warto oddawać głosu na tych, którzy porażkę już mają „zaklepaną” sondażowymi prognozami – jutro wielu nie pójdzie mając pewność, że w Polsce każdy głos można zgubić, ukraść albo źle policzyć – a wyniki sfałszować najbezczelniej, „na legalu”, śmiejąc się złośliwym rechotem w twarz ogłupionemu narodowi…  Może politycy zakładają, że za rok, przed wybieraniem posłów i senatorów, ludność zapomni o całej tej samorządowej zadymie. Nie sądzę. Jeśli komuś z Was się zachce, złapcie mnie jesienią 2015 za słowo: twierdzę, że w parlamentarnych zanotujemy historyczny rekord najniższej frekwencji wyborczej w dziejach Wolnej Polski. Za to procent Polaków, przebywających stale na emigracji, będzie dla odmiany najwyższy w tejże historii. Jeśli będzie inaczej, wypomnijcie, odszczekam ze szczerą i prawdziwą przyjemnością. Sam jednak do wyborów już chodzić nie będę. To żadna przyjemność być wciąż tak samo dymanym, za własną kasę, przez kilkuset obywateli, za wszelką cenę starających się utrzymać przy władzy.

„Istnieją małe kłamstwa, wielkie kłamstwa – i statystyki”. Oto ulubione powiedzenie wolnościowców, którzy z wielkim dystansem traktują obraz świata, kreowanego w mediach w oparciu o wszelkie możliwe sondaże. Jak pokazuje życie (także i młodej, nadwiślańskiej demokracji) wyniki politycznych wyborów mają się jedynie z grubsza do liczb, osiąganych w badaniach na rozmaitych „próbkach” respondentów. Nie tylko o sondaże zresztą chodzi: gdyby wierzyć badaczom/statystykom, działającym na innych polach, rzeczywistość nasza przypominałaby świat fantazji. No bo jak inaczej pojąć wiadomość, że statystycznie każdy Polak wypija w ciągu roku, na przykład, pięć litrów alkoholu? A taki pan Kowalski, który jest całkowitym abstynentem – też? A inny pan, powiedzmy – Nowak – który wypija litr spirytusu dziennie, także mieści się w normie statystycznego Polaka? Tak mniej więcej działają sondaże. Mogą nam dać obraz rzeczywistości jeśli nie całkowicie zafałszowanej, to na pewno nie do końca odpowiadającej prawdzie.

Badania sondażowe mogą być natomiast znakomitym sposobem wyborczej manipulacji. I z pewnością, jako socjotechniczne narzędzie wpływu na wyborców, są używane. Dlaczego twierdzę tak z pełnym przekonaniem? To proste: badania prowadzone wobec tych samych kandydatów, na innych grupach respondentów i przez różne instytucje badawcze, dają nam wyniki kompletnie od siebie odległe… Jednym z cytowanych często w necie przykładów jest ostatni sondaż Gazety Wyborczej, dający Hannie Zdanowskiej, kandydatce Platformy Obywatelskiej na prezydenta Łodzi, pięćdziesiąt procent poparcia wśród tutejszego elektoratu. Przy jednoczesnym wskazaniu zaledwie czternastu procent poparcia dla jej  najgroźniejszej konkurentki, Joanny Kopcińskiej (niezależnej ze wsparciem PiS). Budzi zdumienie, że inne sondaże nie pokazują aż takiej różnicy – na przykład 38% do 28% w konkurencyjnych badaniach, prowadzonych przez firmę o dużym stopniu społecznej wiarygodności… Nie chodzi o to, jakie NAPRAWDĘ poparcie generują poszczególni kandydaci, ale o to, jak wielką nieprawdę pokazują nam tutaj sondaże. Bo przecież, zwróćmy uwagę, nie chodzi o różnice rzędu kilku procent, ale o zupełnie inne mapy społecznego poparcia!

Warto więc zachować rozsądek w stosunku do badań sondażowych, a przede wszystkim: nie dajmy się manipulować! Abstrahując już od tego, jak na wynik sondażu można wpływać podczas badań, oraz że wyniki te można po prostu sfałszować – prezentowane liczby mogą, najzwyczajniej w świecie, wpłynąć na zachowania wyborcze każdej grupy ludzi…  Wśród nas jest bowiem wielu takich, którzy widzą sens oddania głosu na kandydata jedynie wówczas, gdy „ma on szansę na zwycięstwo”. W innym przypadku osoby takie uznałyby swój głos za zmarnowany. Czemu tak jest? Wiedzą zapewne socjologowie, ale nie dyskutujmy z faktami: wielu wyborców nie podchodzi do urn z jakąkolwiek znajomością politycznego programu kandydata. Liczy się coś zupełnie innego, a wśród innych „atrybutów” również ewentualna przewaga, jaką jeszcze przed elekcją nasz kandydat może wypracować sobie nad konkurentami. Lubimy stanąć po stronie wygranych! Dlatego sondaże są tak ważne: znając je z publikatorów masowych, ludność pracowicie przelicza procenty i wybiera sobie taką osobę, która – według przewidywań – ma dużą szansę na wygraną. Stąd powód, dla którego sondaże stały się groźną bronią w bezwzględnej, przedwyborczej walce. Pokazując „mizerne poparcie” dla reszty kandydatów, można wypromować jednego, na którego wiele osób odda swe głosy w przekonaniu, że ten zwycięży. Albo zniechęcić do stawienia się przy urnach tych, którzy planowali głosowanie na konkurencję…

Kłopot w tym, że nigdy nie ma jednego w pełni skutecznego wzoru prowadzenia badań sondażowych: właśnie dlatego żadnej z sond nie można do końca wierzyć. Ale publikacja wyniku idzie w świat, odbiorcy nie zastanawiają się, czy sondaż jest wiarygodny, tylko zapamiętują wysokość słupków. Bo ufają medium, które dany sondaż publikuje. I koło nam się zamyka – wykorzystując przychylne media można, przy odrobinie socjotechnicznej zaradności, poważnie wpłynąć na realny wynik wyborów. I to zgodnie z prawem, bez żadnych nieprzyjemnych konsekwencji.

Apeluję więc: nie patrzmy na sondaże, głosujmy zgodnie z własnymi poglądami, politycznym rozeznaniem i stanem posiadanej wiedzy. Mamy też prawo, by do wyborów nie iść. Jestem pewien, że dla wielu Polaków będzie to – niestety! – rozwiązanie najbardziej zgodne z własnym sumieniem czy wyznawanymi poglądami… Nie każdy lubi głosować na kandydata, z którym zgadzamy się „częściowo”, wybierając „mniejsze zło”. A i też niewielu jest takich, z którymi zgadzamy się w stu procentach. A jednak trzeba pamiętać o tym, że według obowiązującego prawa ktoś będzie tymi gminami, powiatami i regionami przez najbliższe cztery lata zarządzał – mamy wpływ na to, kto to będzie i co zrobi. A o zmianie ustroju na lepszy porozmawiamy przed wyborami parlamentarnymi.

Gorąco, ponad trzydzieści stopni. Letni dzień, miasto wyludnione – ale rozkopane, więc jeździć musimy objazdami. Umówiliśmy się z dziadkiem na spotkanie, więc trzeba było Rozalkę upiąć w fotelik i podjechać te kilka przecznic autem. Nie przewidzieliśmy, że nasze osiedle (łódzka Retkinia) będzie w tym samym czasie celem akcji potężnej grupy terrorystycznej…

Kilkusetosobowa grupa rowerzystów zablokowała nam od razu wyjazd z ulicy. Tak zwaną Masę Krytyczną obstawia Policja, bo akcja jest legalna, ma wszystkie potrzebne zgody magistrackich urzędników na organizowanie happeningu. Ciągle, co jakiś czas. Nie było jak zawrócić, bo staliśmy na jednokierunkowej, choć wielopasmowej ulicy Retkińskiej: Policja skutecznie odcięła pasy skrętu, uniemożliwiając ucieczkę. Robiło się coraz goręcej…  Mojej trzyletniej córeczce po dwudziestu minutach stania skończył się soczek. Zaczęła płakać, uciekać z fotelika. Nic nie dało otwieranie okien, chłodzenie. Wziąć jej na ręce nie mogłem, obserwowany przez policjantów: siedząc za kierownicą modliłem się tylko, żeby te rowerowe bydlaki już stąd zniknęły, bo jeśli potrwa to jeszcze chwilkę, lekceważąc funkcjonariuszy wyrwę zza kółka, chwycę pierwszy lepszy kij i rzucę się z wrzaskiem w środek pedałującej ciżby…

Gdy wreszcie przejechali, z ulgą ruszyliśmy. U dziadka mała odzyskała humor, ochłodziliśmy ją, było OK. Ale wkrótce trzeba było wracać do domu. I wtedy – wyjeżdżając spod dziadkowego bloku, znów natknąłem się na funkcjonariuszy z lizakami. Masa Krytyczna pokazała się zza zakrętu, bo objeżdżali osiedle dookoła… Tym razem Rozalka zaczęła płakać po pięciu minutach. Ze wszystkich sił, niemal nadludzkim wysiłkiem powstrzymywałem się, by nie wcisnąć gazu do dechy i nie wbić się, z pełną prędkością, w rowerowy tłum. Którego poszczególni uczestnicy, specjalnie wolno i ze złośliwymi spojrzeniami, kierowanymi w stronę zgrzytających zębami kierowców, realizowali właśnie swój szczytny postulat budowania kolejnych ścieżek rowerowych w mieście…

Masa Krytyczna zbiera się regularnie, co jakiś czas – i od kilku lat ma ten sam cel: dać do zrozumienia politykom w urzędniczych mundurkach, że rowerzyści są siłą, z którą należy się liczyć. Zwłaszcza przed każdymi wyborami. I że siła ta wykorzysta wszystkie możliwe środki, by wymusić na władzy skuteczne dla rowerzystów działanie. A urzędnicy łatwo ulegają Masie. Od samego początku manifestacja rowerzystów jest działaniem legalnym – tak, jak legalna była większość blokad Leppera, przez które paraliżowane były drogi w całej Polsce. Wojna łódzkich rowerzystów z kierowcami, o tzw. zrównoważony rozwój miasta (to znaczy przywileje dla rowerzystów i komunikacji zbiorowej kosztem swobody ruchu kołowego w mieście) toczy się zatem na dwóch polach. Z jednej strony jest to nacisk na władze, z drugiej – terror drogowy wobec samych kierujących, którzy zmuszani są do długotrwałego oczekiwania na przejazd Masy Krytycznej, bez względu na to, czy na przykład w aucie nie znajduje się chore dziecko…

Z tego właśnie powodu – wymuszania na kierowcach postoju, choć postulaty skierowane są do urzędników – uważam, że Masa Krytyczna jest działaniem bandyckim, choć legalnym. Powinna być natychmiast zakazana, a w razie jakiejkolwiek próby jej zorganizowania, rozpędzana przez Policję strzałami z broni gładkolufowej. Nic bowiem nie usprawiedliwia takiego (nawet legalnego) działania jakiejś grupy interesów, które ogranicza wolność innych ludzi w przestrzeni publicznej.

Przypominam rowerzystom, a także postronnym zwolennikom Masy Krytycznej, że publiczne drogi są dla wszystkich. Nie tylko dla rowerów. Każdy z Polaków płaci podatki m.in. po to, by móc swobodnie, w każdym czasie, korzystać z publicznej drogi. Ograniczanie obywatelom takiego prawa powinno być uznawane za przestępstwo, nie zaś ochraniane przez mundurowe służby jako legalna manifestacja, raz na kwartał. Wydawanie zgody na akcje, które zawsze są  kpiną z wolności obywatelskiej ludzi nie biorących udziału w Masie, jest jawnym skandalem, nadużyciem władzy urzędników miejskich – i powinno być natychmiast zastopowane.

Znanym prawem wolnościowym jest bowiem stwierdzenie, że „wolność mojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się twoja twarz”. Nikt nie broni rowerzystom walki o prawa dla siebie, własnej grupy interesu – dopóki walka ta, w jakiejkolwiek formie prowadzona, nie narusza wolności innych ludzi. Żądania łódzkich rowerzystów są bardzo słuszne: chcą oni, przede wszystkim, budowy sieci bezpiecznych dróg rowerowych w całym mieście. Znakomity pomysł! Budujmy te drogi (oczywiście nie w formie kretyńskich, zwiększających korki pasów, malowanych na asfalcie – tylko oddzielnych, bezpiecznych arterii w sąsiedztwie drogi dla aut) wszędzie, gdzie jest to możliwe. Ale nie domagajmy się swych praw formą protestów, która nie dość, że paraliżuje komunikacyjne życie miasta, to jeszcze ewidentnie zagraża bezpieczeństwu jego uczestników…

Masa Krytyczna jeździ po Łodzi od dawna. Już po pierwszych jej edycjach władze zaczęły życzliwie reagować na postulaty rowerzystów. Ścieżki rowerowe są konsekwentnie, stopniowo budowane. W oparciu o harmonogram ich rozbudowy, już dawno wymyślony, przekonsultowany i wdrażany z sukcesem. Trwa remont trasy WZ, prowadzony stuprocentowo po to, by główną osią drogową wschód-zachód jeździło się lepiej łódzkim rowerzystom i pojazdom MPK. Realizowany jest wciąż szereg rozmaitych działań, mających przybliżyć Łódź do idei „europejskich miast zrównoważonego rozwoju”. Apeluję do rowerzystów: Ludzie! Opamiętajcie się! Czego jeszcze chcecie? Mało Wam tych ułatwień, mało przywilejów, mało uległości lokalnych urzędników? Po jaką cholerę jeszcze wsiadacie na te rowery i przeszkadzacie innym żyć! Niewiele brakuje, by – jak w przypadku mojej córeczki, szczęśliwie odratowanej z tarapatów – któraś z waszych bezczelnych, butnych manifestacji zakończyła się tragedią! Ale gdy to się stanie, będzie już za późno… Możemy wszyscy: rowerzyści, kierowcy, piesi, nawet kurwa motolotniarze – działać na rzecz korzystnej przebudowy łódzkiej infrastruktury komunikacyjnej. Tylko, na wszystkich bogów, zmieńcie swoje metody! Bo terrorem zyskujecie tylko wrogość drugiej strony, zamiast starać się o jej przychylność czy współdziałanie.

„To jest koniec tej drużyny” – powiedział mój wujek, który z niejednego pieca chleb jadł, po zakończeniu w 1996 roku fazy grupowej Ligi Mistrzów. Przetrzebiony kontuzjami Widzew, bez odpowiednio długiej ławki rezerwowych, choć walczył dzielnie, poległ w rozgrywkach. Borussia Dortmund, Atletico Madryt i Steaua Bukareszt, okazały się za mocne dla zespołu, który nie mógł w ani jednym z grupowych spotkań wystawić do gry pełnego składu… Wówczas, choć pełni szacunku dla mądrego wujka, śmialiśmy się w rodzinie z czarnej przepowiedni. Sprawdziła się dubeltowo: Widzew zaklął Ligę Mistrzów, od tamtej pory żadna z polskich drużyn nie wspięła się na poziom grupowych eliminacji. A dziś – czas to stwierdzić oficjalnie, choć z wielkim smutkiem – na naszych oczach dokonuje się właśnie koniec drużyny Widzewa. Tej wielkiej, dzielnej i przez lata budującej ogromną część tradycji polskiej piłki – ale i tej mniejszej, która w minionym osiemnastoleciu próbowała jakoś nawiązywać do chwalebnej przeszłości.

Czemu tak piszesz, spytają kibice? Wprawdzie Widzew dołuje, jest wyraźny kryzys sportowy – ale trudno mówić o jakimkolwiek końcu organizacyjnym. Klub istnieje, ma funkcjonującą strukturę, władze, utrzymuje drużynę, spłaca długi… Sportowo zawsze może być lepiej, ale są jakieś perspektywy: będzie nowy stadion, a dopóki nie powstanie i tak poziom rozgrywek nie ma większego znaczenia. Przecież Widzew podczas remontu będzie musiał przenieść się z meczami na inny obiekt. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej!

Długo myślałem podobnie, latami podtrzymywałem w sobie nadzieję. Dziś już nie mam złudzeń. Widzewa nie ma – choć właściwie jest, ale zupełnie gdzie indziej. W B klasie. TMRF Widzew 1910 wygrał właśnie szóste spotkanie i utrzymał pozycję lidera w swojej grupie. Mecz – na stadionie przy al. Piłsudskiego 138! – oglądało oficjalnie 999 kibiców. Więcej nie mogło, choć chciało. Nowe stowarzyszenie musi mieć zgodę na organizację imprez masowych, nie ma jej, więc trzeba pilnować ograniczeń. Ci, co przyszli, stworzyli profesjonalną oprawę pod krytą trybuną. Wcześniej, na meczu „dużego” Widzewa, kibiców prawie nie było, trybuny świeciły pustkami. A zespół Sylwestra Cacka znów przegrał. Jest na dnie pierwszoligowej tabeli bez większych szans na uniknięcie spadku do ligi drugiej.

Oto powód, dla którego twierdzę, że nieoficjalnie Widzew przestał istnieć: odrzucili Go kibice. Uznali, że klub sportowy, od siedmiu lat dowodzony przez Sylwestra Cacka przy al. Piłsudskiego nie jest już ICH Widzewem. Zabrali swoje flagi, transparenty, swą miłość – i przenieśli to wszystko na B-klasowe poletko. Gdy jednak „poletko” przy Piłsudskiego nagle można było, mocą umowy z MOSiR-em, nagle zaadoptować na potrzeby TMRF (stadion Widzewa jest własnością miasta, okazało się, że jest szansa go stamtąd wynajmować!), rozległ się potworny, złośliwy chichot historii… Pan prezes Cacek robi swoje, kibice swoje. Na tej samej trawie. Ale nic już nigdy nie będzie jak dawniej: drogi działaczy i kibiców rozeszły się, trudno wierzyć, że jeszcze kiedyś zejdą się ponownie. W każdym razie dziś nic na to nie wskazuje.

Ponieważ klub piłkarski bez kibiców sensu większego nie ma, nad Panacackowym interesem zebrały się nagle czarne chmury. Albo nie, powiem inaczej – być może właśnie zdarzyło się coś, co wreszcie da Sylwestrowi Cackowi ostateczny argument do ogłoszenia całkowitej upadłości Widzewa. By wreszcie zwinąć żagle, pogodzić się ze stratą wpompowanych w klub (okazało się, że całkowicie bezsensownie) sześćdziesięciu milionów złotych. Nie brak głosów, że od pewnego czasu pan Sylwester Cacek na taki pretekst czekał z utęsknieniem. Gdy tylko okazało się, że szansa na odzyskanie zainwestowanych w Widzew środków bardzo się oddala (przypomnę, z tematem rozbudowy stadionu klub przepychał się z Magistratem parę lat) może biznesmen z Piaseczna nabrał przekonania, że tylko ucieczka „z twarzą” pozwoli mu na pozbycie się uciążliwego balastu. A może prawda jest dokładnie odwrotna? Może Sylwester Cacek, podbudowany wreszcie zawartą z Ratuszem umową, postanowił przeczekać – na przykład w drugiej lidze – na stadion, wybudowany przez Miasto, na miejskim przecież terenie… Jakoś przebiedujemy te dwa, trzy lata, mógł pomyśleć prezes Widzewa zakładając, że koszty utrzymania drużyny na tym poziomie są do przyjęcia. Po to, by później zacząć odzyskiwać utraconą kasę na zbudowanym już stadionie: mając obiekt, można uruchomić cały interes, przynoszący jakieś dochody. Market, sklepy z pamiątkami, parkingi, knajpeczki dla kibiców – tak działają zachodnie kluby, zarabiają na całym tym cyrku wokół drużyny, która sama jest z założenia produktem deficytowym. I nic w tym zdrożnego, pomyśli kibic, niech prezes-właściciel godziwie zarobi, niech się odkuje za zmarnowane w Widzewie lata. Byleby wreszcie zagwarantował nam jakiś poziom tej gry! Bo przecież serce się kraje, co te patałachy teraz wyprawiają…

Sęk w tym, że najwyraźniej kibice Widzewa stracili cierpliwość. I postanowili wziąć sprawę we własne ręce: zrobić Widzew „na swoim”. Zacząć od zera po to, by samemu do czegoś dojść. Pewną konfuzję wzbudza fakt, że na meczu TMRF Widzew 1910 z Hetmanem Łódź pojawili się dawni włodarze „dużego” klubu: np. Andrzej Pawelec czy Andrzej Wojciechowski. A także piłkarze, stanowiący kiedyś o sile Wielkiego Widzewa, starzy mistrzowie, wykuwający legendarny „Widzewski Charakter…” Ta konfuzja dotykać może (jednak nie wierzę, że jest całkiem obojętny) prezesa Sylwestra Cacka, któremu rząd dusz ewidentnie wymknął się z rąk. Czy to dla niego problem, czy raczej szczęście – przekonamy się niebawem…

Jest mi ogromnie szkoda, że Widzew ludzi Cacka się zawalił. Mniejsza o błędy, jakie przez te siedem lat zostały popełnione. Mniejsza o prawdę w sprawie obecnej polityki klubu. Chodzi o to, że na tamte czasy, lat temu siedem, biznesmen z Piaseczna był dla – tonącego już powoli – klubu kimś ogromnie ważnym. Prawdziwym wybawieniem. Kibice mu naprawdę uwierzyli, zaufali snom o potędze i odetchnęli z wiarą, że nastał kres ich niepokoju o los ukochanego Widzewa. Dziś, na wypełnionej trybunie meczu z Hetmanem w B klasie widać wyraźnie, jak bardzo się ci ludzie pomylili. I jak bardzo ich zaufanie zostało połamane.

 

Nie mieliśmy prawa tego meczu wygrać, a jednak – stało się. Oni tacy słabi czy Polacy dobrzy tacy? W historii naszej publicystyki sportowej chyba nie było wydarzenia, które zyskałoby aż tak wielki oddźwięk w komentarzach prasowych. Teraz mamy jeszcze internet, więc analizami można wręcz oddychać…

… warto jednak kilka chwil poświęcić na głębsze spojrzenie, bo ten historyczny mecz jest zadziwiającym splotem różnych zdarzeń i okoliczności, które następując, dały sensacyjny wynik.

Po pierwsze, forma i stan personalny drużyny niemieckiej. Spójrzmy: w ich składzie grało zaledwie czterech (Neuer, Hummels, Boateng i Mueller) graczy podstawowego składu drużyny mistrzowskiej z Brazylii. I trzech rezerwowych (Podolski, Gotze, Kroos), a takich każdy trener chciałby mieć na ławce. Jednakże, nawet biorąc pod uwagę świetny występ Karima Bellarabiego, który sam miał kilka okazji do zdobycia gola, nowi zawodnicy potrzebują czasu, żeby dobrze wkomponować się w drużynę. Swoje zrobiły kontuzje – z nieobecnymi w składzie zespół niemiecki miałby z pewnością o wiele większy potencjał bojowy. Wnioski są takie, że mieliśmy szczęście, bo rywal przyjechał nad Wisłę naprawdę w kiepskiej dla siebie chwili. A co ważne, Polacy to bezwzględnie wykorzystali. Trzeba pamiętać, że nie zawsze w walce z odwiecznymi rywalami udawało się nam wykorzystywać ich słabość (ile razy okładali nas „przetrzebieni kontuzjami” Anglicy?)…

Po drugie, znakomita forma kilku naszych graczy. To, że Wojtek Szczęsny lepiej gra pod ostrzałem, wiemy nie od dziś. Ale zdarzyło mu się w przeszłości kilka poważnych wpadek nawet, gdy rywale stwarzali dużą presję. Tym razem nie zawiódł, po każdej sytuacji Niemców nabierał większego luzu i pewności. Wybronił swoje, może drużyna przeciwnika nie stwarzała sobie typowych „patelni” (jedynie przy strzale Podolskiego w poprzeczkę Wojtek nie dałby rady nic zrobić, gdyby piłka poszła trochę niżej) – ale jeśli nasz bramkarz okazałby słabszą dyspozycję, byłoby krucho. Kamil Glik – dla mnie piłkarz meczu. W takiej dyspozycji biorą go do składu najlepsze drużyny globu, czyścił wszystko, wyrastał jak spod ziemi i psuł krew rywalom. Piszczek – znakomity w defensywie, no i te asysty: dostając piłkę na nos nawet Milik potrafi strzelić bramkę Neuerowi. Lewandowski, który zaskakując Niemców stał się naszym czołowym rozgrywającym… Krychowiak, ambitnie ułatwiający podejmowanie właściwych decyzji Glikowi i Szczęsnemu… Wymienieni zagrali wzorowo, inni solidnie: strzelcy bramek zaimponowali spokojem, pozostali nie popełniali rażących błędów. Jak mówią teraz komentatorzy, rodzi się wreszcie „team”, którego „spirit” jest czymś, czego wcześniej nie udało się wykrzesać – a teraz jest, przyszedł we właściwym momencie i może dać nam awans na upragnione Mistrzostwa Europy 2016.

Jaka w tym wszystkim rola trenera Nawałki? Pamiętajmy, jako szkoleniowiec Górnika Zabrze potrzebował długiego czasu na stworzenie bojowego zespołu z przeciętnego zlepku niezbyt widocznych w polskiej lidze średniaków. Ale udało mu się, ciężką pracą (ponoć jest bardzo wymagający na treningach) i konsekwentnym wpajaniem wizji strategicznej podległej sobie drużynie. Teraz mówi się, że ma taką wizję także na reprezentację. Wyniki zaczynają go bronić. Jeśli dołoży do tego choćby 1:0 ze Szkocją, zaczniemy mówić o realnych szansach awansu na Euro. Nie zapeszajmy, ale optymizm na pewno jest: trudno, by go nie było po tak spektakularnym zwycięstwie.

A zatem, wszystko jak na razie układa się po naszej myśli. Dla kibica narodowej drużyny jest to stan dość dziwny, ale istnieje cień nadziei, że ponury czas nieustających porażek ma szansę się zakończyć. Dlatego, choć noszę w sercu głęboką miłość do Szkocji, nie będę we wtorek śpiewał ani „Loch Lommond” ani „Scotland The Brave”. Życzę dzielnym Highlanderom  wielu sukcesów na boisku, lecz nie w potyczce z naszymi – coraz dzielniej poczynającymi sobie – Orłami.


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine