remigiuszmielczarek.blog.pl

O wszystkim – od muzyki przez sport do polityki

Wpisy z tagiem: rock

Decapitated-Anticult

Ten album to „Blood Mantra 2″, lub – jak piszą niektórzy – „Blood Mantra Bardziej”. I nie ma się o co spierać, tylko należy przyjąć do wiadomości, że Decapitated do wymagającego, skomplikowanego techno/death metalu ze starych swoich czasów prawdopodobnie już nie wróci. Nie piszę: „na pewno”, ale jak znam Wacka, to raczej nie ma on w swej naturze czegoś, co nazywalibyśmy artystycznym oglądaniem się za siebie. Przeciwnie: Vogg jest nadzwyczaj progresywnym twórcą, niektórzy nazywają go nie tylko wirtuozem gitary, ale wręcz wizjonerem. A twarde fakty są jeszcze takie, że ostatni etap działalności jego kapeli, wyraźnie inaugurowany reaktywacją oraz albumem „Carnival is Forever” to jakby galopująca, hiperszybka ucieczka w przód. Nie tylko od tego, co w swej tragicznej treści zdarzyło się przed dekadą, ale i „do” czegoś nowego – w zakresie stylu, charakteru Decapitated, a nawet (odważę się powiedzieć) muzycznego gatunku, który zespół na użytek swych odbiorców stwarza, rozwija i pielęgnuje od „Blood Mantra”.

Jakiż to nowy gatunek, zapytacie… Czy wystarczy umiejętnie połączyć własne, death metalowe korzenie z wpływami thrashowymi, odrobiną nu metalu i groove, żeby zasłużyć na miano twórcy odrębnej gałęzi ostrej muzyki? Słuchając „Anticult” wiem na pewno, że Vogg potrafi niezwykle płynnie skleić pod palcami wszystko to, co gdzieś z zewnątrz napłynęło mu do głowy. Zawsze tworzył eklektycznie, ale teraz ów collage jest bardziej wyrazisty… Czasami słychać konkretne naleciałości. I te słynne „wpływy” opisują już recenzenci, słysząc teraz pomiędzy dźwiękami Decapitated najczęściej Panterę, Lamb Of God czy Hatebreed. Jeśli w ogóle mowa o stylistycznych podobieństwach, to osobiście doszukiwałbym się tu raczej wpływów Slayera, a najbardziej Sepultury… No, ale sam fakt, że każdy coś innego stamtąd wyciąga, już świadczy o artystycznym mistrzostwie Vogga. Wacek jest jednym z najlepszych kompozytorów metalowych na świecie. Ma nie tylko słuch i talent, wrodzonego czuja (groove) i przygotowanie akademickie na poziomie mistrzowskim. Dziś ma również wieloletnie doświadczenie, pozycję międzynarodowego autorytetu oraz bazę oddanych fanów. To wszystko sprawia, że muzyka Decapitated jest niepowtarzalna. A Wackowe riffy, których nie da się pomylić z niczym innym, budują wokół siebie odrębny, własny obszar – gdzieś pomiędzy granicami znanych i omawianych stylów muzycznych. Stawiam raz jeszcze tezę: dziś Decapitated tworzy odrębny gatunek metalu. Może jeszcze nie tak, jak Slayer, ale… już prawie.

Taki też – oryginalny, ale i w jakimś sensie „slejerowski” – jest album „Anticult”. Jego zwarta, diabelnie potężna konstrukcja w swych trzydziestu ośmiu minutach aż bije po oczach podobieństwem formy (miażdżącego pocisku) do arcy-genialnego „Reign In Blood”. Wystrzelić, trafić i zabić. Nie ma tam sekundy na odpoczynek czy chwilę refleksji. Jest najzwyklejsza pięściopiryna, cios w ryj. Gdyby okładka „Vulgar Display Of Power” była jeszcze raz do wykorzystania, należałoby wstawić ją właśnie tutaj, na nowy Decap. Skoro zaś pewne jest, że brzmieniowo czy stylistycznie „Anticult” jest wersją rozwojową „Mantry” – owo zabójcze tempo właśnie go od poprzedniczki odróżnia. Owszem, „Blood Mantra” była szybka i zwarta. I nawet też podobna formą do „trójki” Slayera. Ale miała w swej budowie wyraźną fazę zwolnienia – a raczej refleksji, jakby podsumowującej obserwowaną zagładę. Jako całość nowy album takim fragmentem nie dysponuje, ale też byłby on absolutnie zbędny. Trochę inna tu filozofia: zmiażdżyć i unicestwić, nie dawać możliwości kontemplacji dzieła zniszczenia. I to właśnie największa różnica między „Mantrą” a „Cultem”: klimat. Atmosfera poprzedniczki, bardzo sugestywna, duszna, wręcz gęsta od pyłu nad bitewnymi zgliszczami ustępuje na rzecz siły jednego, potężnego ciosu. A po nim nie ma się już nad czym zastanawiać.

Dwie sprawy, związane z zawartością płyty „Anticult” są dość powszechnie komentowane. Po pierwsze – gra perkusji, w opinii krytyków zbyt monotonna i prosta. Nieprawda: gary są wymyślone dokładnie tak, jak trzeba. Tam, gdzie nie ma miejsca na przejścia czy subtelne zagęszczenia, Vogg ich po prostu nie napisał. To i Michał zagrał tak, jak było w nutach. A zagrał świetnie. „Mieli” ten bęben nieziemsko, na najwyższych obrotach, aż nogi i łby rwą się do podskakiwania. Oj, będzie dobrze na koncertach! Po drugie: wokal Rasty. Że niby zbyt płaski, skrzeczący, bliski stylistyce Maxa Cavalery… Owszem, Rasta śpiewa inaczej niż na „Carnival…”, a prawie tak samo, jak na „Mantrze”.  Ale śpiewa po swojemu. Tak, jak do tej muzyki pasuje i jest potrzebne.

Nie chcę tu analizować po kolei utworów na „Anticult”. Wszystkie mają niewiarygodną moc i siłę zniszczenia, wynikają jeden z drugiego, następują po sobie jak rozdziały dobrze napisanej powieści. Która zresztą szybko się kończy, pozostawiając – czegóż innego się spodziewać – wrażenie oczywistego niedosytu. „Anticult” zapętliłem sobie w odtwarzaczu, jak kiedyś „Mantrę”. Po jakimś czasie tamtą płytę zacząłem jednak przewijać, puszczając kilka taktów „Blindness” omijałem także „Red Sun”, szukając bonusowej „Mothry”… Dziś nie robię tego z „Anticult”. Gdy nadciąga kapitalny „Never” czekam niecierpliwie, aż wybrzmi po nim finałowy „Amen” – i jadę od początku. Klimat „Blood Mantra”, od którego byłem w swoim czasie uzależniony, jest dla mnie – jeszcze – wartością, której na syntetycznym „Anticult” trochę brakuje. Ale wiem, że obie te płyty są dla słuchacza obowiązkiem.

Ależ to zleciało… Rok przerwy na blogu to jakby wieczność. W wielu wypadkach nawet nie ma po co wracać. Gdy patrzę z nostalgią na datę swego ostatniego wpisu – 18 lutego 2015 – zastanawiam się, czy ta moja „rzeźnicka” felietonistyka (jak połamany angielski, „butchered english”) może jeszcze kogokolwiek zainteresować.

To także inny symbol: wyjątkowo pracowitego roku. Zmiany w życiu zawodowym, dorastanie dzieci, powrót do grania w zespole… Nie każdy, mając tak pokaźny worek obowiązków na karku chciałby wracać do specyficznej sali treningowej języka publicysty, jaką zawsze jest platforma blogowa. Na pisanie i szlifowanie warsztatu trzeba mieć czas, bowiem żaden trening nie toleruje pobieżności. A jak już się pisze, to trzeba mieć o czym. Oby nas słuchano, rozumiano – i oby ich to zaciekawiło! Tak właśnie brzmi główne motto dziennikarskiej profesji.

Rzecz w tym, że dziennikarzem być przestałem. Przynajmniej w sensie praktycznym, bo w tym zawodzie – jak w harcerstwie – zostaje się podobno przez całe życie. Chciałbym kiedyś wrócić, bo tęsknię do reporterskiej gonitwy za newsem. Brakuje mi tego specyficznego napięcia, gdy człowiek bezwzględnie musi zdążyć z robotą na konkretną godzinę, bo w telewizji (lub stacji radiowej) żadnych opóźnień tolerować nie można. Nie narzekam na dzisiejszą funkcję. Rzecznik prasowy też powinien być punktualny, rzetelny, dobrze poinformowany. Ale jeśli kiedyś zawodowy los podrzuci mi jeszcze szansę na powrót do korzeni, obiecuję sobie, że przynajmniej rozważę tę ofertę.

Czy zatem faktycznie jest o czym pisać na przednówku nowego roku? 2016 – moi koledzy metalowcy śmieją się, że będzie to diabelski rok: 666+666+666+6+6+6… Liczba bestii. Nie wierzycie? Sprawdźcie z kalkulatorem, wychodzi dokładnie tyle, ile trzeba. Pytanie brzmi, czy ta demoniczna numerologia istotnie stwarza nam pretekst do radosnego chichotu. Moim zdaniem, zapowiedzi o apokaliptycznych czasach, w jakie być może (z pewnym poślizgiem) własnie wkraczamy, mogą się zupełnie realnie sprawdzić. A to do radości już raczej nie skłania – zwłaszcza, gdy choć pobieżnie przejrzymy ubiegłoroczne, niepokojące sygnały…

W skali globalnej oczywiście przeraża nas terroryzm i jego ekspansja. Czy świat zrobił cokolwiek, by skutecznie zapobiegać wzrastającemu zagrożeniu? Po konkretnych zamachach, z łatwą do podsumowania liczbą ofiar? Otóż dokładnie nic: w żadnym z państw nowoczesnej Europy, ani na żadnym innym kontynencie nie wprowadzono nawet jednej zmiany prawnej, która skutecznie powstrzymałaby napływ uchodźców z krajów, gdzie terroryzm islamski się rodzi. A to znaczy, że z każdą kolejną falą emigracji może wpłynąć do państw tzw. wolnego świata dowolna liczba osób, zainteresowanych wymordowaniem kolejnych innowierców w obronie imienia Wszechmocnego Allaha. Także i w Polsce nie jesteśmy chronieni dokładnie w żaden sposób – i jeśli wojujący muzułmanie zechcą nagle wziąć sobie nasz kraj na cel, będą tu ginąć niewinni ludzie. Strzeżmy się! Nie zapominajmy o codziennych środkach ostrożności.

W skali krajowej wstrząsa nami kolejna odsłona wojny polsko-polskiej. I znów sobie, choć jest coraz gorzej, potrafimy osłodzić życie dowcipem: oto nowe pokolenie AK walczy z następnym pokoleniem SB… Coś w tym jest. Ale nie zmienia generalnej konstatacji, że przez lata wewnętrzny konflikt, miast łagodnieć, burzliwie się rozwinął – i wypłynął przy kolejnych wyborach, wpędzając rodaków w abstrakcyjne, dwubiegunowe pandemonium absurdu. Kiedyś też tak było. W roku 89 polski świat dzielił się na „komuchów” i „solidaruchów”, lecz wtedy stawka rywalizacji miała o wiele większy ciężar: wolność i dobrobyt nas samych oraz tych, co po nas nastaną. Od trzydziestu prawie lat, choć „wybraliśmy wolność” nie możemy jakoś doczekać się dobrobytu. Niecierpliwi wybierają symboliczny zmywak w Londynie, a nad Wisłą – póki co – zamożność zarezerwowana jest dla krewnych i znajomych aktualnie rządzącego królika. Ja wiem, że kraj zrobił postęp i jest „znacznie lepiej niż za komuny”, wystarczy się rozejrzeć. Ale przeciętny Kowalski jakoś od tego postępu bogatszy się nie robi. A rozglądając się dookoła w którymkolwiek z bogatych krajów zachodnich, wciąż dostrzegamy, że ichniejszego najbiedniejszego Smitha czy Schmidta stać na znacznie więcej, niż u nas. Zwłaszcza na emeryturze. Pytanie – komu na tym zależy? – zostaje bez konkretnej odpowiedzi, bo takiej w telewizji (wszystko jedno czyjej) nie usłyszymy.

W skali lokalnej, czyli w mej słodkiej Łodzi, wszyscy z radością konsumują owoce dwuletnich remontów drogowych. Nie wszystkie, bo smutna wieść o kolejnych opóźnieniach w oddaniu ludziom nowego centrum miasta z wybudowanym od podstaw dworcem PKP nieco zaciemniła różowy obraz, malowany przez służby miejscowej propagandy sukcesu. Nie wdając się w dyskusje o sensie potężnej finansowo inwestycji nowej trasy W-Z, pogadałem ze starym taksówkarzem. Takim, co to od wielu lat przemierza autem łódzkie ulice. Powiedział: „Przed remontem jeździło się szybciej, sprawdziłem i porównałem”. To w zasadzie wystarcza za całe podsumowanie. Choć w Łodzi nie brakuje optymistycznych opinii, że otwarcie wschodniej obwodnicy miasta w postaci brakującego skrawka autostrady A 1, odciąży centrum z ruchu tranzytowego.

Nie wiem, czy nadchodzący rok przyniesie nam radykalnie korzystne zmiany. Jak to mówią: gdy w Sylwestra zwichnąłeś rękę, będzie Cię tak samo bolała w przyszłym roku… Łódzcy kibice piłkarscy mogą sobie gremialnie strzelić w łeb z rozpaczy, bez względu na końcówkę szalika. Ale przecież polskie reprezentacje narodowe w różnych grach radzą sobie wyśmienicie! A stadiony w Łodzi mają być wkrótce porządne. Kapele rockowe narzekają na totalny spadek zainteresowania ich muzyką. Ale przecież jest internet, w którym każdy może się promować na dowolną skalę… Nawiasem, zachęcam Was do zapoznania się z twórczością mojej nowej kapeli, TRIAGONAL. Dosłownie na dniach będziemy mieli gotowe pierwsze nagrania, które udostępnimy w sieci, na nowo tworzonym profilu FB.

I tak dalej, i dokoła… Niby nie jest źle, ale w sumie nie jest wcale dobrze. Taką mamy teraz na świecie „republikę bananową”, której lekko zakurzona odmiana panuje i w Polsce. W sensie takim, że jesteśmy wciąż zapóźnieni wobec normalnych krajów o jakieś 30 lat. Szukając pozytywów, są kraje jeszcze bardziej zacofane i „wiochmeńskie”. Choć akurat mnie wcale ten fakt nie pociesza. Życzę natomiast nam wszystkim, byśmy ten 2016 rok spędzili we względnym bezpieczeństwie, niezłym zdrowiu i choćby w elementarnej zamożności. Niech się spełni – a w następnych latach będzie lepiej.

mantra

 

Wacław „Vogg” Kiełtyka napisał album „Blood Mantra” na luzie, sam tak mówi. Obyło się bez wzniosłych założeń, ścisłego pilnowania norm i zasad gatunkowych, precyzyjnego wglądu we własną (dotychczasową) twórczość. Była za to swobodna obserwacja tego, co dzieje się wokół – spojrzenie na różne gatunki muzyczne, nie tylko w ramach metalowej systematyki. Innymi słowy, słuchając pilnie rozmaitych muzycznych ciekawostek (jak to od dawna ma w zwyczaju) zasiadł Wacek do pracy z gitarą, nie stresując się zanadto myślą, co też wyjdzie mu z tej roboty. A co wyszło? Album genialny. Z serii tych, co przełamując granice stylów i gatunków przyczyniają się do rozwoju sceny muzycznej w ogóle, a metalowej – w szczególności.

Jest to bowiem płyta aż do bólu uniwersalna. Ma w sobie wszystko, jakby naraz, a jednak w takich proporcjach, że składniki nie gryzą się, tylko wzajemnie dopełniają. „Blood Mantra” wyszła trochę słodka, ale też wytrawna. Jest techniczna, ale też łatwa w odbiorze. Ma cechy albumu „dla koneserów” (jak cała twórczość Decapitated), a jednocześnie da się ją przyjąć uchem niezbyt wymagającym… Jak to się dzieje? Ano, trzeba spytać Vogga, który tym albumem bezwzględnie wzniósł się na poziom autorskiego opus magnum. I zdarzyło się, bo nie jestem w swej opinii samotny, że szósty album kapeli uznać należy za najlepsze dzieło w jej historii.

Czuć na tej płycie inspiracje, płynące z wielu źródeł. Czasem brzmi to jak Fear Factory (z czasów „Demanufacture”), gdzieś mignie fascynacja Strapping Young Lad i odhumanizowaną technologią Devina… W ogóle brzmienie albumu, wypieczone w Herzu przez braci Wiesławskich („Fajnie było znów poczuć smród starego studia!” – mówi Wacek), jest wykręcone aż „na blachę”. Ma cechy muzyki industrialnej, bez zbędnych kilogramów „gliny” na strunach gitar, bez klimatycznych ambientów czy pogłosów. Sporo za to, choć oszczędnie stosowanych, efektów samplerowych pomiędzy kawałkami. Jest blacha i wiertara, czasem aż słychać sprężynę od werbla. Mało basów, dużo trebli i „suchego” środka. I bardzo dobrze, tak ma być – taka jest „koncepcja sztuki”. Bez brzmienia płyta nie miałaby swojego charakteru… A słuchając jej, gdy jeszcze mówimy o formule brzmieniowej, można odnieść wrażenie przebywania na jakiejś bliskowschodniej pustyni, gdzie właśnie zakończyła się nuklearna jatka a nad trupami, wypełniającymi po horyzont suchą równinę, krążą głodne kruki. Tak też płyta jest skonstruowana, niczym relacja z wojennej apokalipsy: najpierw sześć utworów-killerów w zwartym, półgodzinnym secie (jakby przenieść tu cios, wymierzany nam przez legendarne „Reign In Blood”) a następnie tytułowa krwawa mantra, czyli ośmiominutowy utwór „Blindness”. Później nie ma już nic, jest tylko cisza nad zgliszczami, którą słyszymy w kończącej album impresji „Red Sun”. A czerwone słońce rzeczywiście wznosi się nad wysuszonym krajobrazem… Posiadacze wersji CD mają jeszcze bonus w postaci „Moth Defect”, coś na kształt klamry, spinającej całość fatalnego obrazu. I już, a właściwie – jeszcze i wciąż od nowa, bo płyty „Blood Mantra” nie da się posłuchać tylko raz. Ma ona w sobie jakiś narkotyczny środek, bardzo silnie uzależniający: osobiście, od czasów wrześniowej premiery, słucham jej w samochodzie codziennie po kilka razy. Czasem tylko dając na odtrutkę jakieś lżejsze dźwięki, w rodzaju ostatniego Dream Theater. Ale zaraz i tak muszę wrócić do Mantry, nie ma mocnych.

Ma już Wacek w dorobku kilka ważnych płyt, ale ta zaczyna bardzo poważnie istnieć w świadomości fanów na całym świecie. Decapitated od trzech miesięcy nie odpoczął, wciąż jeżdżą z koncertami. Na święta odetchną wśród rodzin, ale potem znów w trasę. Gdzieś w tle migają bardzo dobre wyniki, notowane na ważnych listach popularności… To wszystko tylko potwierdza jakość samej „Blood Mantra”, bo byle czego świadomy słuchacz nie „łyknie”. Może to już oznaczać miejsce, które grzeje się dla płyty w tak zwanej alei sławy, z której metalowcy automatem cytują przykłady najważniejszych albumów w historii gatunku. A jeśli teraz przesadzam, niewiele mnie to obchodzi: osobiście traktuję „Blood Mantrę” w kategorii dzieł rewolucyjnych. Takich, które dzięki nowatorskiemu charakterowi zawartej tam muzyki, oraz uznaniu, jakie wzbudza dany album wśród swoich odbiorców, tworzą kolejny rozdział w muzycznej encyklopedii… Wacek jest twórcą niezwykle kompetentnym, kształconym. Świadomym i dojrzałym kompozytorem. Trzeba Mu bardzo pogratulować „Blood Mantry”, zwłaszcza biorąc pod uwagę dramatyczne okoliczności i doświadczenia, jakich życie nie szczędziło zespołowi do czasów obecnej epoki w ich karierze. Ale, jak mówi napis na „dekapowym” bannerze, „from pain to strenght”. Przez ból do potęgi. I tego Ci Wacławie, Drogi Przyjacielu, życzę jak najserdeczniej. I całej Twojej załodze!

robert-brylewski-foto-2007

Wielu komentarzy i odnośnych tekstów doczekał się mocny apel Roberta Brylewskiego, kopiowany m.in. tutaj:

http://www.life4sound.pl/news-rock/1692-nie-idzcie-moim-sladem-znany-muzyk-ostrzega-mlodych-wykonawcow

Znakomity muzyk, wręcz legenda polskiej alternatywy skarży się, że dziś – po trzydziestu latach grania – ma kłopoty z utrzymaniem się na życiowej powierzchni. Brakuje mu nawet na jedzenie… Smutny los artysty, który w jednym z wywiadów przyznał, że onegdaj nie stało mu ochoty do rejestrowania własnych utworów w ZAiKS-ie, zainspirował dyskutantów. I dobrze, bo sprawa jest poważna: w niemal identycznej sytuacji znajduje się wielu współczesnych twórców i przedstawicieli wolnych zawodów (zapewne nie tylko w Polsce). Głównie takich, którym los poskąpił popularności, reprezentowanej następnie stosowną liczbą cyfr na kontach bankowych.

Niektórzy (np. Jarek Szubrycht) twierdzą, że nie ma mocnych – trzeba było się do ZAiKS-u zapisać, dziś nie byłoby problemu:

http://nblo.gs/109jZP

To spore uproszczenie. ZAiKS wypłaca twórcom tantiemy od sprzedaży płyt (zarejestrowanych tam, oficjalnie wydanych nośników ze zgłoszonym nagraniem) bądź ilości publikacji utworów w oficjalnych mediach, włączając w to zgłoszone odtwarzania publiczne w miejscach do tego uprawnionych. Problem zaczyna się wtedy, gdy ani sprzedaży, ani publikacji nie ma zbyt wiele. Wymyślmy przykład: mało znany zespół black metalowy chce iść tropem Behemotha, żyć z muzyki, zgłasza więc swoje utwory do ZAiKS-u. Wydaje płytę w podziemnej wytwórni (raczej: stajni muzycznej) i czeka na tantiemy. A tu okazuje się, że wypłaty są znikome lub nie ma ich wcale: sprzedaży ani publikacji nie zanotowano zbyt dużo… Zespół nie załamuje się, gra dalej, wydaje kolejny album z niszową muzyką. Sytuacja się powtarza: nadal „emisyjność” tego produktu jest zbyt niska, by gwarantowało to kapeli godziwe tantiemy, nie mówiąc już o regularnych środkach, gwarantujących materialne przetrwanie… I co dalej? Jak długo można to ciągnąć?

Może, gdyby Brylu regularnie przez lata zgłaszał kolejne swoje płyty w ZAiKS-ie, w sumie zebrałoby się wystarczająco dużo opłat tantiemowych. Ale co z innymi, którzy nie mają szans na masową słuchalność ich muzyki? A mimo to chcieliby żyć z tego, co kochają – czyli z grania?

Dość dawno, na własny użytek, wymyśliłem sobie teorię muzycznego życia w Polsce, którą przytaczam w takich sytuacjach, trzymając się jej schematu. Otóż – jak się zdaje – muzyków naszych (wykonawców, jak Brylewski – bądź kapele) można by z grubsza podzielić na dwa obozy. Jeden to artyści, którzy postawili wszystko na jedną kartę: rzucili szkoły, pracę, zrobili z kapeli firmę, a dochodzili do popularności latami, biorąc w międzyczasie kredyty na inwestycje w rozwój swojej marki. Tutaj znów Behemoth jest przykładem idealnym: Nergal poświęcił się w całości promocji własnej idei, od nastolatka wiedział, że wraz ze swym zespołem ma dojść na sam szczyt. Kto ryzykuje, w kozie nie siedzi: lata zajęło mu owo dochodzenie, pokonał w międzyczasie ciężką chorobę (szacun!) i jest, gdzie jest. Nie martwi się o tantiemy. Druga grupa to pasjonaci, którzy nie traktują kapeli jak firmy, z której trzeba żyć – lecz chcą po prostu grać. Inwestują siebie w samą muzykę, ale niekoniecznie w produkt rynkowy obawiając się, że poświęcenie będzie daremne – nie każdy, a jedynie wybrani, doświadczają światowej popularności.

Rzecz w tym, że nie ma trzeciej możliwości. Trzeba dokonać wyboru. Albo w całości, z kopytami pakujemy się w budowanie renomy kapeli – wierząc głęboko, że w końcu staniemy na szczycie – albo traktujemy całość jak hobby, zajęcie dodatkowe, dbając również o równoległą ścieżkę zawodowej kariery, dającą nam utrzymanie. A jak wypali z muzyką, to super. Nie da się ukryć, że wybór pierwszej drogi jest niezwykle ryzykowny. Należy wówczas bacznie obserwować reakcję świata na nasz przekaz – badać, czy zainteresowanie jest na tyle rozbudowane, że mogłoby przerodzić się w popularność. O ile zaś uda się wejść na ścieżkę, dającą nadzieję wzrostu naszego statusu, z pewnością już na jej początku trzeba rejestrować swoje artefakty w każdym możliwym miejscu, dającym nadzieję na przychody (ZAIKS, ale też STOMUR, STOART). I na pewno tutaj leżał błąd Brylewskiego… Ale jeśli rozmawiamy o tym, że teraz Robert przestrzega młodych artystów, uwagi do nich kierowane powinny bardziej dotyczyć samego wyboru metody na granie… Jak chcesz z kapeli żyć, owszem, dbaj o swoje formalności. Ale jeśli do końca nie wiesz, czy ci z kapelą „zażre” – zadbaj raczej o alternatywną drogę zarobkowania! Mądre powiedzenie mówi, że o sukcesie człowieka decyduje wiązka jego życiowych talentów. Mówiąc inaczej – inwestujmy w tym samym czasie w różne nasze „biznesy”. Jak z jednym nie wyjdzie, to może inny podreperuje sytuację.

Niezawodny Facebook donosi o incydencie w maleńkim, podlaskim Korycinie:

http://dziendobry.bialystok.pl/ekipa-artystki-chciala-wylaczyc-prad-dzieciom-podczas-koncertu/

Ekipa Sylwii Grzeszczak mocno podpadła organizatorom imprezy, chcąc zrzucić ze sceny śpiewające dzieciaki. Tło zajścia opisano dość dokładnie w cytowanej relacji, ale problem jest szerszy: jak bowiem czelność miała, wredna gwiazda, nie darować młodym artystom dziesięciu minut! Przecież to by jej nie zbawiło!  Interwencja „techniki”, powstrzymana rejtanowskim gestem organizatorów, zabrała dzieciakom radość ze śpiewania. I dała surową lekcję okrutnego, polskiego szołbiznesu: pewnie młodziaki na zawsze zapamiętają, że scena jest tak naprawdę jaskinią drapieżników, w jej kulisach trwa bezwzględna walka na kły i pazury. Jak w dorosłym życiu, jego najbardziej przyziemnej – bo nie ze sztuką związanej – odsłonie…

Problem pod hasłem „kto gra po kim, o której i jak długo” jest odwieczną zmorą wszystkich muzycznych festiwali. Nie tylko w Polsce. Wiecie, jak Niemcy rozwiązują temat na monstrualnych: Wacken albo Summer Breeze? Zdziwicie się – jak nieomal zdarzyło się w Korycinie, naprawdę wyłączają prąd. Każdemu. Obojętnie, kim jesteś: super gwiazdą, totalnym bóstwem dla milionów fanów, jeśli przekroczyłeś swój czas, prądu nie ma. I nie ma też dyskusji. Regulamin jest jednakowy dla wszystkich, bez względu na status czy popularność. Skoro zaakceptowałeś warunki, w których wyraźnie określono długość twego występu, kolejność wykonawców na scenie oraz ramy czasowe, w których masz się zmieścić – sorry, kochany, bierzesz kasę to stosuj się do zasad. Ordnung muss sein. I co najważniejsze, powyższe reguły stosują się zarówno do zespołów, jak i organizatorów. Kierownik sceny (a w Niemczech czy Wielkiej Brytanii jest to bardzo poważnie traktowana estradowa profesja, trzeba mieć do niej konkretne kwalifikacje) ma być na miejscu pierwszym po Bogu, jak kapitan na statku. Jego decyzje są niepodważalne, on osobiście ma zagwarantować porządek zaplanowanej imprezy. Dlaczego to ważne? A, bo przyszli tutaj ludzie i zapłacili za bilety. Coś się nie będzie zgadzało, to drugi raz nie przyjdą: w takich Niemczech nikt nie narzeka na brak koncertowych ofert, pójdą na „sztukę” robioną przez inną firmę… Jednym słowem, w profesjonalnym biznesie estradowym na Zachodzie obowiązują zawodowe zasady działania, jak w każdej innej branży, podległej wolnorynkowym prawom gospodarczym. Tam, gdzie jest klient i pieniądze (czyli – widz i bilety), musi być porządek, fachowość i dobra jakość produktu scenicznego, łącznie z punktualnym wychodzeniem na scenę.

Moje Sacriversum rozgrzewało kiedyś publikę przed Tiamat i Pain, w warszawskiej Proximie. To fajne lokum koncertowe, z jedną wszakże wadą: po imprezach rockowych często organizowane są tam dyskoteki. Metalowa publika jest wypraszana po upływie ściśle określonej godziny, sorry, taki mamy klimat, klub zarabia na siebie. Zaakceptowaliście te warunki? Super, więc teraz proszę kończyć, bo zaraz limit czasu się wyczerpie… Przegięliśmy nasz występ o dosłownie pięć minut, jeden utwór. Myślałem, że kierownik ekipy szwedzkich kapel, „tour manager” rodem z Niemiec, dostanie szału i rozniesie nas na strzępy. Wydzierał się chamsko na cały klub a w ręku trzymał już wtyczkę wielkiej pyty… Nie zdążył wyłączyć jej z prądu, bo skończyliśmy. Nasze schodzenie ze sceny odbyło się przy akompaniamencie bluźnierstw niemieckiej ekipy technicznej, która wręcz zrzucała kolejne instrumenty na zaplecze. I w tej całej awanturze, podkreślam to dobitnie, my byliśmy winni. Złamaliśmy zasady i nieważne, że muzyk na scenie raczej zegarkiem się nie posługuje: trzeba było inaczej zaplanować występ. Tak, by dwa następne zespoły mogły w całości zagrać przygotowane sety.

Czemu po wszystkim przeprosiliśmy, zamiast się kłócić? Bo zrozumieliśmy na własnym błędzie profesjonalne zasady. Chcesz być szanowany, szanuj innych. Wtedy scena działać będzie jak należy, a widzowie – czyli klienci – będą zadowoleni. I takie przesłanie chciałbym tu zostawić organizatorom korycińskiej imprezy. To oczywiście bardzo brzydki gest – wtargnąć na scenę wykonawcy, zwłaszcza dzieciakom! Nie pochwalam zachowania techników gwiazdy festiwalu. Ale podstawowe pytanie brzmi: dlaczego te dzieci przedłużyły swój występ? Czemu nie przypilnowano, by harmonogram koncertu przebiegał planowo? A może ekipa Sylwii Grzeszczak miała zakontraktowany na ten dzień następny koncert, w kolejnej miejscowości? I aby zdążyć musiała wyjść punktualnie na scenie w Korycinie?  Nikt nie pomyślał, że artystka i jej ekipa żyją z grania – muszą dbać o dyscyplinę własnej logistyki, bo inaczej tracić będą kolejne zaproszenia, a zatem środki utrzymania? Łatwo jest jeździć po gwiazdach jak po łysej kobyle, a jednocześnie nawet nie podjąć próby postawienia się w ich sytuacji. Całej otoczki sprawy organizatorzy nie wzięli pod uwagę, tłumacząc przy tym, że opóźnienie „nikogo nie zbawi”…

Bądźmy dla siebie grzeczni, nie zrzucajmy dzieciaków ze sceny – ale też dbajmy o porządek. Nie przedłużajmy czyjegoś występu, jeśli nie ma na to miejsca w festiwalowym harmonogramie.  Sztuka, wbrew pozorom, bardzo potrzebuje ścisłych zasad organizacyjnych. Inaczej każdy występ zamieniłby się w trudny do ogarnięcia chaos – a wtedy naprawdę kły i pazury zaczęłyby rządzić zapleczem sceny. Najwyższy czas, by zrozumieli to również polscy organizatorzy.

 

Dobre, stare kapele wciąż grają i nie schodzą ze sceny. Na koncercie Iron Maiden w Łodzi pełna Atlas Arena, piętnaście tysięcy ludzi. Można się zżymać, że zespół dla szmalu powtarza starą trasę sprzed trzydziestu lat: te same hity, wczesny repertuar, te same eksponaty sceniczne, potwory, flagi, nawet te same stroje Bruce’a, zmieniane w kolejnych utworach. Ale jest magia -  nieuchwytna wartość, aura kontaktu między widownią a sceną. To samo brzmienie, dla jednych oryginalne, dla innych zwietrzałe, oldskulowe, trącące myszką spod starej miotły. Faceci, którzy biegają po scenie jak młodziaki mają dzisiaj po sześćdziesiąt lat – i widać to tylko z bliska, po zniszczonych facjatach Dave’a i Steve’a, założycieli grupy. Piętnastolatkom na widowni, w koszulkach „Iron Maiden Tour 2013″ nie przeszkadza, że idole mogliby spokojnie być ich dziadkami… Dawne hiciory lecą po kolei, a tempo koncertu sprawia, że dwie godziny mijają jak chwila. W loży vip-ów młody radny, wcześniej zupełnie bez kontaktu z ciężką muzyką rockową: „Chciałbym się tak zestarzeć!”. Po koncercie relacje na facebooku: „poleciały mi łzy”, „magia”, „piękny koncert”…

No, dobrze – grają dla pieniędzy, tak samo Roger Waters, jeżdżący od lat po świecie ze spektaklem „The Wall”, rozbijający od dziesięcioleci tę samą ścianę. Ale robią to znakomicie! Gromadzą tysiące wiernych fanów, dając im w słonej cenie biletów nie tylko stare, odgrzewane hamburgery, ale też własną pasję: szczerą, prawdziwą, podszytą chęcią sprawienia radości sobie i widowni. A że przy tym wpadnie parę groszy do starej kieszeni – a daj boże, w końcu nikt nie zmusza do nabywania biletów, one same schodzą jak ciepłe bułeczki, a żaden fan po koncercie nie waży się powiedzieć, że został nabity w butelkę.

Taki szołbiznes rozumiem i popieram. Lata lecą, zespół się starzeje, powtarza stare trasy – ale dopóki jest zapotrzebowanie na ich granie, dopóki ludzie w całej Europie głosują nogami, dopóty nikt nie krytykuje weteranów. Każdemu życzę aż takiej popularności i szacunku wśród ludzi, jakie stały się udziałem Iron Maiden pod koniec ich bogatej drogi artystycznej.

Widziałem łódzki koncert Ironów w roku 1986, ten z trasy promującej „Somewhere In Time”. Dwadzieścia siedem lat później wystąpił w Łodzi ten sam skład (plus Yannick Gers oczywiście), a mnie – wielbicielowi płyty „Seventh Son…” – brakowało koncertu, na którym można byłoby usłyszeć tamte utwory. Nie pamiętam dlaczego, wówczas kolejna trasa „Maiden England” ominęła Łódź -  chyba tak samo, jak całą Polskę, naprawdę dziś nie wspomnę, a sprawdzać mi się nie chce.  Teraz, jakby na zamówienie, została powtórzona – i to pięćset metrów od mojego domu. Jestem ogromnie szczęśliwy, że udało mi się ją zaliczyć.

Oddzielne słowa wielkiego podziękowania należą się Marcinowi Masłowskiemu – On wie za co.

Pete Agnew, basista Nazareth, ogląda zdjęcie, zrobione siedem lat temu w jego rodzinnym, szkockim  Dunfermline. Śmieje się: „Ooo, pomnik Carnegie’go! Jako dzieciak wiele razy próbowałem się tam wspinać, ale się nie udało…” „A czemu?” – pytam. „Nie wiem, chyba dlatego, że jest zbyt śliski” – uśmiecha się  sympatyczny Pete. Rocznik 1946, dwa lata młodszy od mojej nieżyjącej mamy. Faktycznie, pomnik Andrewa Carnegie (ten sam magnat przemysłowy, który założył Carnegie Hall w Nowym Jorku, zasłużony Szkot) ma taką sławę, że nigdy nikomu nie udało się wejść na jego czubek… A z Petem i Danem, wokalistą,  gadamy sobie luzacko o historii Polski, Szkocji, czasach dzisiejszych – i muzyce, czystym hard rocku, którego Nazareth jest od czterdziestu pięciu lat wybitnym reprezentantem. A potem Szkoci wychodzą na scenę, grają z czadem, jak za dawnych lat. Wokalista Dan McAfferty, choć dobiega siedemdziesiątki, śpiewa czysto i nienagannie technicznie. Nikt się nie myli, nie zwalnia tempa, nikt nie gubi tonacji. Na widowni łódzkiego klubu Dekompresja około czterystu widzów, średnia wieku fanów znacznie powyżej czterdziestego roku życia. Leci „Telegram” – hit z początków kariery. A potem, jak dynamit, seria siarczystych, rockowych bluesów. Bez żadnej taryfy ulgowej dla grajków!

„Czy jest jakiś problem?” – pytam kolegę, który stoi obok i martwi się, że właśnie skończył pięćdziesiąt jeden lat… „Spójrz na scenę”- mówię spokojnie.  To jest prawdziwy rock’n'roll, to właśnie muzyka, która nie zna granic wieku. I co z tego, że Pete’owi technik sceny wiesza na barkach gitarę, że Dan nie wejdzie po schodach bez pomocy i wsparcia, bo od wielu lat ciężko choruje na reumatyzm? Co z tego, że w technicznym riderze wpisano namiot tlenowy i obecność lekarza w klubie? Ileż ognia, ile życia w tych kolesiach! Świetnie zakonserwowani Jackiem Danielsem jeżdżą po świecie, grają koncerty wszędzie – i wydają płyty. Już wydali dwadzieścia dwie, ostatnie zbierają świetne recenzje. Czy jest jakiś problem, powtarzam?  Nie ma, Panowie, żadnego! CHEERZZZZ! Wracajcie na trasę. A ja, klnę się na bogów, też wracam do grania.

Nergal wydał książkę, więc znów pojawił się na ustach całej Polski. To znaczy,  jest okazja ponownie wziąć go na języki, zmieszać z błotem, stłamsić i wytknąć paluchami jako pierwszego wroga bogobojnego narodu. Żeby to wyłącznie nawiedzeni obrońcy katolickiej wiary (vide: Mariusz Cieślik w „Rzeczpospolitej”, nr 278, 28.11.2012) rzucali się na dzielnego satanistę, o nie, to byłoby nudne i prostackie.  Ner bierze w dupsko od dawnych kumpli z podziemnego grania, pewnie czasem i mocniej, niż chłoszczą go znakiem krzyża przez Naród błogosławieni, współcześni  inkwizytorzy…  Bo to wszak zdrajca ideałów, co dla kasy wypiął się na metalowy światek. No, jakby nie patrzeć – przyjaciółmi Nergala po wydaniu „Spowiedzi heretyka” nie będą też na pewno fotoreporterzy brukowej prasy, paparazzi, zwani przez autora nieświętego dziełka „karaluchami”…  Stał się dziś Nergal wrogiem znacznej części prywiślańskiego społeczeństwa, ledwo się chłopina zdążył wykurować i wkroczyć na pracowitą drogę ku godziwym subsydiom z prowadzonej działalności artystycznej. Ciekawe, czy spodziewał się aż takiej reakcji, przygotowując do druku wywiad-rzekę.

Przeczytałem tę książkę, głównie dlatego, że EMPiK łódzki zaprosił mnie do poprowadzenia rozmowy z Nergalem. Nie było to, biorąc pod uwagę osobę autora, zwykłe spotkanie z czytelnikami. Tym razem, obok cierpliwych łowców autografów pojawili się przecież liczni dziennikarze, ciekawi, czy obecność w Łodzi głośnego celebryty nie skończy się jakimś skandalem. Nergal, którego pamiętam jako szesnastolatka, pytającego na zapleczu klubu „Hush” w Rumii jak to jest grać koncerty, wkurzył na dzień dobry nie tylko mnie, ale też wszystkich, którzy na niego czekali. Spóźnił się ponad godzinę (no dobrze, korki – ale można było je przewidzieć), potem zaś wybiegł z księgarni na koncert Muse, choć czekał na niego spory jeszcze ogonek czytelników. Nie wspominając o dziennikarzach, kilku z nich Nergal obiecał rozmowę. Byliśmy więc wkurzeni, ale czy coś poza tym się stało? No właśnie nie, Nergal i tak zrobił po swojemu, kierował się nie dobrem jakiegoś niesprecyzowanego ogółu, tylko swoim. Jak na satanistę przystało, zachował się podług swojego wyłącznego planu, interesu i zamiaru. Miał cel i poszedł go osiągnąć, nie bacząc na sprawy innych ludzi.

Bo też taki jest Adam Darski i wcale się z tym nie kryje, odpowiadając w „Spowiedzi…” na pytania kumpli-dziennikarzy. Taki jest, ma swój kodeks, w którym inni ludzie znajdują swoje miejsce o tyle, o ile są mu potrzebni. Śmierć frajerom! Może łaskawie spojrzeć, w swej szlachetności, na chwilowe potrzeby osób, stających mu na drodze z prośbą o wywiad lub podpis, ale tylko wówczas, gdy akurat gdzieś się nie śpieszy. Luz – na tym poziomie popularności są już setki wywiadów, a fanów w kolejkach po autografy stoją tysiące. Można sobie pozwolić na swobodę w tym zakresie, zwłaszcza, że samemu ciężko pracowało się na miejsce, wywalczone w rockowym panteonie. No i – co z dumą należy podkreślić  – na okładkach kolorowych pism dla gospodyń domowych, co przecież metalowcom raczej dane nie bywa… Ironią losu jest, że w czasie ciężkiej choroby znalazło się bardzo wielu, którzy przynieśli mu bezinteresowną pomoc. Im też Adam w książce dziękuje. Ale po tej całej traumie, gdy powoli udaje mu się o chorobie zapomnieć, jest jak dawniej. To znaczy Nergal z precyzją i konsekwencją rozwija własny biznes, nie rozglądając się specjalnie wokół siebie.

Nie chcę powiedzieć, że Nergal to zły przykład, czarownica dla złych dzieci, że deptał po trupach w drodze po aktualnie zajmowane miejsce na topie. Nie przypominam sobie, by przez te dwadzieścia minionych lat ktoś w środowisku naszych kapel metalowych na niego się skarżył. Nie wiem na sto procent, ale raczej w walce o sukces Behemotha nikogo nie skrzywdził. A w drodze po celebrycką sławę? Cóż, już dziesięć lat temu, na koncercie w poznańskim Eskulapie (graliśmy tam wtedy razem przed Napalm Death) opowiadał mi, jak bardzo Doda go kręci i jak chciałby jej kiedyś dopaść… Po prostu zrobił swoje, zaparł się i osiągnął cel. Nie powinno być tajemnicą dla nikogo, że jedynie tak zaplanowany model życia: gdy poświęcamy wszystko w imię wytyczonego celu, po czym całą siłę, wszystkie nasze możliwości angażujemy w celu spełnienia zamiaru, daje szansę na oczekiwany sukces. I na taki sukces pracuje się latami. Pytanie, bardziej etyczne niż biznesowe – czy w drodze po konfitury nie kaleczymy ludzi, których na szlaku spotykamy. A na to pytanie każdy musi sam sobie odpowiedzieć.

Nie dziwimy się przeto, że Nergal wzbudza odczucia, tym bardziej negatywne im wyżej sięga jego popularność, granicząca dziś z popkulturowym mitem. Starzy metalowcy plują, bo część zazdrości mu sukcesu, jakim jest zarabianie z grania. A ta część, którym na pieniądzach nie zależy, wytyka mu przeniewierkę środowiskowych ideałów. Prościej? Proszę bardzo, otóż jeśli jesteś metalem, nie pchasz się do tabloidów. W ogóle się nie pchasz do mainstreamu, masz być programowo podziemny a nie ogólnie znany. Tak już jest: żołnierz nie maszeruje z reklamówką i koniec, to regulamin służby. W tym znaczeniu Nergal jest takim właśnie umundurowanym zakupowiczem.  Ale – co chyba przerasta już trochę samego bohatera zamieszania – po wydaniu „Spowiedzi…”   ruszyła lawina masowej nienawiści tej części Polski, która pod krzyżem modli się o wyborczy sukces PiS. Teraz dopiero się zacznie! Do apelacji w sprawie o podarcie Biblii Ryszard Nowak dorzuca nowy pozew: o opis rzekomego gwałtu zbiorowego w Hiszpanii, który znajduje się na kartach książki. To nic, że dziewczyna mocno popieszczona na pokładzie behemotowego najtlajnera mówiła, że super, że właśnie o to chodziło („chcącemu nie dzieje się krzywda!”). Nic to, że nikt nie złożył żadnej skargi stosownym służbom hiszpańskim, dbającym o przestrzeganie prawa: nie było przestępstwa, ale pozew w Polsce będzie… Publicyści (cytowany wyżej Mariusz Cieślik) wyciągają po lekturze książki wnioski, że oto cała muzyka metalowa to jeden wielki matecznik najgorszych przestępstw i szatańskiego zezwierzęcenia. Bo przecież Nergal przyznał się, że jako dzieciak CHCIAŁ spalić kościół w Gdańsku!!! Sam przeto zamiar – to nic, że w żaden czyn nie przerodzony – już służy dzielnemu felietoniście do budowania ogólnych stwierdzeń o rzekomych zagrożeniach dla całej świątobliwej części polskiego społeczeństwa.

Nie jestem pewien, czy osoba Nergala zasługuje na aż tak wielkie zainteresowanie. Ani ze strony dawnych, muzycznych ziomali – ani też tych spośród szeregów katolickich obrońców wiary. Opadają ręce, jak wszyscy dookoła robią sobie ideologiczny użytek, próbują po prostu upiec własną pieczeń przy ognisku, jakie zapaliło się na skutek wokół – nergalowego fermentu. Myślę też, że sam zainteresowany działa dokładnie tak samo, jak zawsze: nic sobie z tych ludzi nie robi.  Każdy z przejawów zainteresowania nakręca mu znakomitą reklamę. Cóż z tego, że mówią źle – ważne, by w ogóle mówili! Cały ten zamęt to wartość dodana do coraz lepiej rozwijającego się nergalowego biznesu. A on sam, o ile dobrze go pojmuję, staje sobie co rano przed lustrem z szyderczym uśmiechem, potwierdzającym, że ta banda żałosnych owieczek znów tańczy w rytm jego autorskich kompozycji…

Ktokolwiek słucha muzyki w samochodzie, a nie chce ciągle nurzać się w koszmarnej, popowo – mdłej papce, jadąc do pracy wybiera między Eską Rock a stacjami, nadającymi  muzykę klasyczną.  Od dawna poranek w rockowej Esce zdominowany był przez popisy dwójki celebrytów, których trzeba było słuchać, jeśli miało się nadzieję na odrobinę ostrzejszych dźwięków, idealnych przecież do porannej przebudzanki… Nie było wyboru, ale teraz jest lepiej: panów „wuef” zdjęto z anteny. A medialny światek obiegły cytaty z porannej audycji, w której obydwaj panowie lekko przesadzili w opisie kobiet narodowości ukraińskiej.

Należałem do grupy osób, które z ogromnym niesmakiem przedzierały się każdego ranka przez Wojewódzko – Figurską paplaninę. Trudno ją generalnie ująć w teoretyczne schematy. Czy dziennikarstwo to, może jedynie kabaret? Fakty są oczywiste: swoją audycję panowie poświęcali codziennie na szyderstwa wobec wybranych osób. Dworowano sobie najczęściej z ludzi PiS, z samych Kaczyńskich, z katastrofy smoleńskiej – albo z konkurencyjnych celebrytów. Nie kpiono nigdy z aktualnie panującej ekipy Tuskowej władzy.

Nie mam najmniejszej ochoty bronić PiS, Kaczyńskich, ani ich zwolenników. Mam natomiast głęboką awersję wobec takiego rodzaju medialnych wypowiedzi, w których lizodupność dla obecnie panującej władzy, tudzież kpina i szyderstwa wobec opozycji, są zjawiskiem stałym i codziennym… Dziennikarstwo czy kabaret, wsio rawno – mieliśmy w „Porannym Wuefie” do czynienia z najobrzydliwszym przykładem dworskiej propagandy, jaki był obecny w mediach ogólnopolskich po roku 1989. Niczym nie skrywana, jawna niechęć wobec konkretnej opcji politycznej – złączona w jedno z czołobitnością wobec tych, którzy tkwią u steru, prowadząc nas w jedynie słusznym kierunku. Horror, bo dziennikarstwo na czymś zupełnie innym ma polegać – a dobry kabaret śmieje się także, jeśli nie głównie, z rządzących. Dlatego każdego ranka z bólem, po drodze do pracy, przełączałem zwykle Eskę Rock na inną stację. Choć ostre granie jest moim ulubionym.

Wreszcie panowie przegięli, bo ukraińska „szydera” (nie wiem – popełniona bardziej z głupoty, czy może z „antenowego spontanu”) wkurzyła nawet pro-tuskowe środowiska feministyczne. Po sieci krąży wulgarna odpowiedź kobitek, wydrukowana w „Przekroju” – a prezes Radia Eska Rock, Bogusław Potoniec, znalazł się nagle pod ostrzałem kilku naraz instytucji, mających siłę, by radyjko pozbawić możliwości nadawania. Śmiano się zawsze ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, nikt się Radą Etyki Mediów nie przejmuje – ale już bat ze strony Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, ooo, to sprawa poważniejsza. Mogą znaleźć paragraf, odebrać koncesję, skończy się granie rocka przy akompaniamencie szyderstw wobec oszołomów… Prezes Potoniec skulił ogonek pod siebie i zwinął też poranną audycję, w słusznym (i odwiecznym) przeświadczeniu, że byt znaczy o wiele więcej niż ideologiczna świadomość.

Bogusław Potoniec lat temu mniej więcej piętnaście, jako „programowy” łódzkiej Eski, w której wówczas pracowałem, starał się szkolić nas pracowników w „nowoczesnym dziennikarstwie radiowym”. Przyniósł kiedyś, wygrzebany z Zeszytów Prasoznawczych (nr 3-4, 1995 – zachowałem na pamiątkę) tekst Andrzeja Magdonia pt.: „Duch zabawy w mediach”. Jest tam generalnie mowa o powszechnym, zwłaszcza wśród elektronicznych mediów komercyjnych, zwyczaju nagminnego łamania zasad dziennikarskich – czy to warsztatowych, w zakresie genologii (gatunków dziennikarskich) czy etyki a nawet prawa, w jakim funkcjonują poszczególne systemy prasowe różnych krajów. Chodzi oczywiście o przesławny „infotainment” – czyli, z grubsza biorąc, metodę dawkowania w mediach treści informacyjnych przy pomocy rozrywkowej formy, najczęściej łamiąc zawodowe reguły. Po to, by łatwiej złapać odbiorców, przykuć ich uwagę – a przez to, oczywiście, zwiększyć poziom słuchalności (oglądalności, czytelnictwa – wszystko jedno). Czyli, zwiększając słupki odbioru, polepszyć narzędzie pozyskiwania reklamodawców. Czyli – dla kasy. „Infotainment” rozpowszechnił się na świecie, a krańcową formę zyskał w tabloidach, obrzydliwych brukowcach, typu gazetowy „Fakt” czy „Super Express” (licencjonowane w Polsce „The Sun” czy „Bild”) lub radiowy „Poranny Wuef” właśnie. Publikacje, audycje, programy, w których poziom łamania zasad dziennikarskiej przyzwoitości bywa monstrualnie przekraczany, by zyskać masowego odbiorcę.  Przestały się liczyć reguły, pojawił się klient, a wraz z nim pieniądze. Takiego dziennikarstwa chciał nas uczyć Potoniec w łódzkiej Esce.

Dziś widać gołym okiem, że preferowane zasady pan prezes Eski Rock przez kilka lat, pewnie ze sporym sukcesem, wdrażał na swoim podwórku. Znając go podejrzewam, że wprowadzenie „Wuefu” na antenę spowodowane było raczej chęcią wybicia konkurencji z rynku szokującym przekazem poranka, aniżeli polityczną wazeliną. Pewnie było tak, że zapraszając dwójkę celebrytów (za niezłą kasę) po prostu dał im wolną rękę licząc, że ich powszechnie znane głosy przyciągną słuchaczy, bez względu na treść toczonych pogawędek. Temat się kręcił, bo fama o „jeździe po bandzie” w wykonaniu duetu W-F, nakręcała niezły rozgłos wokół porannej audycji… Śmiem wątpić, czy akurat fani rocka rajcowali się tą gadaniną, ale „sztuka jest sztuka”: rozgłos, zły czy dobry, podobał się zapewne ludziom z radiowego działu reklamy. Teraz się skończy, bo w nieskończoność szerzyć podłych oszczerstw się nie da. Mam gdzieś politycznych aktywistów z KRRiTV, straszących Bogusia Potońca odebraniem koncesji. Mam też gdzieś PiS-owców i ich problemy. Ważne, że zareagowali ludzie przyzwoici, dla których nawet żałosne chronienie się „konwencją” satyry nie jest wystarczającym powodem dla bezustannego naruszania dóbr i wizerunku ciągle tych samych osób.

Apeluję do prezesa Potońca – masz, dawny kolego, niepowtarzalną okazję wreszcie wymyślić porządny radiowy poranek! Taki, w którym obrzydliwe i naruszające wszelkie zasady gadki dwóch wynajętych trefnisiów nie będą skłaniały słuchaczy do przełączania radia na inną stację.

Na każdego przychodzi czas spoczynku – w tym wypadku piszący te słowa podjął decyzję o odejściu na muzyczną emeryturę. I to w dwadzieścia lat od chwili debiutu! Prawie równiutko…  Może jeszcze będzie czas napisać o tym szerzej, teraz pokażę Wam ciekawą składankę Electric Chair: znalazły się w niej fragmenty utworów kapel, w których wcześniej graliśmy (Aion, Sacriversum) lub z którymi członkowie kapeli wciąż współpracują (Pathfinder). Tym samym mam okazję zamieścić tu ostatni ślad mej muzycznej działalności. W EC na basie zastąpił mnie Hubert „Hubass” Walczak, świetny muzyk i wieloletni przyjaciel – powodzenia!




  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine