remigiuszmielczarek.blog.pl

O wszystkim – od muzyki przez sport do polityki

Wpisy z tagiem: rzad

Pan Jacek Saryusz-Wolski wzbudził ostatnio burzę nie tylko przez uwikłanie w sprawy polityczne, ale też dzięki komplikacjom, jakich przysporzyła zainteresowanym odmiana jego nazwiska.

Casus jest niby prosty: w polszczyźnie odmieniamy wszystko „co się rusza”, gdy tylko da się odmienić. Jednakże nazwiska dwuczłonowe męskie, gdy mają pierwszy człon pochodzący od herbu bądź przydomka rodowego, są wyjątkiem. Pierwszego członu wówczas nie odmieniamy (np. Janusza Korwin-Mikkego) – chyba, że nie ma się pewności co do prawdziwego pochodzenia tegoż… Wtedy trzeba sprawdzać.

Reguła jest twarda. Trudno jednak, by przeciętny Kowalski znał na pamięć zawartość Herbarza Rzeczpospolitej. Nie każdy, kto publikuje, ma ponadto czas na grzebanie w historycznych aktach: wówczas z pomocą przyjść może kontakt z samym właścicielem nazwiska. Jacek Saryusz-Wolski chciał rozwiać wątpliwości, prosząc uprzejmie na Twitterze, by pierwszego członu mu nie odmieniać, bo tak sobie akurat życzy.

Tu jednak wątpliwości dopiero się pojawiły… No, bo – jak to? Czy właściciel nazwiska o kontrowersyjnych zasadach odmiany może, ot tak sobie, zażądać lub poprosić o cokolwiek? Czy jego wola wystarcza, by iść w sprzeczność wobec polskich norm językowych? I czy – jeśli stosowanie odpowiedniej formy nie jest ani jasne, ani oczywiste – powoływanie się na wolę posiadacza nazwiska jest błędem odmieniającego?

Cała sprawa z kilku warstw się składa, zatem warto chyba pochylić się nad jej spokojnym rozłożeniem. Zacznijmy od samej gramatyki. Mamy tu coś w rodzaju stosowania się do znaków drogowych na skrzyżowaniu. W odpowiedniej kolejności: najpierw światła, potem znaki pionowe, a na końcu – znaki poziome. Tu jest identycznie: najpierw mamy regułę. Tę stanowi brak odmiany członów herbowych lub przydomków. Jeśli mamy wątpliwość, co do pochodzenia członu – wówczas wolno nam odmienić, w myśl zasady, że „nieherbowy” pierwszy składnik nazwisk męskich odmieniamy w każdym przypadku. To taki „znak pionowy”. Ale jeśli i tu mamy wątpliwość, powinniśmy działać w myśl woli, jaką wyraża właściciel nazwiska. „Znak poziomy”, ale przesądzający ostatecznie o zachowaniu odmieniającego.

Dla jasności – chodzi o konkretną osobę. Na przykład: pana Jacka Saryusz-Wolskiego, nie zaś wszystkie osoby, noszące nazwisko Saryusz-Wolski. Ale jeśli  pan Jacek życzy sobie, by pierwszy człon jego nazwiska nie był odmieniany, z całą pewnością ma prawo taką prośbę wobec świata wyrazić. Tak, jak właściciele firmy IKEA uprzejmie proszą Polaków, by w naszym języku nazwy ich nie odmieniać, choć zasady fleksji polskiej każą tę odmianę robić. A zatem: nie „idziemy do IKEI”, tylko „idziemy do IKEA na zakupy”, bo tak chce właściciel marki. I również ma pełne prawo taką prośbę kierować do świata. I – jak się zdaje – wówczas prośba ta określa językową normę, właściwą dla tylko tego, wyjątkowego przypadku. A każdy językoznawca powie, że język jest tworem żywym, normy zmieniają się, podlegając ewolucji – i nic nie stoi na przeszkodzie, by zacząć stosować coś, co dotąd normą nie było. Jak na przykład polską odmianę rzeczownika „radio”.

Jest pewne, że wola właściciela nazwiska nie może burzyć normy oczywistej. Jeśli nazywam się Mielczarek, nie mogę zażądać ni prosić, by mojego nazwiska nie odmieniano: dostaję zresztą szału, gdy dzwoni handlowiec z jakiejś telefonicznej firmy i pyta, czy rozmawia z panem Remigiuszem Mielczarek… Marny wtedy jego los. Ale gdy mój kolega nazywa się Fiećko, ma pełne prawo żądać, by jego nazwiska nie odmieniano! Tak zresztą jest w przypadku wymienionego kolegi. Co nie zmienia faktu, że kwestia decyzji prywatnych w sprawie odmiany nazwisk powinna być wiążąca jedynie wówczas, gdy (jak w przypadku męskich nazwisk dwuczłonowych) zachodzą jakiekolwiek wątpliwości w sprawie fleksji.

Są jednak i tacy, którzy kwestionują prawo właścicieli do decydowania o własnych nazwiskach – w sprawie odmiany, którą powinniśmy (lub nie) stosować wbrew regułom polszczyzny… Tych ludzi zrozumieć mi najtrudniej. Nazwisko jest naszym dobrem osobistym, mamy oczywiste prawo do jego ochrony. Jeśli więc zachodzą jakiekolwiek wątpliwości względem odmiany mojego nazwiska, z pewnością mogę złożyć na ręce świata prośbę, by odmieniano (lub nie) podług mojej woli. I chyba jasne jest, że stanowię wówczas normę.

No, chyba że w ogóle kwestionujemy ideę prawa własności. Jest to wtedy jednak problem ideowy, a nie gramatyczny. Problem, który nazywa się socjalizm – i niszczy naszą planetę od chwili, gdy się na niej pojawił.

 

 

„Jestem całkowitym przeciwnikiem prowadzenia auta pod wpływem alkoholu. Uważam, że kierowców, którzy spowodowali wypadek na podwójnym gazie należy sądzić jako morderców lub usiłujących popełnić morderstwo. Jednocześnie całkowicie sprzeciwiam się traktowaniu wszystkich kierowców jak potencjalnych przestępców i organizowaniu łapanek, które nie mają żadnej podstawy prawnej. Policja czyniąc to, łamie prawo, a z Was robi posłusznych niewolników!” Zaczynam od cytatu, bo taki wpis umieścił na swym Facebooku p. Piotr Najzer, bydgoski działacz Kongresu Nowej Prawicy. Zamieszczony nad wpisem film obiegł już internet, stał się nawet powodem reakcji mediów tradycyjnych – oczywiście jako źródło tzw. gównoburzy, czyli brutalnego sporu internautów w sprawie, związanej z prawem i przestrzenią publiczną.

Mógłbym powiedzieć, że całkowicie zgadzam się z Piotrem Najzerem i zakończyć temat, decydując się na blogową notatkę. Ale i na mojej „fejsbukowej ścianie”, po udostępnieniu rzeczonego filmu wraz z wpisem, zaroiło się od różnorakich opinii… Często, jak dziś stało się już normą, są to zwykłe obelgi, zastępujące normalną wymianę myśli (to znak czasów, w których agresja internetowego hejtu wypiera dyskusję, owocującą dobrymi pomysłami dla wszystkich). Warto więc pochylić się głębiej nad przypadkiem p. Najzera pytając, jakimi wnioskami dla wszystkich może on pro publico bono zaowocować.

Pokrótce – p. Najzer, zatrzymany przez policjanta do „kontroli trzeźwości” odmówił poddania się jej. Przywoławszy stosowne przepisy oświadczył funkcjonariuszowi, że ten ma prawo jedynie w uzasadnionych przypadkach zażądać od kierowcy dmuchania w alkomat. Policjant, nieco opieszały w swej świadomości (kwestia HR, obowiązującego w naszej Policji to odrębny temat, wart potraktowania kolejnym tekstem), zasłonił się rozporządzeniem własnego szefa, który kazał mu zatrzymywać kierowców „do dmuchania”. Pan Najzer powiedział, że prawo nie pozwala na takie traktowanie zatrzymanego do kontroli – i odjechał. Słuszność tych argumentów (w Polsce faktycznie Policja nie ma prawa zatrzymywać kierowców wyłącznie w celu sprawdzenia trzeźwości – ot, tak sobie) potwierdziły: niezależna opinia Rzecznika Praw Obywatelskich oraz kilku ekspertów, deliberujących w studio telewizyjnym nad wywołanym przypadkiem.

A przypadek ten, jako żywo, przypomina akcję łódzkiej Policji, zorganizowaną kilka lat temu na ulicach miasta. Funkcjonariusze, wcześnie rano, zatrzymując kierowców, jadących samochodem do pracy, ustawiali się z alkometrami w dość ruchliwych miejscach. Kazano dmuchać po kolei wszystkim – jak leci. Efekt tej akcji był taki, że tworzyły się gigantyczne korki, a zdenerwowani ludzie wrzeszczeli na Policję, że spóźnią się do roboty. Zajmowałem się dziennikarsko tematem, więc sprawdziłem: na skutek akcji namierzono i zatrzymano ZERO nietrzeźwych kierowców. Nikogo. Wkrótce kontroli zaprzestano (właśnie wtedy pojawiła się pierwsza opinia RPO w tej sprawie), ale zwolennicy pomysłu gardłowali gdzie się da, że prewencyjnie akcja odniosła wielki skutek. Nie szkodzi, że normalni ludzie nie wsiadają rano za kółko „na bani” (poza wszystkim, nikt do pracy pod gazem chodzić nie chce): propaganda trąbiła o wielkim sukcesie Policji, rzekomo poprawiającej swoimi działaniami stan bezpieczeństwa na łódzkich drogach.

Należy bowiem oddzielić dwie sprawy. Jedną jest rzeczywista troska o trzeźwość kierowców, a drugą skala uprawnień, jakie władza otrzymuje od nas w celu ochrony naszego bezpieczeństwa. Zwróćmy uwagę: pan Najzer nie kwestionuje potrzeby kontroli drogowych. Wiadomo, że są one niezbędne dla utrzymania w ryzach tych, którzy poważnie łamią prawo i zagrażają w ten sposób innym ludziom. Przedmiotem niechęci pana Najzera są, jak sam mówi, „łapanki”. Czyli takie działania stróżów prawa, które (jak się okazuje, wbrew przepisom) ograniczają wolność osobistą użytkowników dróg – a uzasadniane są, ma się rozumieć, troską o nasze bezpieczeństwo.  Jednym słowem – nie gódźmy się, żeby Policji wolno było za dużo, bo inaczej stajemy się niewolnikami opresyjnego systemu. Takiego, w którym władza posuwa się zbyt daleko wgłąb naszej prywatności.

Nie zgadzam się przeto z argumentem, że trzeba robić jak najwięcej wyrywkowych kontroli, bo wtedy złapiemy więcej nietrzeźwych kierujących. Łódzki przypadek wykazuje, że tak wcale być nie musi. Patrole Policji (w tym lotne, często nie oznakowane) obserwują zachowanie kierowców na drodze. Jeśli auto porusza się nietypowo, stwarza zagrożenie – z kierowcą raczej na pewno jest coś nie tak – wówczas zatrzymanie pojazdu do kontroli jest nie tylko wytłumaczalne. Jest niezbędne! Wtedy owe „uzasadnione przyczyny” kontroli nie budzą najmniejszych wątpliwości. Ustawianie patroli w miejscach niebezpiecznych, organizowanie akcji w okresach, gdy spożycie alkoholu wzrasta – to wszystko działania prewencyjne, których zasadności nikt nie podważa. Nie trzeba natomiast robić „łapanek”, które pożądanego efektu nie dają, a jedynie skazują obywateli na naruszanie ich niezbywalnego prawa do wolności. Mój samochód, moi w nim pasażerowie – zatem wara od nich, proszę Państwa, o ile nic złego nie zrobiłem. Lub o ile nie zachowuję się na drodze tak, że wzbudzam podejrzenie o wejście za kółko w stanie wskazującym na spożycie.

Ktoś w dyskusji postawił argument: jakby panu Najzerowi ktoś pijany zabił autem kogoś z rodziny, to śpiewałby inaczej… Proszę Państwa, świat jest okrutny: zdarzają się na drogach wypadki śmiertelne, z udziałem pijanych kierowców – i nie ma na świecie państwa, gdzie te wypadki się nie zdarzają. Nie da się całkowicie wyeliminować wypadków drogowych. Ale by zmniejszyć ich ilość nie trzeba wcale zwiększać uprawnień kontrolnych Policji. Wiadomo, że normalny (mądry) człowiek nie wsiada pijany za kierownicę. Tego, który jest głupi, najlepiej wystraszyć. Spróbujcie dyskutować z głupcem. Strach natomiast każdemu przemówi do rozsądku, zwłaszcza człowiek głupi musi się bać jakiejś kary, bo wtedy najlepiej zrozumie, czego nie powinien robić. Dlatego jedynie surowość kar za przestępstwa drogowe oraz skuteczność ich wykonywania będzie efektywnym sposobem walki z pijanymi kierowcami. Spróbujmy, jak radzi pan Najzer, sądzić sprawców wypadków drogowych jak morderców. Bezwzględnie egzekwujmy nałożone kary. Już nie mówię o metodach średniowiecznych, choć sam najchętniej zorganizowałbym w kilku największych miastach parę przykładowych egzekucji. Zabiłeś autem po pijaku matkę z dzieckiem, zostaniesz rozstrzelany. Publicznie, żeby podobni do ciebie dobrze się przestraszyli… Ale nawet dożywocie za spowodowanie po pijanemu wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym niosłoby ze sobą jakiś zalążek sprawiedliwości. I to byłaby, proszę Państwa, właściwa praca nad bezpieczeństwem naszych dróg. A nie jakieś łapanki, organizowane dla poprawienia statystyk lokalnej komendy Policji – lub, nie daj boże, wypełnienia dziury w gminnej kasie – w których odpowiedzialność za działania pijanych kretynów muszą ponosić ludzie uczciwi. I to wszystko jedno, w jakim kraju.

Można w tej sprawie dyskutować długo, m.in. nad sensownością przepisu o zapinaniu pasów. Policjant chce ustawić się na drodze z lornetką i wlepić mandat kierowcy, którego z paru kilometrów przyuważył na jeździe bez  pasa… Pytanie numer jeden: w jaki sposób zapięcie pasa kierowcy ma wpływ na bezpieczeństwo innych użytkowników drogi? Otóż nie ma żadnego. Jak nie zapnę sobie pasa, to najwyżej sam ucierpię z tego powodu w wypadku na drodze. To jest moje auto i moje pasy – i powinienem robić z nimi, co uważam za słuszne. No, ale, jak zauważył jeden z dyskutantów: dura lex sed lex. Ten przepis w Polsce obowiązuje, więc należy się do niego stosować. Choć generalna konkluzja jest taka: bezpieczeństwo na drodze TAK, naruszanie wolności NIE. I to wszystko jedno, przez jaką władzę.

Dawno, dawno temu –  czyli 20 lat wstecz – PZPN wpadł na genialny pomysł rozgrywania finału Pucharu Polski na neutralnym stadionie. Nie było wówczas narodowego „gniazda”, zatem należało wymyślić miasto, na którego stadionie (jakiejś drużyny ligowej) mecz zostanie rozegrany. W roku bodaj 1996 padło na Łódź i ŁKS- obiekt przy al. Unii gościnnie przyjął  zwaśnionych kibiców dwóch drużyn: warszawskiej Legii i katowickiego GKS-u. Fanów porozmieszczano na przeciwległych, „krótkich” trybunach, tworząc miejsce neutralnym „miłośnikom piłkarstwa”. Nic więc dziwnego, że obie długie trybuny zajęli miejscowi, przy czym swoją ulubioną „galerę” wypełnili, uzbrojeni w normalny, meczowy sprzęt (flagi, pirotechnika, confetti) szalikowcy ŁKS. Skłóceni zarówno z Legią, jak i z GKS-em.

I od razu się zaczęło. Najpierw Legia zaśpiewała: „Gola, gola, gola, strzelcie k*rwom gola!” Katowice, z charakterystycznym, śląskim akcentem, odpowiedziały identycznie wulgarnym tekstem, tylko głośniej… Po sekundzie włączył się ŁKS: „Gola, gola gola, strzelcie se k*rwy gola!”…

Był to bodaj jedyny spośród dziesiątek obejrzanych przeze mnie meczów piłkarskich, gdy na trybunach znajdowało się więcej grup kibicowskich, niż drużyn na murawie… Ale nie o tym chciałem. Oto przecudowny, godny zapamiętania na zawsze obrazek stadionowy, pasuje jak ulał w roli genialnej metafory do zdarzeń politycznych, jakie dziś związują w ostrych sporach Polaków – nawet tych, którzy w ogóle nie interesują się piłką nożną.

Gdy spojrzymy nieco z góry, jakby wznosząc się  modnym ostatnio dronem, znowu zobaczymy w Warszawie krajobraz po dwóch wrogich sobie marszach poparcia. „Ilu było naszych?” – pytają jedni. „Źle nas pokazano, to wymaga kontroli!” – gardłują drudzy, z pozycji siły. Zupełnie jak kibole. Dokładnie tak samo, prymitywnie i z gangstersko-mafijnym zapiekleniem, rywalizują w naszym kraju grupy szalikowców. Walczą o to, kogo było więcej, kto miał „lepszą oprawę” i mocniej przeklął drugiego – przy czym wynik meczu ma kompletnie zerowe znaczenie. To my musimy być lepsi od tamtych: pokazać, że rządzimy „na kwadracie”. A w internecie należy zamieścić filmy, które dokumentują nasz sukces. Zaś inne ekipy, tylko pośrednio zaangażowane w ten spór, siedzą gdzieś obok i szydzą z naszych starań.

Niestety – spór publiczny w Polsce, o to, kto reprezentuje słuszniejszą opcję, który jest „nasz” albo „obcy”, w ostatnich latach mocno się w Polsce zaostrzył. I osiągnął dno kibolskiego zapieklenia. To już jest poziom gangsterskich porachunków „na dzielni”, w wykonaniu troglodytów przywdzianych w klubowe barwy, dokładnie identycznych po obu stronach barykady. Ogłupiałe masy znów wychodzą na ulice, prowadzone przez liderów, których jedynym celem jest ubicie własnego interesu, przy ślepej pomocy wiernego stada owiec. I znów wszyscy dają się prowadzić niczym na rzeź, przeciwko tym drugim. Gorszej, słabszej, wrogiej bandzie po drugiej stronie krajowego podwórka. Główne pytanie: kto się przypatruje? Kto, rechocząc donośnie, skręca się ze śmiechu i szyderstwa na widok obelg, rzucanych w obie strony? Kto nam życzy, byśmy „se gola strzelili”???

Od długiego czasu polski świat polityki (to szlachetny wzór amerykański) dzieli się na dwa główne obozy. Niektórzy śmieją się: dawny PPR wciąż walczy z dawnym PPS-em. Problem w tym, że od lat głosujemy na dwa prawie identyczne rodzaje biedy pod innymi sztandarami. Od 89 roku zmieniają się partie, ich nazwy i kolory. Nie zmieniają się ludzie, prawie ci sami (niektórzy wymierają, a młodzi dochodzą, dobrze wyszkoleni na partyjnych zebraniach) – którzy jeszcze nie zapewnili Polakom przyzwoitej zamożności. Dobrze mają się jedynie „nasi”, podpięci pod układ władzy. Raz ci, raz tamci obskakują lukratywne etaty w sektorze publicznym – w całym kraju, od góry do dołu. Holują za sobą kolegów. A innych, bez względu na kompetencje czy doświadczenie w danej branży – elita ma gdzieś. Wciąż nad Wisłą panuje osobliwy ustrój: mieszanka socjalizmu dla wszystkich z dobrobytem dla swoich. Pomyślmy chwilę. Czy po upadku komuny kieszeń przeciętnego Kowalskiego pozwala na godziwe życie we własnym kraju? Czy emerytury pozwalają nam,  jak niemieckim sąsiadom, na zwiedzanie świata w jesieni życia? Czy większość z nas może miesięcznie, bez żadnych kłopotów, zaoszczędzić pieniądze na swobodne wydatki poza jedzeniem i świadczeniami? Jak nasi pobratymcy w Unii – Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi? Otóż nie. I ci, którzy to dostrzegli, zrozumieli, a mają zbyt wiele godności, by wysługiwać się politycznym kacykom, są od dawna w Londynie. Na zmywaku, niestety.

Spór „czarnych” z „tęczowymi” nie służy dziś nikomu poza wysokimi funkcjonariuszami obydwu ugrupowań. No i tajemniczym obserwatorom z zewnątrz… Może, w co głęboko wierzę, Polska naszych potomków wyglądała będzie inaczej. Może zostanie krajem ludzi zamożnych, których stać będzie na godziwą opiekę medyczną, edukację wysokiej próby, godną starość, wypełnianie potrzeb kulturalnych… Może ten post-komunizm (wszystko jedno, pod jakim sztandarem) wreszcie zdechnie. Obyśmy zrozumieli to jak najszybciej.

Wiem o jednej. Ale słyszałem, że co najmniej kilka firm, zajmujących się w Łodzi organizacją rozmaitych imprez stanęło przed groźbą drakońskich kar finansowych. Powód? Łódzki ZUS wziął się za papiery: konkretnie za umowy o dzieło, podpisywane między organizującymi estradowe imprezy firmami a ludźmi, uprawiającymi wolne zawody. Muzycy, artyści kabaretu bądź sztuki cyrkowej, konferansjerzy… mnóstwo jest tak zwanych wolnych specjalności, które – żyjąc z własnych prezentacji – legalnie wykonują zamówienia na rzecz agencji eventowych, podpisując jednorazowe umowy. Najczęściej o dzieło, bo jako wolne od dodatkowych składek są tańsze dla zleceniodawcy. I o to właśnie chodzi: ZUS chce położyć łapę na tych kontraktach. Widocznie urzędnicy systemu uznali, że zbyt dużo kasy przecieka im przez palce zamiast wypełniać wiecznie pusty wór ZUS-owskich potrzeb. Rozpoczęły się kontrole, w których skwapliwie wyciąga się z dokumentacji te umowy o dzieło, które mogły zostać podpisane bez należytego uzasadnienia.

Od tego bowiem roku ZUS (organizując wcześniej cykl fachowych szkoleń dla swoich inspektorów) przyjął znaczne obostrzenia w uznawaniu, co dziełem jest, a co być nie może. Oczywiście to kontroler ma stwierdzić, czy w danym wypadku umowa o dzieło została zawarta poprawnie, zgodnie z obowiązującymi przepisami. W innym przypadku powinna być umową – zlecenie, z obowiązującą składką na ZUS… Inspektorzy zostali podczas szkoleń solidnie pouczeni, jak kwestionować zasadność umów o dzieło. Już nie wszystko, co dotąd dziełem było, może nim pozostać. Przykładowo – poprowadzenie konferansjerki na imprezie nie jest już żadnym dziełem autorskim. No, bo niby jakie tu dzieło zostało wykonane? Zaśpiewanie piosenki, do której pieśniarz nie ma praw autorskich (czyli każdej, skomponowanej przez innego artystę) też, w rozumieniu nowej interpretacji, dziełem nie jest. Mnożą się przykłady, firmy piszą wyjaśnienia pokontrolne, grożą im naprawdę surowe mandaty. Na właścicieli padł blady strach: gdy kwestionowana jest jedna umowa, z Bogiem sprawa. Ale jeśli kontrola dotyczy całego 2015 roku, a mandaty za nieprawidłowe umowy mogą sięgać kilkudziesięciu tysięcy złotych, żarty się kończą. Takie kary mogą już zagrozić egzystencji mniejszych firm. Powiało grozą,  bo w Łodzi i jej pobliżu ostry proces kontrolny jest właśnie w toku.

O co naprawdę chodzi? Otóż ZUS chce zdobyć jak największą kontrolę nad wolnym rynkiem usług artystycznych, zmusić strony do podpisywania jednorazowych umów-zlecenie, przez co oczywiście pobierać haracz (w postaci obowiązkowej składki ubezpieczeniowej) od każdej takiej umowy. Nie od dziś wiemy, że ZUS jest bankrutem. Podejmowane intensywnie kontrole – jestem przekonany, że problem nie dotyczy wyłącznie łódzkiej ziemi  - z daleka wyglądają na rozpaczliwą próbę kolejnego, masowego wyłudzenia pieniędzy, by bankrut mógł jakoś wywiązywać się ze swych ustawowych zobowiązań społecznych. Oczywiście najzupełniej legalnie, w majestacie prawa i jego nowej interpretacji. Oraz, rzecz jasna „w obronie interesu pokrzywdzonych umowami śmieciowymi artystów”. Bo przecież pobierane od umów-zleceń składki przeznaczone są dla nich, tych biednych, krzywdzonych przez wrednych kapitalistów ludzi sztuki, nierzadko z ledwością wiążących koniec z końcem, pozbawionych możliwości regularnego gromadzenia składek emerytalnych i zdrowotnych w ZUS-ie.

Nie ma większego draństwa niż dokonywanie jawnej kradzieży i wmawianie poszkodowanemu, że dzieje się to dla jego dobra. A tak właśnie zachowuje się ZUS – i cały stojący za nim aparat polityczno-państwowy, szukający w kieszeni obywateli, który to już raz, pieniędzy na swój kompletnie niewydolny system obowiązkowych ubezpieczeń społecznych. Wmawianie artystom, że dzięki składkom z podpisywanych doraźnie umów-zleceń są oni w stanie odłożyć w ZUS-ie na godziwą emeryturę jest tak bezczelnym kłamstwem, że aż zatyka… Wszyscy wiemy, jakie emerytury dziś wyliczane są w symulacjach dla odkładających składki regularnych „etatowców”. Są to głodowe kwoty – co dopiero mają powiedzieć ci, których składki opłacane są nieregularnie, właśnie od zleceń? To pierwsza sprawa, druga – pieniądze z tychże zleceń nie trafiają na żadne indywidualne konta tych ludzi w ZUS-ie, bo takich po prostu nie mamy. Kasa wpada do wielkiego wora bez dna i przepada, wydawana na bieżące funkcjonowanie instytucji o nazwie ZUS. Żaden artysta czy inny „wolny zawód” nie będzie miał w przyszłości, z odkładanych od zleceń składek, żadnej godziwej korzyści. Następna, równie ważna sprawa: zlecenie każe zleceniodawcy płacić składkę, a dla tych firm są to bardzo często poważne, dodatkowe obciążenia finansowe. „Eventowcy” na skutek obecnej, urzędniczej polityki będą więc organizować mniej imprez lub zaczną się zwijać, prowokując bezrobocie po obu stronach rynku. Bo wykonawców też zrobi się mniej, gdy popytu na nich zacznie brakować… Kto straci? Wszyscy. Kto zyska? ZUS, wyłącznie. I doraźnie, bo za rok poważnie odchudzona branża będzie podpisywać również mniej umów zleceń, tych oskładkowanych. I źródełko wyschnie. Nie wątpimy, że urzędnicy znajdą sobie wówczas inną ofiarę do wyssania – tylko co zrobić z ludźmi, w branży eventowej pozbawionymi możliwości zarabiania na życie? Tym już ZUS się nie interesuje.

Firmy eventowe, przynajmniej w znanej mi łódzkiej sytuacji, muszą teraz rozważyć dwie drogi. Przyjąć nakładane mandaty (czyli zgodzić się na urzędniczą interpretację tego, co jest, a co nie jest dziełem) – albo je odrzucić, wchodząc z ZUS-em na drogę sądowej walki. Przy obecnych kwotach, jakie w procesach gospodarczych pobierają adwokaci – oraz przy opieszałości sądów, rozpatrujących sprawy w ciągach kilkuletnich, raczej żadnej z tych firm nie będzie stać na takie działanie. Będą się zapewne starali wybronić przed nie uznaniem w ZUS-ie umów o dzieło, albo od razu zapłacą. Tak czy inaczej, łatwo nie będzie. Mam ogromną nadzieję, że rynek prywatnie świadczonych usług eventowych nie zostanie przez to zarżnięty. I że wreszcie w naszym umęczonym, uciskanym narodzie nastąpi nagłe przebudzenie świadomości – w jakim systemie tak naprawdę żyjemy. Bo jest to system, w sensie gospodarczym, wciąż głęboko komunistyczny. I wcale nie został jeszcze obalony.

Ależ to zleciało… Rok przerwy na blogu to jakby wieczność. W wielu wypadkach nawet nie ma po co wracać. Gdy patrzę z nostalgią na datę swego ostatniego wpisu – 18 lutego 2015 – zastanawiam się, czy ta moja „rzeźnicka” felietonistyka (jak połamany angielski, „butchered english”) może jeszcze kogokolwiek zainteresować.

To także inny symbol: wyjątkowo pracowitego roku. Zmiany w życiu zawodowym, dorastanie dzieci, powrót do grania w zespole… Nie każdy, mając tak pokaźny worek obowiązków na karku chciałby wracać do specyficznej sali treningowej języka publicysty, jaką zawsze jest platforma blogowa. Na pisanie i szlifowanie warsztatu trzeba mieć czas, bowiem żaden trening nie toleruje pobieżności. A jak już się pisze, to trzeba mieć o czym. Oby nas słuchano, rozumiano – i oby ich to zaciekawiło! Tak właśnie brzmi główne motto dziennikarskiej profesji.

Rzecz w tym, że dziennikarzem być przestałem. Przynajmniej w sensie praktycznym, bo w tym zawodzie – jak w harcerstwie – zostaje się podobno przez całe życie. Chciałbym kiedyś wrócić, bo tęsknię do reporterskiej gonitwy za newsem. Brakuje mi tego specyficznego napięcia, gdy człowiek bezwzględnie musi zdążyć z robotą na konkretną godzinę, bo w telewizji (lub stacji radiowej) żadnych opóźnień tolerować nie można. Nie narzekam na dzisiejszą funkcję. Rzecznik prasowy też powinien być punktualny, rzetelny, dobrze poinformowany. Ale jeśli kiedyś zawodowy los podrzuci mi jeszcze szansę na powrót do korzeni, obiecuję sobie, że przynajmniej rozważę tę ofertę.

Czy zatem faktycznie jest o czym pisać na przednówku nowego roku? 2016 – moi koledzy metalowcy śmieją się, że będzie to diabelski rok: 666+666+666+6+6+6… Liczba bestii. Nie wierzycie? Sprawdźcie z kalkulatorem, wychodzi dokładnie tyle, ile trzeba. Pytanie brzmi, czy ta demoniczna numerologia istotnie stwarza nam pretekst do radosnego chichotu. Moim zdaniem, zapowiedzi o apokaliptycznych czasach, w jakie być może (z pewnym poślizgiem) własnie wkraczamy, mogą się zupełnie realnie sprawdzić. A to do radości już raczej nie skłania – zwłaszcza, gdy choć pobieżnie przejrzymy ubiegłoroczne, niepokojące sygnały…

W skali globalnej oczywiście przeraża nas terroryzm i jego ekspansja. Czy świat zrobił cokolwiek, by skutecznie zapobiegać wzrastającemu zagrożeniu? Po konkretnych zamachach, z łatwą do podsumowania liczbą ofiar? Otóż dokładnie nic: w żadnym z państw nowoczesnej Europy, ani na żadnym innym kontynencie nie wprowadzono nawet jednej zmiany prawnej, która skutecznie powstrzymałaby napływ uchodźców z krajów, gdzie terroryzm islamski się rodzi. A to znaczy, że z każdą kolejną falą emigracji może wpłynąć do państw tzw. wolnego świata dowolna liczba osób, zainteresowanych wymordowaniem kolejnych innowierców w obronie imienia Wszechmocnego Allaha. Także i w Polsce nie jesteśmy chronieni dokładnie w żaden sposób – i jeśli wojujący muzułmanie zechcą nagle wziąć sobie nasz kraj na cel, będą tu ginąć niewinni ludzie. Strzeżmy się! Nie zapominajmy o codziennych środkach ostrożności.

W skali krajowej wstrząsa nami kolejna odsłona wojny polsko-polskiej. I znów sobie, choć jest coraz gorzej, potrafimy osłodzić życie dowcipem: oto nowe pokolenie AK walczy z następnym pokoleniem SB… Coś w tym jest. Ale nie zmienia generalnej konstatacji, że przez lata wewnętrzny konflikt, miast łagodnieć, burzliwie się rozwinął – i wypłynął przy kolejnych wyborach, wpędzając rodaków w abstrakcyjne, dwubiegunowe pandemonium absurdu. Kiedyś też tak było. W roku 89 polski świat dzielił się na „komuchów” i „solidaruchów”, lecz wtedy stawka rywalizacji miała o wiele większy ciężar: wolność i dobrobyt nas samych oraz tych, co po nas nastaną. Od trzydziestu prawie lat, choć „wybraliśmy wolność” nie możemy jakoś doczekać się dobrobytu. Niecierpliwi wybierają symboliczny zmywak w Londynie, a nad Wisłą – póki co – zamożność zarezerwowana jest dla krewnych i znajomych aktualnie rządzącego królika. Ja wiem, że kraj zrobił postęp i jest „znacznie lepiej niż za komuny”, wystarczy się rozejrzeć. Ale przeciętny Kowalski jakoś od tego postępu bogatszy się nie robi. A rozglądając się dookoła w którymkolwiek z bogatych krajów zachodnich, wciąż dostrzegamy, że ichniejszego najbiedniejszego Smitha czy Schmidta stać na znacznie więcej, niż u nas. Zwłaszcza na emeryturze. Pytanie – komu na tym zależy? – zostaje bez konkretnej odpowiedzi, bo takiej w telewizji (wszystko jedno czyjej) nie usłyszymy.

W skali lokalnej, czyli w mej słodkiej Łodzi, wszyscy z radością konsumują owoce dwuletnich remontów drogowych. Nie wszystkie, bo smutna wieść o kolejnych opóźnieniach w oddaniu ludziom nowego centrum miasta z wybudowanym od podstaw dworcem PKP nieco zaciemniła różowy obraz, malowany przez służby miejscowej propagandy sukcesu. Nie wdając się w dyskusje o sensie potężnej finansowo inwestycji nowej trasy W-Z, pogadałem ze starym taksówkarzem. Takim, co to od wielu lat przemierza autem łódzkie ulice. Powiedział: „Przed remontem jeździło się szybciej, sprawdziłem i porównałem”. To w zasadzie wystarcza za całe podsumowanie. Choć w Łodzi nie brakuje optymistycznych opinii, że otwarcie wschodniej obwodnicy miasta w postaci brakującego skrawka autostrady A 1, odciąży centrum z ruchu tranzytowego.

Nie wiem, czy nadchodzący rok przyniesie nam radykalnie korzystne zmiany. Jak to mówią: gdy w Sylwestra zwichnąłeś rękę, będzie Cię tak samo bolała w przyszłym roku… Łódzcy kibice piłkarscy mogą sobie gremialnie strzelić w łeb z rozpaczy, bez względu na końcówkę szalika. Ale przecież polskie reprezentacje narodowe w różnych grach radzą sobie wyśmienicie! A stadiony w Łodzi mają być wkrótce porządne. Kapele rockowe narzekają na totalny spadek zainteresowania ich muzyką. Ale przecież jest internet, w którym każdy może się promować na dowolną skalę… Nawiasem, zachęcam Was do zapoznania się z twórczością mojej nowej kapeli, TRIAGONAL. Dosłownie na dniach będziemy mieli gotowe pierwsze nagrania, które udostępnimy w sieci, na nowo tworzonym profilu FB.

I tak dalej, i dokoła… Niby nie jest źle, ale w sumie nie jest wcale dobrze. Taką mamy teraz na świecie „republikę bananową”, której lekko zakurzona odmiana panuje i w Polsce. W sensie takim, że jesteśmy wciąż zapóźnieni wobec normalnych krajów o jakieś 30 lat. Szukając pozytywów, są kraje jeszcze bardziej zacofane i „wiochmeńskie”. Choć akurat mnie wcale ten fakt nie pociesza. Życzę natomiast nam wszystkim, byśmy ten 2016 rok spędzili we względnym bezpieczeństwie, niezłym zdrowiu i choćby w elementarnej zamożności. Niech się spełni – a w następnych latach będzie lepiej.

Paweł Kukiz, który ostro wziął się za kandydowanie na fotel prezydenta RP, dał ostatnio świetny wywiad Mariuszowi Staniszewskiemu w „Do Rzeczy” (nr 8/107, 16-22.02.2015). Jest tam przywołany fragment rozmowy Kukiza z pewnym, oczywiście anonimowym, politykiem Platformy Obywatelskiej. Kukiz odpowiadał na pytanie, dlaczego w USA (do których wciąż nasi rodacy chcą jeździć za chlebem) są niższe podatki. Jest to na tyle wstrząsający zapis, że aż muszę zacytować go w całości:

„Pytam go, dlaczego Tusk zaraz po objęciu władzy wprowadził 70 tysięcy nowych urzędników, przecież mówił, że będzie „odurzędniczać” państwo. On mi odpowiada: „Pomnóż to razy cztery”. Dlaczego cztery? – pytam. A on: „Może lepiej razy osiem.”. No więc pomnożyłem i wychodzi ponad pół miliona. A on: „Widzisz teraz głosy wyborców. To jest ten ch*j, którego karmimy, jego żona, dzieci, mama, tata, teść i teściowa. I tak się to robi. Dlatego są takie podatki. Trzeba ich utrzymać.”

W tej krótkiej, acz dosadnej relacji Paweł Kukiz opowiedział całą historię gospodarczą odrodzonego państwa polskiego. To właśnie tak, według przedstawionego opisu, wykształciła się nad Wisłą „klasa polityczna” – grupa ludzi z różnych opcji politycznych, która na skutek porozumień przy Okrągłym Stole ustawiła sobie Polskę pod własne potrzeby.  To znaczy, że wykorzystując mechanizmy władzy, charakterystyczne dla nowo zasianej na polskiej glebie demokracji, zapewniła sobie trwałą obecność „w elicie” – oraz materialne powodzenie, dla siebie i sporego kręgu bliskich osób. Przez lata w naszej polityce zmieniają się nazwy partii, wciąż następują spektakularne transfery aktywistów, czasem jedni odchodzą – a w ich miejsce zjawiają się nowi, młodzi, dobrze przyuczeni w zakresie stosowania obowiązujących zasad. To wszystko, oczywiście zgodnie z prawem, finansowane jest z budżetu państwa, oraz źródeł pozabudżetowych: czasem szemranych, bo w ich tle majaczą gdzieś szyldy służb specjalnych bądź postaci jako żywo powiązane ze światem zorganizowanej przestępczości. Nie zmienia się tylko jedno: na szczycie „elity” są ci sami ludzie, czasem dla niepoznaki toczący ze sobą „krwawe boje” na oczach widzów ogólnopolskich telewizji, ale zawsze żyjący przy tym samym korycie, zblatowani przynależnością do nadwiślańskiej klasy panów.

To właśnie mityczni „oni”, którzy w Polsce mają dobrze, holując za sobą całe grupy „podwieszonych” wasali – a trzymający się władzy dzięki karmionym z hojnej ręki wyborcom: opisanym przez Kukiza urzędasom, a także innym „krewnym i znajomym królika”, którym opłaca się oddawać głosy na istniejący system, bo przecież żyją z niego, może za mniejszą kasę niż bonzowie, ale też wcale niezgorzej.

Ponieważ każdy układ musi mieć swoją drugą (tkwiącą poza układem) stronę, w Polsce mamy to, co mamy. Czyli – kto nie jest podczepiony, ma bezrobocie lub pracę za marne grosze. Powiększa się emigracja, najbardziej bolesna w grupie ludzi zdolnych i pracowitych, którzy brzydząc się politycznymi sitwami, natychmiast emigrują gdzie bądź na Zachód – tam o powodzeniu decyduje talent i pracowitość, a nie zblatowanie z miejscowymi kacykami. To dlatego w Polsce nie ma zagranicznego kapitału, który czmycha stąd już w pierwszej fazie inwestycyjnych negocjacji, gdy okazuje się, że oprócz potwornego czyraka biurokracji czeka na przedsiębiorcę układzik, jaki trzeba zawrzeć z przedstawicielami miejscowej socjety polityczno-urzędniczej… To dlatego zwykli ludzie nad Wisłą nie mają szans na spektakularne zawodowe kariery, młodzi – na dobrą pracę a najubożsi są coraz głębiej wpychani w biedę, obciążani co raz to większymi kosztami życia. To dlatego ludzie przyzwoici, wśród nich Kukiz, widząc to wszechobecne dziadostwo krzyczą „dość!” – i rozpoczynają heroiczną walkę o zbudowanie w tym kraju jakiejś normalności. To dlatego też system broni się przed nimi wszelką mocą, spychając takich „dziwaków”, jak Kukiz na margines politycznej rzeczywistości.

Niestety, antysytemowcy są w Polsce rozbici. Różnią się w wielu kwestiach, ale łączy ich jedno: samobójcza niezdolność do jakiegokolwiek zjednoczenia. Dziś, przed wyborami prezydenckimi, mamy kuriozalną sytuację: środowiska wrogie „mainstreamowi” wystawiają kilku różnych kandydatów! Jakby mało było problemów z siłą zjednoczonego układu, antysystemowa opozycja nie może porozumieć się w kwestii wspólnej walki przeciw jednemu wrogowi… Prawdopodobne, że dzieje się to przy aktywnym udziale „czynników zewnętrznych”, czemu dowodzi niedawny rozłam: KORWiN / KNP. Oprócz Kukiza po stronie rywalizacji z Salonem stoją m.in. Janusz Korwin – Mikke, Jacek Wilk, Waldmar Deska, Grzegorz Braun czy nawet Marian Kowalski. Tak, tak – wymieniłem nazwiska kandydatów na prezydenta RP różnych środowisk, nazywanych pogardliwie „kanapowymi”. Efektem jest rozdrobnione poparcie społeczne, w najmniejszym stopniu nie gwarantujące jakiegokolwiek sukcesu w walce politycznej. W ten sposób Układ świetnie broni się przed obaleniem. Gdyby jego przeciwnicy zwarli szyki, to obalenie stałoby się bardziej realne. Obecnie szans na to nie ma żadnych, właśnie dzięki metodom walki, stosowanym w wypaczonej polskiej demokracji: „duży może więcej”. I dlatego też Kukiz apeluje o jednomandatowe okręgi wyborcze. Tyle, że aby je zaprowadzić, trzeba najpierw zdobyć władzę. Koło więc się zamknęło, ku przemożnemu zadowoleniu beneficjentów Układu.

Konkluzja może być więc tylko jedna: środowiska antysystemowe muszą się połączyć, także po to, by zyskali na tym zwykli obywatele. Ci, którzy – nie podpięci pod żadne układy – jeszcze jakoś w Polsce wytrzymują. Jeśli nie teraz, to z pewnością w perspektywie wyborów parlamentarnych jest to dla opozycji bardzo rozległy materiał do przemyśleń. Czas bowiem ucieka. Im go mniej, tym szanse na normalność topnieją. A kolejna szansa wyborcza szybko się nie przytrafi.

Generał Brygady Janusz Brochwicz-Lewiński, ps.”Gryf”, jeden z ostatnich żyjących dowódców Powstania Warszawskiego, napisał po wyborach na swoim Facebooku (!):

Legendarny dowódca obrony Pałacyku Michla wstrząsa sumieniem narodu, ale „bryły świata” z posad nie ruszy. Wyborczy skandal jest faktem, wszystko jedno kto z niego skorzystał – Polska, zarówno w oczach swoich własnych obywateli, jak też i pękającego ze śmiechu grona sąsiadów, znów leży na plecach i nie wstaje… Mnożą się apele, podające trwożnie w wątpliwość zagadnienie bezpieczeństwa: kraj zdaje się być całkowicie pozbawiony jakichkolwiek mechanizmów obronnych przed obcymi interwencjami, zarówno w sferze funkcjonowania instytucji publicznych, jak i w obszarze polityki. Wprawdzie już wcześniej, w latach 2006 i 2010 zdarzały się tzw.szwindle wyborcze na mniejszą skalę (kto chce, niech prześledzi reakcje ówczesnej prasy na składane w sądach doniesienia) – ale nigdy hucpa z liczeniem głosów nie była tak bezczelnie jaskrawa, po raz pierwszy też afera objęła swym zasięgiem cały kraj. Ludzka naiwność ma swoje granice – uspokajające wyjaśnienia władz, że to tylko wadliwość elektronicznego systemu i będący jej konsekwencją bałagan decyzyjny, nie wystarczają (na szczęście) zdruzgotanej skalą przekrętu opinii publicznej, w której nawet najbardziej życzliwi akolici rządzących muszą z zakłopotaniem przyznać, że coś tu jest nie tak… Nie ma tutaj, powtórzmy, znaczenia, która partia i na jakim poziomie władzy samorządowej zyskała na aferze z głosami: zwykły „Kowalski” wychodzi spod tego prysznica przekonany, że mieszka w kraju kompletnie sparaliżowanym w podstawowych funkcjach życiowych. Widać gołym okiem, że w tak wymyślonym systemie działania państwowych mechanizmów, zawalić się może wszystko, nic natomiast nie jest stabilne ani wiarygodne. Włączając w to bezproblemowy dostęp ewentualnych wrogów kraju (wsio rawno, skąd ich przywieje) do procedur, które powinny być całkowicie odporne na jakiekolwiek zewnętrzne próby zakłócenia ich toku, mamy jasność obrazu wyostrzoną aż do przesady. My, zwykli ludzie, nie chcemy w tym brać udziału. Teraz jeszcze bardziej, niż nie chcieliśmy wcześniej. Znów nas korci, by korzystając z otwartych granic wiać znad Wisły jak najdalej – a jeśli mimo wszystko różne sprawy trzymają nas w polskim domu, myśl o jakimkolwiek głosowaniu przy wyborczych urnach wypełnia nas uczuciem obrzydzenia…

Obawiam się zatem, że w Polsce, gdzie od legendarnego, wolnego 1989 roku nigdy frekwencja wyborcza nie powalała swoimi rozmiarami, teraz będzie jeszcze gorzej. O ile wcześniej wielu rezygnowało w przekonaniu, że np. nie warto oddawać głosu na tych, którzy porażkę już mają „zaklepaną” sondażowymi prognozami – jutro wielu nie pójdzie mając pewność, że w Polsce każdy głos można zgubić, ukraść albo źle policzyć – a wyniki sfałszować najbezczelniej, „na legalu”, śmiejąc się złośliwym rechotem w twarz ogłupionemu narodowi…  Może politycy zakładają, że za rok, przed wybieraniem posłów i senatorów, ludność zapomni o całej tej samorządowej zadymie. Nie sądzę. Jeśli komuś z Was się zachce, złapcie mnie jesienią 2015 za słowo: twierdzę, że w parlamentarnych zanotujemy historyczny rekord najniższej frekwencji wyborczej w dziejach Wolnej Polski. Za to procent Polaków, przebywających stale na emigracji, będzie dla odmiany najwyższy w tejże historii. Jeśli będzie inaczej, wypomnijcie, odszczekam ze szczerą i prawdziwą przyjemnością. Sam jednak do wyborów już chodzić nie będę. To żadna przyjemność być wciąż tak samo dymanym, za własną kasę, przez kilkuset obywateli, za wszelką cenę starających się utrzymać przy władzy.

„Istnieją małe kłamstwa, wielkie kłamstwa – i statystyki”. Oto ulubione powiedzenie wolnościowców, którzy z wielkim dystansem traktują obraz świata, kreowanego w mediach w oparciu o wszelkie możliwe sondaże. Jak pokazuje życie (także i młodej, nadwiślańskiej demokracji) wyniki politycznych wyborów mają się jedynie z grubsza do liczb, osiąganych w badaniach na rozmaitych „próbkach” respondentów. Nie tylko o sondaże zresztą chodzi: gdyby wierzyć badaczom/statystykom, działającym na innych polach, rzeczywistość nasza przypominałaby świat fantazji. No bo jak inaczej pojąć wiadomość, że statystycznie każdy Polak wypija w ciągu roku, na przykład, pięć litrów alkoholu? A taki pan Kowalski, który jest całkowitym abstynentem – też? A inny pan, powiedzmy – Nowak – który wypija litr spirytusu dziennie, także mieści się w normie statystycznego Polaka? Tak mniej więcej działają sondaże. Mogą nam dać obraz rzeczywistości jeśli nie całkowicie zafałszowanej, to na pewno nie do końca odpowiadającej prawdzie.

Badania sondażowe mogą być natomiast znakomitym sposobem wyborczej manipulacji. I z pewnością, jako socjotechniczne narzędzie wpływu na wyborców, są używane. Dlaczego twierdzę tak z pełnym przekonaniem? To proste: badania prowadzone wobec tych samych kandydatów, na innych grupach respondentów i przez różne instytucje badawcze, dają nam wyniki kompletnie od siebie odległe… Jednym z cytowanych często w necie przykładów jest ostatni sondaż Gazety Wyborczej, dający Hannie Zdanowskiej, kandydatce Platformy Obywatelskiej na prezydenta Łodzi, pięćdziesiąt procent poparcia wśród tutejszego elektoratu. Przy jednoczesnym wskazaniu zaledwie czternastu procent poparcia dla jej  najgroźniejszej konkurentki, Joanny Kopcińskiej (niezależnej ze wsparciem PiS). Budzi zdumienie, że inne sondaże nie pokazują aż takiej różnicy – na przykład 38% do 28% w konkurencyjnych badaniach, prowadzonych przez firmę o dużym stopniu społecznej wiarygodności… Nie chodzi o to, jakie NAPRAWDĘ poparcie generują poszczególni kandydaci, ale o to, jak wielką nieprawdę pokazują nam tutaj sondaże. Bo przecież, zwróćmy uwagę, nie chodzi o różnice rzędu kilku procent, ale o zupełnie inne mapy społecznego poparcia!

Warto więc zachować rozsądek w stosunku do badań sondażowych, a przede wszystkim: nie dajmy się manipulować! Abstrahując już od tego, jak na wynik sondażu można wpływać podczas badań, oraz że wyniki te można po prostu sfałszować – prezentowane liczby mogą, najzwyczajniej w świecie, wpłynąć na zachowania wyborcze każdej grupy ludzi…  Wśród nas jest bowiem wielu takich, którzy widzą sens oddania głosu na kandydata jedynie wówczas, gdy „ma on szansę na zwycięstwo”. W innym przypadku osoby takie uznałyby swój głos za zmarnowany. Czemu tak jest? Wiedzą zapewne socjologowie, ale nie dyskutujmy z faktami: wielu wyborców nie podchodzi do urn z jakąkolwiek znajomością politycznego programu kandydata. Liczy się coś zupełnie innego, a wśród innych „atrybutów” również ewentualna przewaga, jaką jeszcze przed elekcją nasz kandydat może wypracować sobie nad konkurentami. Lubimy stanąć po stronie wygranych! Dlatego sondaże są tak ważne: znając je z publikatorów masowych, ludność pracowicie przelicza procenty i wybiera sobie taką osobę, która – według przewidywań – ma dużą szansę na wygraną. Stąd powód, dla którego sondaże stały się groźną bronią w bezwzględnej, przedwyborczej walce. Pokazując „mizerne poparcie” dla reszty kandydatów, można wypromować jednego, na którego wiele osób odda swe głosy w przekonaniu, że ten zwycięży. Albo zniechęcić do stawienia się przy urnach tych, którzy planowali głosowanie na konkurencję…

Kłopot w tym, że nigdy nie ma jednego w pełni skutecznego wzoru prowadzenia badań sondażowych: właśnie dlatego żadnej z sond nie można do końca wierzyć. Ale publikacja wyniku idzie w świat, odbiorcy nie zastanawiają się, czy sondaż jest wiarygodny, tylko zapamiętują wysokość słupków. Bo ufają medium, które dany sondaż publikuje. I koło nam się zamyka – wykorzystując przychylne media można, przy odrobinie socjotechnicznej zaradności, poważnie wpłynąć na realny wynik wyborów. I to zgodnie z prawem, bez żadnych nieprzyjemnych konsekwencji.

Apeluję więc: nie patrzmy na sondaże, głosujmy zgodnie z własnymi poglądami, politycznym rozeznaniem i stanem posiadanej wiedzy. Mamy też prawo, by do wyborów nie iść. Jestem pewien, że dla wielu Polaków będzie to – niestety! – rozwiązanie najbardziej zgodne z własnym sumieniem czy wyznawanymi poglądami… Nie każdy lubi głosować na kandydata, z którym zgadzamy się „częściowo”, wybierając „mniejsze zło”. A i też niewielu jest takich, z którymi zgadzamy się w stu procentach. A jednak trzeba pamiętać o tym, że według obowiązującego prawa ktoś będzie tymi gminami, powiatami i regionami przez najbliższe cztery lata zarządzał – mamy wpływ na to, kto to będzie i co zrobi. A o zmianie ustroju na lepszy porozmawiamy przed wyborami parlamentarnymi.

Gorąco, ponad trzydzieści stopni. Letni dzień, miasto wyludnione – ale rozkopane, więc jeździć musimy objazdami. Umówiliśmy się z dziadkiem na spotkanie, więc trzeba było Rozalkę upiąć w fotelik i podjechać te kilka przecznic autem. Nie przewidzieliśmy, że nasze osiedle (łódzka Retkinia) będzie w tym samym czasie celem akcji potężnej grupy terrorystycznej…

Kilkusetosobowa grupa rowerzystów zablokowała nam od razu wyjazd z ulicy. Tak zwaną Masę Krytyczną obstawia Policja, bo akcja jest legalna, ma wszystkie potrzebne zgody magistrackich urzędników na organizowanie happeningu. Ciągle, co jakiś czas. Nie było jak zawrócić, bo staliśmy na jednokierunkowej, choć wielopasmowej ulicy Retkińskiej: Policja skutecznie odcięła pasy skrętu, uniemożliwiając ucieczkę. Robiło się coraz goręcej…  Mojej trzyletniej córeczce po dwudziestu minutach stania skończył się soczek. Zaczęła płakać, uciekać z fotelika. Nic nie dało otwieranie okien, chłodzenie. Wziąć jej na ręce nie mogłem, obserwowany przez policjantów: siedząc za kierownicą modliłem się tylko, żeby te rowerowe bydlaki już stąd zniknęły, bo jeśli potrwa to jeszcze chwilkę, lekceważąc funkcjonariuszy wyrwę zza kółka, chwycę pierwszy lepszy kij i rzucę się z wrzaskiem w środek pedałującej ciżby…

Gdy wreszcie przejechali, z ulgą ruszyliśmy. U dziadka mała odzyskała humor, ochłodziliśmy ją, było OK. Ale wkrótce trzeba było wracać do domu. I wtedy – wyjeżdżając spod dziadkowego bloku, znów natknąłem się na funkcjonariuszy z lizakami. Masa Krytyczna pokazała się zza zakrętu, bo objeżdżali osiedle dookoła… Tym razem Rozalka zaczęła płakać po pięciu minutach. Ze wszystkich sił, niemal nadludzkim wysiłkiem powstrzymywałem się, by nie wcisnąć gazu do dechy i nie wbić się, z pełną prędkością, w rowerowy tłum. Którego poszczególni uczestnicy, specjalnie wolno i ze złośliwymi spojrzeniami, kierowanymi w stronę zgrzytających zębami kierowców, realizowali właśnie swój szczytny postulat budowania kolejnych ścieżek rowerowych w mieście…

Masa Krytyczna zbiera się regularnie, co jakiś czas – i od kilku lat ma ten sam cel: dać do zrozumienia politykom w urzędniczych mundurkach, że rowerzyści są siłą, z którą należy się liczyć. Zwłaszcza przed każdymi wyborami. I że siła ta wykorzysta wszystkie możliwe środki, by wymusić na władzy skuteczne dla rowerzystów działanie. A urzędnicy łatwo ulegają Masie. Od samego początku manifestacja rowerzystów jest działaniem legalnym – tak, jak legalna była większość blokad Leppera, przez które paraliżowane były drogi w całej Polsce. Wojna łódzkich rowerzystów z kierowcami, o tzw. zrównoważony rozwój miasta (to znaczy przywileje dla rowerzystów i komunikacji zbiorowej kosztem swobody ruchu kołowego w mieście) toczy się zatem na dwóch polach. Z jednej strony jest to nacisk na władze, z drugiej – terror drogowy wobec samych kierujących, którzy zmuszani są do długotrwałego oczekiwania na przejazd Masy Krytycznej, bez względu na to, czy na przykład w aucie nie znajduje się chore dziecko…

Z tego właśnie powodu – wymuszania na kierowcach postoju, choć postulaty skierowane są do urzędników – uważam, że Masa Krytyczna jest działaniem bandyckim, choć legalnym. Powinna być natychmiast zakazana, a w razie jakiejkolwiek próby jej zorganizowania, rozpędzana przez Policję strzałami z broni gładkolufowej. Nic bowiem nie usprawiedliwia takiego (nawet legalnego) działania jakiejś grupy interesów, które ogranicza wolność innych ludzi w przestrzeni publicznej.

Przypominam rowerzystom, a także postronnym zwolennikom Masy Krytycznej, że publiczne drogi są dla wszystkich. Nie tylko dla rowerów. Każdy z Polaków płaci podatki m.in. po to, by móc swobodnie, w każdym czasie, korzystać z publicznej drogi. Ograniczanie obywatelom takiego prawa powinno być uznawane za przestępstwo, nie zaś ochraniane przez mundurowe służby jako legalna manifestacja, raz na kwartał. Wydawanie zgody na akcje, które zawsze są  kpiną z wolności obywatelskiej ludzi nie biorących udziału w Masie, jest jawnym skandalem, nadużyciem władzy urzędników miejskich – i powinno być natychmiast zastopowane.

Znanym prawem wolnościowym jest bowiem stwierdzenie, że „wolność mojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się twoja twarz”. Nikt nie broni rowerzystom walki o prawa dla siebie, własnej grupy interesu – dopóki walka ta, w jakiejkolwiek formie prowadzona, nie narusza wolności innych ludzi. Żądania łódzkich rowerzystów są bardzo słuszne: chcą oni, przede wszystkim, budowy sieci bezpiecznych dróg rowerowych w całym mieście. Znakomity pomysł! Budujmy te drogi (oczywiście nie w formie kretyńskich, zwiększających korki pasów, malowanych na asfalcie – tylko oddzielnych, bezpiecznych arterii w sąsiedztwie drogi dla aut) wszędzie, gdzie jest to możliwe. Ale nie domagajmy się swych praw formą protestów, która nie dość, że paraliżuje komunikacyjne życie miasta, to jeszcze ewidentnie zagraża bezpieczeństwu jego uczestników…

Masa Krytyczna jeździ po Łodzi od dawna. Już po pierwszych jej edycjach władze zaczęły życzliwie reagować na postulaty rowerzystów. Ścieżki rowerowe są konsekwentnie, stopniowo budowane. W oparciu o harmonogram ich rozbudowy, już dawno wymyślony, przekonsultowany i wdrażany z sukcesem. Trwa remont trasy WZ, prowadzony stuprocentowo po to, by główną osią drogową wschód-zachód jeździło się lepiej łódzkim rowerzystom i pojazdom MPK. Realizowany jest wciąż szereg rozmaitych działań, mających przybliżyć Łódź do idei „europejskich miast zrównoważonego rozwoju”. Apeluję do rowerzystów: Ludzie! Opamiętajcie się! Czego jeszcze chcecie? Mało Wam tych ułatwień, mało przywilejów, mało uległości lokalnych urzędników? Po jaką cholerę jeszcze wsiadacie na te rowery i przeszkadzacie innym żyć! Niewiele brakuje, by – jak w przypadku mojej córeczki, szczęśliwie odratowanej z tarapatów – któraś z waszych bezczelnych, butnych manifestacji zakończyła się tragedią! Ale gdy to się stanie, będzie już za późno… Możemy wszyscy: rowerzyści, kierowcy, piesi, nawet kurwa motolotniarze – działać na rzecz korzystnej przebudowy łódzkiej infrastruktury komunikacyjnej. Tylko, na wszystkich bogów, zmieńcie swoje metody! Bo terrorem zyskujecie tylko wrogość drugiej strony, zamiast starać się o jej przychylność czy współdziałanie.

Stało się – Sejm, prawie jednogłośnie, przegłosował opodatkowanie umów-zleceń. Od stycznia 2016 każda umowa tego rodzaju będzie obciążona daniną na ZUS.

Jest to kolejny akt bezczelnego okradania Polaków, świadomego doprowadzania ich do ubóstwa i bezrobocia, a wskutek tego powiększania tragicznego zjawiska: masowej emigracji znad Wisły. Taką właśnie politykę: świadomego wyniszczania narodu kosztem profitów dla własnej, polityczno-urzędniczej kasty, funduje nam (kolejny rok z rzędu) zawłaszczająca władzę w kraju Platforma Obywatelska. Przy zgodnym wsparciu wszystkich ugrupowań opozycyjnych w Sejmie: przeciwko ustawie głosowało jedynie ośmiu posłów.

Czemu twierdzę, że polityka „ozusowywania” wolnych umów jest złodziejstwem? Przecież – mówią socjaliści – taki obowiązek wzmocni finanse budżetu państwa! A zatem „wszyscy zarobimy”, a dodatkowo wykonawcy zleceń, często mając w nich jedyne źródło utrzymania, zyskają świadczenie emerytalne, którego wcześniej byli pozbawieni. Lepsza choćby najmniejsza, gwarantowana emerytura, niż zostawienie tych ludzi na starość bez jakiejkolwiek pomocy.

Serdecznie dziękuję za taką „pomoc”!!!  Czemu pracodawcy zatrudniali dotąd na umowę-zlecenie lub o dzieło (jeśli, po ostatnim zaostrzeniu przepisów, zlecona praca uznana za „dzieło” może jeszcze być…)? Ano dlatego, że nie stać ich na stałe zatrudnianie podwykonawców. Za każdą kwotę wypłaconą do ręki pracownikowi, zatrudnionemu umową o pracę, trzeba oddać ZUS-owi trzy czwarte tejże kwoty, w formie obowiązkowego świadczenia. Nowe przepisy taką samą daninę nakładają na umowy-zlecenia. Zatem droga ucieczki się zamyka. Wybór będzie prosty: albo zwalniam pracownika, dotąd zatrudnianego na zlecenie, albo on godzi się na znaczne obniżenie swojej wypłaty (inaczej nie stać mnie będzie na opłacenie ZUS-u od tej umowy).

Dodatkowo każdy przedsiębiorca, bez względu na to, ile miesięcznie zarobi, musi oddać ZUS-owi tysiąc złotych ze swojego przychodu. Od przyszłego roku – tysiąc sto. Tylko że ustawodawcy jakby zapomnieli, że 80% dochodu narodowego spływa do budżetu państwa od najmniejszych firm, ledwie wiążących koniec z końcem w surowych warunkach prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Aby w ogóle jakoś funkcjonować, małe i średnie firmy często zatrudniały ludzi na umowy dotąd nazywane „śmieciowymi”: unikały w ten sposób dobijających je kosztów pracy, a zatrudnianym pozwalały jakoś zarobić na życie. Skoro Rząd i Sejm (przy wielkim wsparciu, co również podkreślam z całą mocą, związku zawodowego NSZZ „Solidarność”) uparły się, żeby zlikwidować „śmieciówki” – zlikwidują przy okazji całe mnóstwo firm, które jakoś wychodziły na swoje dzięki tańszym dla nich umowom-zleceniom. Jeśli komuś, z powodu zbyt wysokich kosztów pracy, dalsze prowadzenie firmy nie pozwoli zarabiać na życie – to ją zwinie. A zatrudnionych dotąd na zlecenie ludzi zostawi bez pracy. W ten oto sposób nasze władze, posługując się sloganami szlachetnych („opiekuńczych”!) działań, dobijają własny naród.

Pomijam już fakt, że aby dosłużyć się w Polandzie najmniejszej ustawowej emerytury trzeba pracować kilka (bodaj pięć) lat na umowie, objętej obowiązkowym haraczem na ZUS. Ale nikt nie wie dziś, jaka będzie wysokość uprzejmie wypłacanego przez państwo świadczenia emerytalnego – ani kiedy tak naprawdę staniemy się beneficjentami opłacanej składki. Wiemy, że będzie to „jakaś”emerytura, według „jakichś” kryteriów zliczana, a wiek emerytalny dla mężczyzn i kobiet zmienia się prawie co sejmową kadencję… Żaden z nas nie ma własnego konta emerytalnego w ZUS, na którym powinny być magazynowane składki każdego pracownika. A pieniądze dziś przez system zbierane od nas w formie coraz większego haraczu, wpływają na konto ZUS-u, który przeznacza je – zamiast oszczędzać dla wpłacających – na wypłatę bieżących świadczeń. ZUS jest bowiem bankrutem, czego nie ukrywają nawet politycy: z tym bolesnym spadkiem po komunie, jak z wieloma innymi, nikt jeszcze w „wolnej” Polsce nic nie zrobił. Mówienie zatem, że „ozusowanie” umów-zleceń jest korzystne dla pracujących na nich ludzi to wierutne kłamstwo, wsparte argumentami obrzydliwej socjotechniki.

Piszący te słowa przez dwadzieścia lat pracował – niemal wyłącznie – na umowę o dzieło. Proszę sobie wyobrazić, że ważny człon tak pozornie wielkiego koncernu medialnego jak Telewizja TOYA zatrudnia większość swoich ludzi na „śmieciówki”! Inaczej nie stać by go było na zatrudnienie choćby połowy kadry, potrzebnej do obsługi niezbędnych zadań redakcyjnych… Z zarabianych na rękę pieniędzy odkładałem sobie co miesiąc jakieś (według dzisiejszych stawek) trzy stówy na obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne. I sam je płaciłem, bo człowiek musi jakoś zadbać o siebie w razie zdarzeń losowych. Drugie tyle przeznaczałem na składkę emerytalną, bo przecież kretynizmem byłoby nie zabezpieczyć sobie jakiejkolwiek emerytury… I co? I jakoś do tej pory żyję bez „pomocy” dzielnych polityków chcących nam wmówić, że tylko ZUS i jego przewodnia rola w systemie ubezpieczeń społecznych może dać Polakom szczęśliwą przyszłość. W biednym kraju, jakim jest Polska, nie powinno być żadnego obowiązkowego ubezpieczenia społecznego! Powinien za to istnieć normalny, wolny rynek usług ubezpieczeniowych (bez żadnych państwowych molochów, zakłócających jego mechanizm!). Na tymże rynku ludzie powinni mieć wolny wybór ubezpieczyciela – i znaleźć sobie najlepszą ofertę, świadczeń zdrowotnych i emerytalnych. I tyle. Bez żadnych bankrutujących ZUS-ów, pożerających nasze pieniądze na podtrzymanie swojego trwania. Bez żadnych socjalistycznych partii, których jedynym prawdziwym celem rządzenia jest zabezpieczenie kasy na potrzeby swojej własnej sitwy.

Ludzie, nawet ci najprostsi, w końcu zorientują się, że są bezczelnie cyckani przez system, podtrzymywany wysiłkiem kilku partii. Już zaczynają przeglądać na oczy. A przez najbliższe dwa lata, gdy zmuszeni będą uciekać do szarej strefy lub zagranicę, zrozumieją jeszcze więcej – bo dotknie to ich własnej kieszeni. I może wówczas pozwolą w głosowaniach, by szkodliwy system upadł. Do stworzenia nowej, wolnej gospodarczo rzeczywistości, wystarczy na początek ośmiu posłów.


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine