remigiuszmielczarek.blog.pl

O wszystkim – od muzyki przez sport do polityki

Wpisy z tagiem: rodzina

Przez kilka lat zastępowałem sporadycznie kolegę by w końcu zostać na dłużej… Ani się człowiek obejrzał, aż tu minął drugi sezon na spikerce Budowlanych. Dziś jest szczególny dzień: siatkarki KS Budowlani Łódź wywalczyły piąte miejsce w Orlen Lidze. Najlepsze od czasów debiutu na najwyższym poziomie rozgrywek w latach 2009/10, gdy rozpędzony beniaminek zajął czwartą lokatę, wywalczył Puchar Polski i zagrał w europejskich pucharach. Obecnej drużynie zabrakło naprawdę niewiele, by tamten sukces powtórzyć – na drodze stanęły przede wszystkim kontuzje i pech, jak słynne zatrucie pokarmowe w jednym z hoteli w Bielsku, któremu uległa prawie cała ekipa… Nie ma co się jednak martwić. W obecnym, sportowo-finansowym układzie sił Orlen Ligi, właśnie o piątej lokacie jako możliwej do wywalczenia i zgodnej z oczekiwaniami, mówili eksperci. Zamiar się powiódł, a kibice Budowlanych są bardzo zadowoleni – ich ulubienice przez cały sezon walczyły niezwykle ambitnie, dając dowody swego przywiązania do barw drużyny, której kibice z meczu na mecz coraz piękniej nagradzali je swoim dopingiem.

Jak to jest być spikerem w sali o pojemności 13 tysięcy ludzi, która na mecze ligowe siatkówki kobiet zapełnia się w niewielkiej części? Trudno, gdy trzeba zachęcić do dopingu i zabawy dwa tysiące osób, w olbrzymiej przestrzeni Atlas Areny sprawiające wrażenie małej, rozproszonej grupy. Łatwiej, gdy grupa ta okazuje niezwykłą życzliwość wobec prowadzącego zawody. A tak właśnie jest na meczach Budowlanych. Fani są przychylni spikerowi, który czasem… trochę traci głowę. Cóż, jestem – jak oni – kibicem tej drużyny. Bywa, że wrzeszczę i wyję jak potępieniec, co z pewnością nie każdy kibic przyjmuje radośnie. Ale zdarzają się też chwile graniczące z magią. Gdy zespołowi nie idzie, traci punkty lub koncentrację i przydałby się dziewczynom jakiś pozytywny „kopniak” energetyczny, kibice dają się trzymającemu mikrofon spikerowi trochę poprowadzić. Udziela się im ten dziwny rodzaj przekonania, że na parkiet jakoś tam z trybun spływa energia, pozwalająca zespołowi rzucić się do walki. I to się sprawdza! Wiele razy było tak, że przy naszej zagrywce, przy zwiększającym się dopingu kibiców, dziewczyny zdobywały kilka punktów z rzędu, odrabiając potrzebne straty lub wychodząc na wygodne prowadzenie. Ja wiem, że siatkarki są skoncentrowane na grze, nie rozglądają się po trybunach w czasie rozgrywanej akcji – ale jednak atmosfera wsparcia MUSI być na parkiecie wyczuwalna. One same zresztą, ku wielkiemu zadowoleniu fanów, wciąż przypominają w wywiadach jak wielką pomocą są dla nich aktywni kibice.

Tak więc rośnie i pęcznieje ten pozytywny ruch kibicowski, w którym olbrzymią – i twórczą – rolę odgrywają ultrasi. Grupa najbardziej aktywnych kibiców na sektorze R stale się powiększa, są tam całe rodziny, chłopaki wciągają dziewczyny a rodzice- dzieci, a te są najcudowniejszymi kibicami. Dziś mała dziewczynka przyniosła wraz z mamą wielki, niebieski kwiat z napisem „Gabi”, oczywiście na cześć Gabrieli Polańskiej. Nasza środkowa (zresztą prywatnie cudowna, życzliwa dziewczyna), wzięła potem ten tekturowy znak uwielbienia, ściągnęła małą z trybun i razem pozowały do zdjęć po wygranym spotkaniu… Wzruszający moment, który dziecko zapamięta pewnie na całe życie. Ale grupa ultras Budowlanych to nie tylko powiększanie ekipy o kolejne pokolenia fanów. Kibice robią oprawy, organizują wyjazdy – a przede wszystkim, dbają by w prowadzony doping włączali się fani z pozostałych sektorów. To ultrasi wymyślili „rakietę”, do której dołączają się, wstając z miejsc, wszyscy ludzie w hali. Wygląda to i działa kapitalnie! Coraz lepiej wychodzi też skandowanie poszczególnych haseł metodą „na echo”, czyli z odpowiadaniem kibiców po drugiej stronie parkietu… Razem z prowadzącym oprawę muzyczną na meczach DJ’em, Jackiem Grzegorzewskim staramy się, by wszystko to razem było odpowiednio skoordynowane. Jeszcze nie zawsze się udaje. Ale jest z meczu na mecz coraz lepiej. A co najważniejsze, kibice zaakceptowali nasze wysiłki i postanowili chętnie współpracować z nami, by faktycznie doping stawał się jednorodny, obejmując wszystkich obecnych. To daje efekty, momentami naprawdę imponujące.

I tak właśnie tworzy się Wielka Rodzina Budowlanych. Ze świetnym zespołem na czele, bardzo udanie zbudowanym w tym sezonie dzięki wysiłkom prezesa Marcina Chudzika, charyzmatycznych trenerów: Jacka Pasińskiego i Błażeja Krzyształowicza oraz całego zespołu szkoleniowego. Tam każdy jest fajnym człowiekiem, wszystkie siatkarki (dobrane w zespół zbilansowany sportowo ale i charakterem) i każdy facet w tej ekipie. Nie czas tu na analizę gry Budowlanych, ale panie od początku sezonu bardzo się polubiły, miały też wspólny cel, jakim było wygrywanie. Niczego więcej w naszej kapeli nie trzeba. Oby jak najwięcej dobra z tego zespołu zostało na kolejny sezon!

Stało się – Sejm, prawie jednogłośnie, przegłosował opodatkowanie umów-zleceń. Od stycznia 2016 każda umowa tego rodzaju będzie obciążona daniną na ZUS.

Jest to kolejny akt bezczelnego okradania Polaków, świadomego doprowadzania ich do ubóstwa i bezrobocia, a wskutek tego powiększania tragicznego zjawiska: masowej emigracji znad Wisły. Taką właśnie politykę: świadomego wyniszczania narodu kosztem profitów dla własnej, polityczno-urzędniczej kasty, funduje nam (kolejny rok z rzędu) zawłaszczająca władzę w kraju Platforma Obywatelska. Przy zgodnym wsparciu wszystkich ugrupowań opozycyjnych w Sejmie: przeciwko ustawie głosowało jedynie ośmiu posłów.

Czemu twierdzę, że polityka „ozusowywania” wolnych umów jest złodziejstwem? Przecież – mówią socjaliści – taki obowiązek wzmocni finanse budżetu państwa! A zatem „wszyscy zarobimy”, a dodatkowo wykonawcy zleceń, często mając w nich jedyne źródło utrzymania, zyskają świadczenie emerytalne, którego wcześniej byli pozbawieni. Lepsza choćby najmniejsza, gwarantowana emerytura, niż zostawienie tych ludzi na starość bez jakiejkolwiek pomocy.

Serdecznie dziękuję za taką „pomoc”!!!  Czemu pracodawcy zatrudniali dotąd na umowę-zlecenie lub o dzieło (jeśli, po ostatnim zaostrzeniu przepisów, zlecona praca uznana za „dzieło” może jeszcze być…)? Ano dlatego, że nie stać ich na stałe zatrudnianie podwykonawców. Za każdą kwotę wypłaconą do ręki pracownikowi, zatrudnionemu umową o pracę, trzeba oddać ZUS-owi trzy czwarte tejże kwoty, w formie obowiązkowego świadczenia. Nowe przepisy taką samą daninę nakładają na umowy-zlecenia. Zatem droga ucieczki się zamyka. Wybór będzie prosty: albo zwalniam pracownika, dotąd zatrudnianego na zlecenie, albo on godzi się na znaczne obniżenie swojej wypłaty (inaczej nie stać mnie będzie na opłacenie ZUS-u od tej umowy).

Dodatkowo każdy przedsiębiorca, bez względu na to, ile miesięcznie zarobi, musi oddać ZUS-owi tysiąc złotych ze swojego przychodu. Od przyszłego roku – tysiąc sto. Tylko że ustawodawcy jakby zapomnieli, że 80% dochodu narodowego spływa do budżetu państwa od najmniejszych firm, ledwie wiążących koniec z końcem w surowych warunkach prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Aby w ogóle jakoś funkcjonować, małe i średnie firmy często zatrudniały ludzi na umowy dotąd nazywane „śmieciowymi”: unikały w ten sposób dobijających je kosztów pracy, a zatrudnianym pozwalały jakoś zarobić na życie. Skoro Rząd i Sejm (przy wielkim wsparciu, co również podkreślam z całą mocą, związku zawodowego NSZZ „Solidarność”) uparły się, żeby zlikwidować „śmieciówki” – zlikwidują przy okazji całe mnóstwo firm, które jakoś wychodziły na swoje dzięki tańszym dla nich umowom-zleceniom. Jeśli komuś, z powodu zbyt wysokich kosztów pracy, dalsze prowadzenie firmy nie pozwoli zarabiać na życie – to ją zwinie. A zatrudnionych dotąd na zlecenie ludzi zostawi bez pracy. W ten oto sposób nasze władze, posługując się sloganami szlachetnych („opiekuńczych”!) działań, dobijają własny naród.

Pomijam już fakt, że aby dosłużyć się w Polandzie najmniejszej ustawowej emerytury trzeba pracować kilka (bodaj pięć) lat na umowie, objętej obowiązkowym haraczem na ZUS. Ale nikt nie wie dziś, jaka będzie wysokość uprzejmie wypłacanego przez państwo świadczenia emerytalnego – ani kiedy tak naprawdę staniemy się beneficjentami opłacanej składki. Wiemy, że będzie to „jakaś”emerytura, według „jakichś” kryteriów zliczana, a wiek emerytalny dla mężczyzn i kobiet zmienia się prawie co sejmową kadencję… Żaden z nas nie ma własnego konta emerytalnego w ZUS, na którym powinny być magazynowane składki każdego pracownika. A pieniądze dziś przez system zbierane od nas w formie coraz większego haraczu, wpływają na konto ZUS-u, który przeznacza je – zamiast oszczędzać dla wpłacających – na wypłatę bieżących świadczeń. ZUS jest bowiem bankrutem, czego nie ukrywają nawet politycy: z tym bolesnym spadkiem po komunie, jak z wieloma innymi, nikt jeszcze w „wolnej” Polsce nic nie zrobił. Mówienie zatem, że „ozusowanie” umów-zleceń jest korzystne dla pracujących na nich ludzi to wierutne kłamstwo, wsparte argumentami obrzydliwej socjotechniki.

Piszący te słowa przez dwadzieścia lat pracował – niemal wyłącznie – na umowę o dzieło. Proszę sobie wyobrazić, że ważny człon tak pozornie wielkiego koncernu medialnego jak Telewizja TOYA zatrudnia większość swoich ludzi na „śmieciówki”! Inaczej nie stać by go było na zatrudnienie choćby połowy kadry, potrzebnej do obsługi niezbędnych zadań redakcyjnych… Z zarabianych na rękę pieniędzy odkładałem sobie co miesiąc jakieś (według dzisiejszych stawek) trzy stówy na obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne. I sam je płaciłem, bo człowiek musi jakoś zadbać o siebie w razie zdarzeń losowych. Drugie tyle przeznaczałem na składkę emerytalną, bo przecież kretynizmem byłoby nie zabezpieczyć sobie jakiejkolwiek emerytury… I co? I jakoś do tej pory żyję bez „pomocy” dzielnych polityków chcących nam wmówić, że tylko ZUS i jego przewodnia rola w systemie ubezpieczeń społecznych może dać Polakom szczęśliwą przyszłość. W biednym kraju, jakim jest Polska, nie powinno być żadnego obowiązkowego ubezpieczenia społecznego! Powinien za to istnieć normalny, wolny rynek usług ubezpieczeniowych (bez żadnych państwowych molochów, zakłócających jego mechanizm!). Na tymże rynku ludzie powinni mieć wolny wybór ubezpieczyciela – i znaleźć sobie najlepszą ofertę, świadczeń zdrowotnych i emerytalnych. I tyle. Bez żadnych bankrutujących ZUS-ów, pożerających nasze pieniądze na podtrzymanie swojego trwania. Bez żadnych socjalistycznych partii, których jedynym prawdziwym celem rządzenia jest zabezpieczenie kasy na potrzeby swojej własnej sitwy.

Ludzie, nawet ci najprostsi, w końcu zorientują się, że są bezczelnie cyckani przez system, podtrzymywany wysiłkiem kilku partii. Już zaczynają przeglądać na oczy. A przez najbliższe dwa lata, gdy zmuszeni będą uciekać do szarej strefy lub zagranicę, zrozumieją jeszcze więcej – bo dotknie to ich własnej kieszeni. I może wówczas pozwolą w głosowaniach, by szkodliwy system upadł. Do stworzenia nowej, wolnej gospodarczo rzeczywistości, wystarczy na początek ośmiu posłów.

Jarosław Gowin, zgodnie z oczekiwaniami, pokazał się światu w stylu amerykańskich republikanów.  Jak Polska Razem wkracza do polityki? Ma „wbić klin” między dwie zaciekle tłukące się rywalki, czyli PO i PiS (wiadomo – „gdzie dwóch się bije…). Ma też wprowadzić spokój jako alternatywę dla zażartej wojny między nimi (wiadomo – „zgoda buduje”…). Zatem PR ma na początek całkiem niezły „piar”, dodatkowo podsycany informacją, że już teraz jest ona jedynym prawdziwie wolnorynkowym ugrupowaniem w polskim Sejmie.

Czy na pewno „prawdziwie wolnorynkowym”? Nie wszyscy tak twierdzą: radykalnie wolnościowy KNP z Januszem Korwin – Mikkem zdecydowanie odcina się od jakiejkolwiek koalicji z PR-em. Nie mówiąc już o pomyśle włączenia (wzorem PJN-u) ugrupowania w skład Polski Razem. „To tacy sami złodzieje, jak banda czworga” – mówi dosadnie Korwin, wylewając kubeł zimnej wody na głowy entuzjastów Gowinowej inicjatywy, licząc przy okazji, że wciąż rosnące poparcie dla własnej partii pomoże mu wejść do Sejmu. Kongres Nowej Prawicy jest jednak ugrupowaniem anty-systemowym, deklaruje totalną rewolucję ustrojową kraju, co w ich ocenie jest jedynym możliwym sposobem zapewnienia zamożności naszym obywatelom. Gowin przeciw systemowi nie występuje, mówiąc do nas wprost: jesteśmy partią centroprawicową. Chce więc poseł z Krakowa, w oparciu o dzisiejszą konstytucję, dokonywać zmian gospodarczych. Mają one (jak Gowin mówi w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” z dnia 09.12.2013 r. ) spowodować, by ludziom odechciało się masowej ucieczki za chlebem zagranicę.

Gdyby Jarosław Gowin zrobił choć jedną rzecz z tego, co zapowiada w tymże samym wywiadzie, to już byłaby rewolucja. Likwidując obowiązkową składkę ZUS dla firm (przypomnijmy – to 1000 złotych miesięcznie bez względu na zyski), zrobiłby PR dla ludzi w Polsce więcej, niż wszystkie razem wzięte partie, rządzące Polską od 1989 roku. Walka z nadmiernym fiskalizmem to bardzo ważny punkt Gowinowskich zapowiedzi, bo także podatki PR zamierza obniżać i upraszczać. Szkoda, że nie deklaruje likwidacji ZUS ani wprowadzenia dziesięcioprocentowego pogłównego (to najbardziej sprawiedliwy podatek, jaki można wymyślić) – ale do tego trzeba by zmieniać Konstytucję, a jako się rzekło, Gowin radykałem nie jest. Mówi natomiast o jednomandatowych okręgach wyborczych (jedna z największych porażek rządu Donalda Tuska) oraz dużej pomocy dla rodzin w formie bonu wychowawczego (o tym, jak się zdaje, mówił kiedyś PiS). Z tych, najbardziej ogólnych, zrębów programu ma narodzić się poparcie dla PR rzędu dwudziestu procent. Ciekawe, już za pół roku Jarosław Gowin wystartuje pod „jabłkowym” szyldem w wyborach europejskich. To będzie pierwszy sprawdzian poparcia, a zarazem poligon doświadczalny dla nowej partii.

Wątpliwości? Rozsądni zawsze je mają… Jak bowiem zapewnić dużą pomoc finansową dla rodzin bez zwiększania wydatków budżetowych? Tylko przez zmianę instrumentów prawnych? Trudno w to wierzyć, tym bardziej, że Polsce już dziś potrzebne jest konkretne oszczędzanie w sektorze wydatków publicznych. Najlepiej to robić likwidując rozrost biurokracji, przez usuwanie rozmnożonych niepotrzebnie instytucji publicznych. Uwaga – Gowin o tym nie mówi! Dla niego dramatyczny rozrost administracji państwowej na wszystkich szczeblach rządzenia (tak bolesny dla naszych podatników od czasów reform AWS, skończywszy na szaleństwach nepotyzmu Tuska) nie jest problemem… A powinien być, gdy Gowin deklaruje wolnorynkowy charakter partii. Kolejne pytanie – co to jest „demeny voting”??? Mamy rozumieć, że rodzice głosują w imieniu swoich dzieci? Wolne żarty – już pośród dorosłych należałoby robić sprawdziany wiedzy obywatelskiej, by przekonać się, czy wyborcy rozumieją jakiej Polski by chcieli! Tym bardziej nie mogą o Jej kształcie decydować dzieciaki, bez żadnej świadomości polityczej. Gowinowi wymsknęła się bzdura, chyba przy okazji nabierania prędkości w galopie ku władzy… Lepiej niech dzieci zajmują się tym, do czego skłania je natura, czyli zabawą i nauką.

Tak czy owak, stało się faktem coś, co obserwatorzy sceny politycznej od dawna byli przewidywali. Pod bokiem splecionych w śmiertelnych zapasach dwóch największych partii urósł poważny kandydat do przejęcia władzy. Czy mamy prawo mu zaufać? Nie wiemy. Naród zaufał kiedyś Platformie Obywatelskiej, w której był także Jarosław Gowin, o tym zapominać nie możemy w świetle podejmowanych wkrótce decyzji wyborczych. Ale, bez żadnych wątpliwości, polska scena polityczna staje się dziś inna niż do tej pory. Nareszcie.

P.S: Wszystkim zainteresowanych wolnorynkowymi przemianami w kraju polecam z kolei dzisiejszy numer „Rzeczpospolitej” (10.12.2013 r.), publikujący wywiad z Mieczysławem Wilczkiem. To  minister przemysłu z ostatniego komunistycznego rządu premiera Rakowskiego. Jak mówią prawdziwi wolnorynkowcy, Wilczek zrobił dla polskiej wolności gospodarczej więcej, niż Leszek Balcerowicz i wszyscy po nim następujący.

Poszliśmy z żoną na „Mój rower”, choć znajomi ostrzegali, że może być gniot. Kłamali, nie jest źle, film się broni, można go obejrzeć. Nie rozumiem radykalnie złych recenzji, jakie dane mi było o nim usłyszeć. Owszem, zdarzają się twórcom potknięcia, lecz jak najbardziej możliwe do wybaczenia…

Rzecz – najogólniej – dotyczy międzyludzkich relacji we współczesnej rodzinie. Jak często bywa, popękanej, skłóconej, przesyconej wzajemnym brakiem uczuć i egoizmem. Trzech facetów: dziadek, ojciec i wnuk, na co dzień żyjących bardzo daleko od siebie (nie tylko emocjonalnie, także geograficznie) staje wspólnie wobec sytuacji alarmowej. Oto od dziadka nagle odchodzi żona (mama, babcia), dziadek ląduje w szpitalu – i trzeba coś dalej razem począć. Historia jest wiarygodna, choć od początku łatwo domyśleć się, że przygoda będzie dla trójki bohaterów pretekstem do rozwikłania skomplikowanych relacji, jakie w ciągu ostatnich lat radykalnie oddzieliły ich od siebie. Nie trzeba też wielkiej filozofii, by domyślać się pozytywnego zakończenia. I choć nie jest ono zaskakujące, pozostawia widza z uczuciem prawdopodobieństwa.

Film opowiada kilka ważnych spraw o człowieku dzięki historii, zawartej w dobrym scenariuszu, zamykającym też w sobie sprawne dialogi. To rzadkość w polskim kinie – i przy okazji brawa dla Trzaskala, bo jest on współautorem literackiej podstawy filmu. Dzięki niej obraz staje się momentami bardzo zabawny, chwilami wzruszający, bywa pouczający. Film jest także wysmakowany w warstwie plastycznej, zwłaszcza w sekwencjach, które odbywają się na Mazurach. Gdy akcja przenosi się nad jeziora, nawet fabuła zyskuje dodatkową przestrzeń.

Kameralność filmu sprawia, że skupiamy się na aktorach: świetny jest Michał Urbaniak, który na pewno udźwignął ciężar roli. Choć akurat moja żona twierdzi inaczej… Nienagannie gra Artur Żmijewski, choć akurat ja nie lubię tego typu oszczędnego,  zdystansowanego aktorstwa. Jednakże postać Żmijewskiego jest najbardziej złożona, z całej trójki wymagająca największej pracy od aktora. Mowa o specyficznej metamorfozie bohatera, która – mimo akurat mojej niechęci do sposobu gry Żmijewskiego – została poprawnie zaznaczona.

Pomaga muzyka, odgrywająca w filmie ważną, podwójną rolę. Nie zawodzi operator, choć wyłapać da się kilka niestaranności, zarówno w realizacji zdjęć jak i w późniejszym montażu. Ale czepiać się nie ma czego, film – nie tylko w polskich warunkach – da się oglądać i można go polecać. A z ciekawostek: podobno opisana tam historia zawiera wątki autobiograficzne, którymi w scenariuszu posłużył się Trzaskalski.  Mamy tylko jeden zgrzyt: slogan promocyjny „cała prawda o facetach”, jakim posługują się dystrybutorzy, by zachęcić widzów do oglądania. Na Boga, kochani, na dźwięk tych słów ludzie inteligentni zwiewają gdzie pieprz rośnie! A głównie do nich film jest adresowany.

Siedmioletnia Miriam Monsonego. Trzydziestoletni nauczyciel, Jonathan Sandler i jego dwaj synowie: pięcioletni Gabriel i trzyletni Arieh. Trzech anonimowych francuskich żołnierzy. Plus ranni… Oto (prawie) pełna lista ofiar zatrzymanego wczoraj w Tuluzie Mohammeda Merafa, francuza algierskiego pochodzenia, przyznającego się do strzelaniny w żydowskiej szkole i swoich związków z terrorystyczną al – Kaidą. Mężczyzna zarejestrował swoje zbrodnie i w nagraniu oświadczył, że chciał zabić więcej osób.

Pomijam fakt zaciekłej walki francuskich polityków o przekucie zbrodni w wyborczy sukces… Najważniejsze pytanie brzmi: czy w „postępowej” Francji Meraf zostanie stracony – tak, jak na to zasługuje.

To kolejny żelazny argument dla zwolenników kary śmierci. Mamy listę siedmiu konkretnych ofiar, niewinnych ludzi -  w tym dzieci. Facet z zimną krwią wziął karabin i zastrzelił ich wszystkich. Przyznaje się do tego i jeszcze żałuje, że nie dokonał większej zbrodni.

Na miłość boską, czy po tym wszystkim NAPRAWDĘ są jakieś racjonalne argumenty za tym, żeby łajdaka zostawić przy życiu? Czy NAPRAWDĘ byłoby sprawiedliwe pozwolić, by taki bydlak, nie wahający się z zimną krwią mordować  kilkuletnie dzieciaki, chodził po ziemi? Absolutnie nie ma takich argumentów, przynajmniej ja ich nie znajduję. I nie zamierzam dawać się przekonywać jakimś oszołomom, bredzącym o potrzebie zachowania „norm cywilizacyjnych” albo „chrześcijańskiego miłosierdzia”. Gówno! Mordercę należałoby wbić na pal, jak Azję Tuchajbejowicza, żeby jemu podobni mieli dodatkowy powód, żeby się bać.

EDIT: Mamy oto najnowsze informacje z Tuluzy: ponoć zamachowiec został zabity w czasie policyjnej akcji. Ale obława prowadzona była „na wymęczenie” – żeby wziąć zabójcę żywego, ponoć dla ustalenia, z kim współpracował…

Trudno opisać rodzicielstwo. Można od razu się poddać, oddając głos filozofom, ontologom, psychologom, zoologom, księżom – i kto tam jeszcze zastanawia się nad fenomenem życia. Ale doświadczenia są tak osobliwe, że trudno je zlekceważyć. Wszak zbyt często rodzicem człowiek się nie staje, a skoro już nim jest, raczej koncentruje się na pracy dla dziecka, niż nad samym fenomenem przedłużenia gatunku…

Warto powiedzieć, że samo życie zadziwia zdolnością przetrwania. Wszystko jedno, jaka siła popchnęła zjawisko życia do istnienia na planecie Ziemia: sama przyroda czy jakaś pozaziemska (boska) istota sprawcza.  Fenomen samoobrony życia osadza się na przeogromnej, wręcz nieopisywalnej miłości człowieka do swojego potomstwa. Przyjście na świat dziecka zmienia wszystko – i nie jest to wytarty banał, tylko stan wyjątkowy, nieporównywalny z innym. Człowiek, stając się rodzicem, przestaje myśleć o sobie, stawiać siebie w centrum własnej uwagi. Za jakąś nie do końca pojętą przyczyną zaczyna działać na korzyść dziecka i sprawia mu to nieopisaną frajdę. I to jest właśnie mechanizm, który zapewnia ciągłość życia na Ziemi gatunku zwanego człowiekiem – i pewnie wszystkim innym gatunkom żywym, jeśli tylko nie zostaną wytępione przez czynniki zewnętrzne.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem Rozalię, gdy wyjechała w inkubatorze z sali cięciowej, było tak, jakby w środku wyciągnięto człowiekowi zawleczkę z granatu. Eksplozja – i całkowita zmiana. Nabiera się nowych sił do życia, młodnieje się (tak!), wzrasta motywacja do wszelkiego działania. Oto elementy tego samego mechanizmu, obrony życia przed wyginięciem. Bardzo ciekawe, przyjemne, pozytywne doznanie – a pamiętajmy, że dzieci kochają rodziców miłością bezwzględną. Tylko za to, że oni SĄ.

Tak więc ojcostwo może przesłonić świat, ograniczając jego obserwację. A tam dzieją się ciekawe rzeczy! Nowa partia Korwin-Mikkego brutalnie powstrzymana przed startem w wyborach… Pierwsza porażka Widzewa w rozgrywkach ligowych, wreszcie kolejne doniesienia z obozu Electric Chair. Będzie o czym pisać w najbliższych dniach.

W internecie znaleźć można rozmaite wypowiedzi, poruszające temat obecności ojca przy porodzie. Niektórzy, jak pewien koleś,

http://monteki.blog.onet.pl/Byc-czy-nie-byc-przy-porodzie,2,ID433085813,n

mówią wprost: poród nie jest dla mężczyzn! Niby zakłóca to męskie, estetyczne poczucie rzeczywistości, może obrzydzić nam partnerkę na resztę życia oraz spowodować rozpad małżeństwa.

Podziwiam światopogląd autora szczerej wypowiedzi blogerskiej – jak się zdaje, ma on w całkowitym poważaniu takie okoliczności rodzenia, jak obecność matki (jego żony) i dziecka (jego dziecka). No pewnie, chodzi o to, żeby facet miał wygodnie. Parę miesięcy temu zrobił sobie i żonie dobrze, będzie z tego dzieciak – i luz, niech się baba męczy, mogła się nie rozkładać na kanapie, czemu teraz narzeka. Pojęczy, pojęczy, urodzi, to i później niech sobie wychowuje, w końcu sama miała ochotę się rozmnażać, faceta nikt do tego nie namawiał.

Z zasady staram się nie życzyć ludziom źle, ale według wszelkich przewidywań, jeśli facet jest żonaty i faktycznie urodziło mu się dziecko, to kobieta raczej z nim długo nie wytrzyma.  Już nie chodzi o całkowity brak dojrzałości emocjonalnej i poczucia odpowiedzialności. Z tekstu sączy się wszechwładny egoizm, przekonanie, że zrobienie dziecka a następnie przyjęcie trybu "fajrant" jest jedynym zajęciem mężczyzny w procesie prokreacji.

Myślę, że kobiecie i dziecku obecność mężczyzny przy porodzie jest zwyczajnie potrzebna. Poród, drodzy panowie, nie jest dla nas. Kto inny jest w tym wszystkim ważny. My, tylko lub aż, asystujemy – i choć pewnie widok sceny do najprzyjemniejszych nie należy, absolutnie nic nie może nas z tego obowiązku zwolnić. Decydując się na małżeństwo (lub partnerstwo) i dziecko nie podjęliśmy decyzji tylko we własnym imieniu, stajemy się odpowiedzialni za wieloosobowy oddział, który od tej chwili będzie przemierzał świat pod naszym światłym, samczym przewodnictwem. Naturaliści nazwą pewnie ten oddział stadem, wszystko jedno. Mężczyzna w pewnym momencie dojrzewa do założenia rodziny – a jeśli w chwili podejmowania decyzji nie był dojrzały, to właśnie nadszedł czas, żeby uświadomił sobie swoją rolę.

A zatem, panowie, bierzmy na klatę opiekę nad żoną i dzieckiem, jeszcze zanim maleństwo się urodzi. Nie traktujmy porodu jako nieprzyjemnej i jednorazowej akcji typu sprawianie ryby, którą najchętniej byśmy ominęli, jeśli tylko będzie okazja prysnąć z kuchni… Moja córeczka przyjdzie na świat za kilka tygodni. Moja żona liczy na mnie w tym trudnym momencie. Nie wyobrażam sobie, że miałbym zostawić je same.
       


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine