remigiuszmielczarek.blog.pl

O wszystkim – od muzyki przez sport do polityki

Wpisy z tagiem: teatr

Literatura S-F zmaga się od zarania swych dziejów z najważniejszymi dylematami filozoficznymi ludzkości. Może roztrząsać je, korzystając z przywileju tworzenia równoległych światów. Umieszczenie akcji w odległej historii, dalekiej przyszłości, w najodleglejszej przestrzeni kosmosu czy nawet wirtualnym matriksie daje tej konwencji wygodę ucieczki od współczesnego otoczenia. Stwarza pretekst do rozważań uniwersalnych, ponadczasowych – by można było zrzucić z siebie niewygodny bagaż odniesień do sytuacji „za oknem”.

Cóż z takimi ułatwieniami może zrobić twórca filmowy, decydując się na adaptację dzieła SF? Może oczywiście korzystać z nich na równi z autorem literackiego pierwowzoru, dając pole do popisu uniwersalnym rozważaniom. Albo też odwrotnie: dać sobie możliwość takiego wykorzystania konwencji, by służyła ona prezentacji idei, poglądów, problemów jak najbardziej współczesnych. Pytanie, czy konwencja SF ma służyć ideologii przyziemnej, współczesnej, politycznej – czy raczej oddać się w szlachetną służbę ponadczasowej filozofii, bardzo odnosi się do ostatniej premiery filmu „Blade Runner 2049″.

Jednym z podstawowych dylematów SF było zawsze określanie człowieczeństwa i jego granic. Temuż poświęcone było opowiadanie „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” genialnego Philipa K. Dicka. Na podstawie tej krótkiej formy powstał w roku 1982 film Ridleya Scotta „Blade Runner” („Łowca Androidów”), określany do dziś mianem arcydzieła kina SF. Faktycznie, reżyser uzyskał wtedy wszystko, co udana adaptacja mieć powinna: czytelną, wartką opowieść o ważnych sprawach, podaną w niezwykle atrakcyjnej (i nowatorskiej) formie. I to z zachowaniem równowagi wszystkich tworzyw dzieła filmowego. Dziś Ridley Scott jest producentem filmu, który z samej zasady – po 37 latach od premiery poprzednika – ma nawiązywać do wszystkiego, co dało „Łowcy…” zasłużoną sławę. Jest kontynuacja opowiedzianej tam historii, choć już nie w oparciu o literacki pierwowzór, lecz tzw. scenariusz oryginalny. Mamy tych samych (dwóch) aktorów, fragmenty żywcem w tkance „części drugiej” – no i zabiegi formalne. Film, zarówno obrazem jak dźwiękiem, ma – ewidentnie – podtrzymać wysoko zawieszoną poprzeczkę.

Od tego więc zacznijmy. Widać w tym filmie uporczywą walkę, by zdjęcia i muzyka ani przez chwilę nie odstępowały od reguły genialności pierwowzoru. Operator Roger Deakins stara się malować obraz jeszcze bardziej obcy, groźny, zdehumanizowany, martwy i odpychający niż robił to trzy dekady wcześniej Jordan Cronenweth. Trzeba przyznać, że na poziomie zdjęć sequel robi wrażenie. Od pierwszych kadrów wciągani jesteśmy w głąb całkowicie jałowego, wypranego z wszelkich przytulności świata, gdzie nie ma się gdzie schować ani dokąd pójść. Na klatce schodowej, pod drzwiami kawalerki głównego bohatera na co dzień bytuje stado kloszardów. A od mrocznych, rozświetlonych jedynie agresywnymi reklamami miast nie da się uciec „na łono przyrody”. Takiego po prostu nie ma: jest pustynia, gigantyczne złomowiska, martwe szeregowce szklarni na farmach białkowej „żywności” oraz skażone radioaktywnie ruiny. Krajobraz po nuklearnej apokalipsie, którego w filmie sprzed lat mogliśmy się tylko domyślać, teraz staje przed nami, dokładnie obrazowany. Nie tylko w nocy – tym razem także i w dzień. Teraz wiemy i widzimy więcej, w czym niewątpliwa zasługa wizjonerskich talentów głównego operatora, ale i możliwości technicznych, jakie przez ostatnie kilkadziesiąt lat znacznie wzbogaciły arsenał środków wizualnych sztuki filmowej.

Podróż w tej krainie koszmaru nie jest dla nas monotonna dzięki warstwie muzycznej, którą Hans Zimmer i Benjamin Wallfish (trudno powiedzieć, który bardziej) stworzyli niejako „wobec” genialności pierwowzoru… Soundtrack Vangelisa to geniusz, wartość sama w sobie, rysująca pierwszemu „Łowcy…” zupełnie oddzielny wymiar. Choć futurystyczne i podniosłe, to jednak na swój sposób ciepłe, przyjazne plamy elektronicznej muzyki dawały tamtemu światu swoistą miękkość – stwarzały oddech dla widza, wizualnie zanurzonego w mrokach i niepokojach kreowanego piekła… Dziś tego nie ma. Żadnej przyjaźni ani miękkości, jest ból. Dosłowny, fizyczny, atakujący przez głośniki na sali kinowej zgrzytem industrialnych, ultra-niskich częstotliwości. Ten świat to bardzo złe miejsce, drogi widzu, i masz tak właśnie się poczuć. Muzyka, jak i w pierwowzorze, mocno „wystaje” ponad obraz filmowy, stając się niezwykle autonomicznym tworzywem. I tym razem także jej samodzielność nie przeszkadza. A przynajmniej nie tak, jak agresja, z którą dźwięk co chwila przypomina, byśmy raz jeszcze „zdali sobie sprawę z powagi sytuacji”. Zbyt mocno, zbyt często i zbyt dosłownie. W tej konkurencji – punkt dla Vangelisa, zdecydowanie.

Dokąd wiodą zatem twórców „Blade Runnera 2049″ tak poważnie traktowane sprawy formalne? Dwóch scenarzystów napisało historię, która – wręcz linearnie – kontynuuje losy znanych z pierwszej części bohaterów. „Nowy” łowca androidów, detektyw K. (Ryan Gosling) to jednak postać utworzona na potrzeby sequelowej kontynuacji. Jest replikantem, co wiadomo niemal od pierwszej chwili. Wykonuje rutynowe zadanie: odnajduje kolejnego z rebeliantów, androidów starego typu, buntujących się w dawnych czasach przeciw multi-wyzyskowi na koloniach pozaziemskich… Ma go zabić, ale przy okazji trafia na trop pewnej zagadki, która – o ile się wyjaśni – na pewno zburzy istniejący porządek społeczny, całą równowagę. Ten ład, który bardzo precyzyjnie oddziela człowieka od stworzonych przezeń ras „mniej ludzkich”, ma szansę zostać trwale unicestwiony. Zaczyna się długa (prawie trzygodzinna) i mozolna podróż w stronę ostatecznego rozwiązania, które – jak łatwo się domyślać – tak naprawdę nie następuje, stwarza za to widzowi pole do interpretacji… Jednocześnie startuje i rozwija się kilka wątków, nie do końca pobocznych, ale równie ważnych pod kątem treściowej analizy. Tych uniwersalnych, najważniejszych pytań o kondycję człowieka, zadaje reżyser Denis Villeneuve co najmniej kilka…  Ale na plan pierwszy, obok kryminalno-sensacyjnej (niestety, nie najwyższych lotów dramaturgicznych) fabuły, wybija się – w całkowitym rozminięciu z treścią pierwszej części – wątek społeczny. W pewnej chwili staje się jasne, że tylko rewolucja uciśnionej klasy pracującej może zmienić ten okrutny świat, zdominowany przez wszelkie zło, uosabiane przez krwiożerczy, ksenofobiczny, faszystowski kapitalizm, a którego wrogą aurę tak mocno wszyscy w kinie odczuwamy, dzięki obrazom i muzyce… Skupienie na poziomie tej właśnie, nadzwyczaj współczesnej ideologii polityczno-społecznej, uznaję za najsłabszą stronę nowego filmu producenta Ridleya Scotta i sztabu jego ludzi. Mamy wyraźny manifest światopoglądowy. A choć dylematy z katalogu najwznioślejszych zagadnień człowieczeństwa z pewnością są tu poruszane, jest wyraźne zepchnięcie ich na plan dalszy.

Jest więc w nowym „Łowcy…” słaby scenariusz, rozwlekła historia (dłużyzn w opowieści nie przykrywają walory obrazowo-muzyczne, choć z pewnością takie miały zadanie) oraz… nijakie aktorstwo. Nie ma tu wybitnych kreacji, choć widać, że nie „pod” aktorów film ten został skrojony. Gdy, w oparciu o niemal teatralny tekst P.K Dicka, stworzono w pierwowzorze miejsce dla aktorskiej kulminacji (niezapomniany Rutger Hauer i jego „łzy w deszczu”) – tutaj braki dramaturgiczne niejako wymusiły zepchnięcie aktorstwa na dalszy plan. Następuje zakłócenie równowagi tworzyw, widowisko zabiera aktorom możliwość wykazania się swoim kunsztem. Dotyczy to wszystkich postaci tego filmu. I tworzy też powód, dla którego sequel „Blade Runnera” jednak nie dorównuje pierwowzorowi.

Choć, mówiąc uczciwie, jest to film w jednej kwestii nowatorski. Świetnie, wybitnie wręcz poprowadzony został wątek miłosny. Zarówno na poziomie tekstu jak i zabiegów czysto filmowych, wątek ów realizujących – do historii kina przejść powinna genialna scena erotyczna, z udziałem „zsynchronizowanych” postaci kobiecych…  Doskonale też w widowisku Villeneuva funkcjonuje przestrzeń efektów specjalnych: plan aktorski skleja się z rzeczywistością wirtualną tak niezauważalnie, że ani przez chwilę nie mamy poczucia braku wiarygodności kreowanego świata. Nie ulega jednak wątpliwości: monumentalny, przytłaczający swą formą nowy „Łowca androidów” nie jest dziełem na miarę genialnego przodka. Choć krzyczy do nas efektami, a czasem bolesną dosłownością cięcia chirurgicznego skalpela, nadzwyczaj często w tym filmie używanego.

W aktorstwie seniorów jest coś niezwykłego. Sędziwi mają to, o czym młode pokolenie fachowców sceny może tylko pomarzyć: życiowe doświadczenie. Ono przekłada się na budowanie „pełniejszej” postaci. Senior, grając osobę wiekową, zagra samego siebie. Będzie więc całkowicie wiarygodny – lecz w innej roli, gdy kształt postaci wypełnić należy nie samym tylko wiekiem, najlepiej uwidacznia się mistrzostwo doświadczonych aktorów. Nie wiem, na czym polega przewaga dawnej szkoły aktorstwa nad kreacjami młodych – i czy w ogóle występuje . Nie śmiem twierdzić, że mamy dziś inne metody pracy akademickiej: brak mi argumentów, tu powinien wypowiedzieć się fachowiec, nauczyciel. Ale prawdą jest – i widać to gołym okiem we współczesnym teatrze – że młodzi grają inaczej. Szukają innych środków wyrazu, innego języka… Pewnie chcą docierać do bliższego sobie pokolenia. Mają więc wiarę, posłuch i sympatię wśród widowni równej sobie wiekiem. Lecz trudniej im przekonać starszych widzów: oni, co zdarza się w nowoczesnych inscenizacjach, mają kłopot ze zrozumieniem przekazu młodych aktorów. Bywa, że opuszczają widownię.

Zdarzyło się tak podczas inscenizacji „Poczekalni.0″ Teatru Polskiego z Wrocławia, w reżyserii Krystiana Lupy, na XX MFSPiN  w Łodzi. Długie, trudne przedstawienie, z bogatymi sekwencjami w wykonaniu młodych aktorów, nadto – grających postaci studentów. Kwestie aranżowane w oparciu o tekst Doroty Masłowskiej, lecz z partiami improwizowanymi w czasie pracy nad spektaklem, bywały niestrawne dla starszej części widowni. W kontraście – cudowny monolog Krzesisławy Dubielówny (ukończyła krakowską PWST w roku 1957), przerodzony w symboliczną scenę dialogu z młodym rozmówcą (w tej roli Mirosław Haniszewski), scena trzymająca za gardło każdego z widzów, bez względu na wiek… Mistrzostwo sędziwej aktorki, wyciskające łzy. A także inne przykłady: genialna forma sceniczna Irminy Babińskiej i Bolesława Abarta, w spektaklu „Uwolnić karpia” pod reżyserią Krystyny Meissner, na tymże samym festiwalu, kilka dni wcześniej. I wzbudzający huragan śmiechu bon-mot Abarta w czasie spotkania z widzami: „Panie, czy pan nie widzi, w jakim ja jestem wieku? Ja tu oswajam się z glebą!”…

Mają oni, starsi aktorzy, walor w swej pracy szczególny. Są to całe lata praktyki (dłuższej przecież, aniżeli u młodych) w autokontroli wypowiadanych słów, kwestii scenicznych. Mają, wypracowany przez długie doświadczenie, zupełnie inny niż młodzi system budowania gestów, zachowań scenicznych. Inaczej kontrolują ciało, mocniej sprzęgają je ze słowem. Są bardziej „w postaci” niż młodzi, często szukający jeszcze panowania nad tekstem, odpowiedniej relacji między własną, realną osobą a kreowanym na scenie bohaterem. Czy młody aktor jest przez to gorszym fachowcem niż ten starszy, doświadczony? Absolutnie nie! Po prostu wiek ma swoje prawa, w każdej specjalności. I wszędzie stary mistrz będzie dla młodego czeladnika wzorem. Bez względu na przyjętą metodę, filozofię pracy, młodzi powinni z szacunkiem uczyć się od starszych. Wielu spośród nich wie o tym, idąc ścieżką pokornego budowania własnego portfolio w oparciu o życzliwe rady bardziej doświadczonych kolegów. Naturalny łańcuszek zawodowych pokoleń…

„Tetryczejesz”, moglibyście powiedzieć. Może i tak jest, że z wiekiem lepiej rozumiemy jakość rzemiosła ludzi doświadczonych, dajemy się przez nich przekonać bardziej, niżbyśmy młokosów podziwiali. Z całym jednakże szacunkiem dla ludzi młodych i najmłodszych, często już prawdziwych mistrzów swego fachu, doceńmy – tak radzę – ile wart dla każdej sceny jest aktor z dużym doświadczeniem. Dla nich wszystkich, młodych i starych aktorów, dziś przesyłamy najlepsze życzenia. Mają swój dzień, wszyscy ludzie teatru. Niech trudne czasy kultury nie będą dla nich smutkiem ani rozczarowaniem. Niech czerpią wiele radości ze swych, coraz to z wiekiem lepszych, kreacji scenicznych.

Już tylko dni dzielą nas od inauguracji XX Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Czas minął szybko, organizowane co roku w Łodzi spotkanie teatrów, początkowo tylko krajowych i wyłącznie z komediowymi spektaklami, przerodziło się z latami w jedno z najważniejszych wydarzeń naszej kultury scenicznej. Już od kilku lat wykracza zasięgiem poza Polskę, pokazując wymagającej widowni spektakle wystawiane czy to przez renomowane zespoły europejskie, czy też robione dzięki kooperacji wybitnych twórców krajowych z zagranicznymi scenami.

Ma też Festiwal od zawsze jedną, niezmienną cechę – jest skutkiem subiektywnego wyboru dyrektor artystycznej Ewy Pilawskiej, która co sezon podróżuje po krajowych scenach, oglądając premiery. I wybierając te, które Jej zdaniem zasługują na miano wyjątkowych. Przedstawienia zapraszane są potem do Łodzi, a o słuszności wyboru przekonać się można, śledząc zawartość chronologicznie późniejszych festiwali teatralnych w Polsce. Większość z nich dubluje skład łódzkiej imprezy, co wskazuje na wyjątkową zgodę wśród ludzi opiniotwórczej części środowiska teatralnego nad Wisłą…

Każdego roku łódzka impreza teatralna ma też walor wręcz reporterskiej aktualności. Zapraszane przedstawienia dotykają spraw żywych, niemal wsadzają palec w ranę, prowokując lub budząc na nowo dyskusje o sprawach najistotniejszych. Tym razem nie będzie inaczej: zaproszony do Łodzi zespół niezależnego Teatru DAKH z Kijowa przyjedzie tu z absolutnie i światowo premierowym spektaklem, na gorąco pisanym pod ogniem walczącego Majdanu… Kompilacja tekstów powstała wręcz na barykadzie, jeden z artystów, który w Łodzi wystąpi, został w czasie walk ulicznych ranny w nogę! Ukraińscy artyści chętnie wezmą udział w dyskusyjnym panelu, którego głównym wątkiem będzie rozmowa o sensie istnienia teatru / instytucji sztuki w warunkach totalitarnego reżimu. Skądś to znamy, prawda? Artyści scen polskich przez lata sami zadawali sobie to pytanie, a efektem tłumionej przez cenzurę aktywności były wybitne, narodowe inscenizacje. Czy Teatr DAKH przywiezie nam wstrząsający dokument walki o podobnej sile artystycznego wyrazu?

Festiwal od dawno wpływa ożywczo na repertuar gospodarzy, łódzkiego Teatru Powszechnego. Szykowane na wiosenne spotkanie premiery zmieniają się często w zdarzenia wybitne – tak było przed rokiem z „Podróżą zimową” w reżyserii Mai Kleczewskiej. Teraz do pracy przystąpili nie mniej uznani twórcy sceny: Krystyna Meissner i Paweł Miśkiewicz. Oboje dokonali w minionym sezonie swoistego „resumee”, kończąc dyrektorowanie na macierzystych scenach Współczesnego we Wrocławiu i Dramatycznego w Warszawie… Teraz szykują w Powszechnym spektakle prapremierowe, dokonując nowego otwarcia w swych nader bogatych biografiach artystycznych.

Osobnym zdarzeniem dwudziestego MFSPiN będzie obecność Krystiana Lupy. Reżyser sławy już światowej robił w Grazu kolejny z serii swych epickich spektakli na kanwie dzieł austriackiego pisarza Thomasa Bernharda. „Wycinka” miała przyjechać do Łodzi, ale na przeszkodzie stanął konflikt Lupy z aktorką, grającą jedną z głównych ról… Swoiste fatum nie przeraziło reżysera, który na Festiwal desygnował postawioną wcześniej we Wrocławiu „Poczekalnię.0″ Sam też przyjedzie, deklarując udział w rozmowie, poświęconej relacjom „mistrz-uczeń”.

Bo też i mistrzowie staną się w tym roku głównymi bohaterami festiwalowego motto. Oddajmy głos samej Ewie Pilawskiej: „Co oznacza bycie mistrzem? Jak traktujemy tych, których tym mianem określamy? Jaki mają oni wpływ na nasze postrzeganie rzeczywistości? Czy status mistrza stawia go w szczególnym miejscu? Daje większą swobodę twórczą, gwarantuje poczucie bezpieczeństwa  i komfort tworzenia? Wreszcie szerzej – już nie tylko w kontekście sytuacji z Grazu – czy mistrzowie jeszcze coś dla nas znaczą?”

Nie trzeba większej rekomendacji, by pokusić się w tym roku o udział w festiwalowych zdarzeniach. Program imprezy jest już dostępny na stronie: powszechny.pl Tym razem i ja zapraszam Was wszystkich wyjątkowo serdecznie!

Wybraliśmy dwunastkę:

1. Wystawa „Themersonowie i awangarda” w ms2

2. Monodram Agnieszki Skrzypczak „Marzenie Nataszy” w Teatrze im. Stefana Jaracza

3. Spektakl „Podróż zimowa” w Teatrze Powszechnym

4. Koncert Erica Claptona w Atlas Arenie

5. Koncert Leonarda Cohena w Atlas Arenie

6. Renowacja Muzeum Pałac Herbsta

7. Wielkoformatowe projekcje na pl. Wolności w ramach Festiwalu Kinetycznej Sztuki Światła

8. Film „Ida” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego, wyprodukowany przez Opus Film

9. Powieść „Sezon burz” Andrzeja Sapkowskiego

10. Murale Galerii Urban Forms

11. Wystawa Zbigniewa Rybczyńskiego w Atlasie Sztuki

12. Ustanowienie Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima

W ocenie dostojnej kapituły plebiscytu Energia Kultury, już po raz piąty zbierającej głosy na wydarzenia kulturalne Łodzi, właśnie te wymienione powyżej zasługują na tegoroczną nominację. Mieliśmy poważny problem.  Otóż nie wolno nam, a ta żelazna zasada jest co roku przestrzegana, promować wydarzeń „własnych” – czyli odbywających się na scenie współorganizującej plebiscyt Wytwórni.  Nie da się ukryć, że wrześniowy koncert „The Four Colors of Łódź” Zbigniewa Preisnera, wieńczący otwarcie filmowego kompleksu Łąkowa 29, trzeba uznać za jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych mijającego roku w mieście… Tej nominacji nie przyznaliśmy, ale być może znajdziemy sposób na honorowe wyróżnienie inicjatywy, przywracającej życie (i to jak bogate!) dawnej Wytwórni Filmów Fabularnych.
Z tym jednym szlachetnym wyjątkiem, tegoroczne nominacje nie budzą zdziwienia. Są dwa koncerty z rosnącej w siłę Atlas Areny, mamy dwa poważne (i cenione w Polsce) wydarzenia teatralne, jest reprezentacja literatury, muzyki, sztuk plastycznych, filmu. Jest uniwersalnie – klasyka, ale i pop-kultura, mainstream.  Każdy może znaleźć  coś dla siebie i poprzeć ulubione wydarzenie. I chyba w tym zakresie formuła plebiscytu spełnia swoje zadanie.
Czekamy zatem na Wasze głosy, są przyjmowane od dzisiaj. Najprościej wejść na naszą stronę:  www.tvtoya.pl
W dolnej części strony głównej znajdziecie plebiscytowy banner, na który trzeba kliknąć – i już wyświetla się sonda z głosowaniem. Można też wysłać sms o treści: ENERGIA.kod kandydata (np. ENERGIA.16) pod numer 71466 (cena SMS 1 zł netto + VAT – 1,23 zł brutto, organizatorem konkursu jest AGORA SA). Wszystkie głosy komisyjnie przeliczymy dziesiątego stycznia w południe. Tego dnia wieczorem, o 19.15, rozpocznie się na scenie Wytwórni uroczysta gala finałowa, którą jak zawsze transmitować będziemy na antenie TV TOYA.
A zatem wszystko w Państwa rękach! Jestem ogromnie ciekaw, które wydarzenie zyska Waszą przychylność.

Mikołaj Grabowski nowy spektakl postawił – „kapliczka.pl”. To ważne przedstawienie, bo pierwsze dla wybitnego reżysera po odejściu z dyrekcji Starego Teatru. Zastąpienie Grabowskiego Janem Klatą niektórzy odebrali jako naturalną przemianę pokoleń, inni jako symbol zmiany wizerunku głównego nurtu wypowiedzi teatralnej w Polsce… Ale sam Grabowski był na pewno rozczarowany, odczuł relegację jako afekt. Wiem, bo rozmawiałem z nim tuż po owym przełomie. Teraz, niejako na znak scenicznego odrodzenia, reżyser pokazał się w łódzkim Teatrze im. Jaracza, w stosownej chwili – bo na jubileusz 125 lecia sceny. I wrócił, też trochę symbolicznie, do swych fascynacji staropolskim kronikarstwem.

„kapliczka.pl” to kolejna podróż Grabowskiego wgłąb „Opisu obyczajów”,  kroniki osiemnastowiecznego księdza i dziejopisa z Rzeczycy, Jędrzeja Kitowicza. Tekst, kanwę łódzkiego przedstawienia tworzący, wzbogaciły też urywki „Pamiątek Soplicy” Henryka Rzewuskiego. Owe „Pamiątki…” stawiał Grabowski z sukcesem w Łodzi lat temu trzydzieści trzy. Zresztą fragment filmowego zapisu tamtego spektaklu użyto teraz, w nowym przedstawieniu. A i sam”Opis obyczajów” brał przecież Grabowski na warsztat, w roku 1990 w Teatrze STU, przekładając tę bardzo udaną inscenizację na język teatru telewizji – a później realizując drugą jej część. Ma więc profesor z Krakowa do kronik Kitowicza stosunek szczególny, czego i dziś nie kryje, gdy mówi o powodach wystawienia w Łodzi kolejnego spektaklu z „Opisowej” serii.

Nowe przedstawienie zaczyna się wejściem aktorów na scenę wprost z widowni – znak, że będzie „o nas”, że tekst Kitowicza zawsze czytać możemy z bardzo aktualnym odniesieniem. Nie zmienia się nic, tylko techniczne wynalazki, wszędzie wokół nas brzęczące. Aktorzy, jak w tytułowej kapliczce, siadają w ławkach przed ołtarzem, plecami do publiczności. Toteż i my – widzowie czujemy się, jakbyśmy w tym specyficznym misterium dzisiejszej Polski aktywnie uczestniczyli. Natychmiast zaczyna się „polskie piekiełko”, przed wizerunek Najświętszej Panienki wywleczone: spektakl otwierają fragmenty, jakie ksiądz Kitowicz spisywał, obserwując rozprawy, toczące się za jego czasów przed piotrkowskim Trybunałem. Jak mówi sam Grabowski, działy się tam wówczas rzeczy przepotworne, co sami widzowie mogą łatwo skonstatować, wsłuchując się w sens deklamowanej na scenie opowieści. A dalej wszystko toczy się tak, jak przywykliśmy rozumieć dawną (a pewnie i dzisiejszą) Polskę, czytując Kitowicza. Pijaństwo posłów i księży, warcholstwo, zrywanie sejmów, ogólny bałagan, bezhołowie, liberum veto, a wszystko pod krzyżem i z białym orłem na piersi. Nihil novi, wszystko znamy i w poprzednich spektaklach Grabowskiego widzieliśmy.

Inscenizacyjnie też wiele nowego nie widać, choć jest w „kapliczce.pl” kilka bardzo ciekawych pomysłów scenicznych. Grabowski wzbudza salwy śmiechu, żonglując współczesną techniką filmową we fragmencie ze staropolskim pokazem mody. Jest znakomicie w planie aktorskim rozegrana scena historii pewnego świątobliwego bernardyna, co na całą okolicę z mocnej głowy słynął…  Podoba się, niezwykle precyzyjnie rozpisana dla całego zespołu scena pijaństwa ichmości posłów. Lecz generalnie – i tu niestety pojawia się zarzut wobec doświadczonego reżysera z krajowej czołówki teatralnej – mamy do czynienia ze spektaklem dość nudnym, sztampowym, którego całość ratują jedynie momenty wybitnej pracy zespołu aktorskiego, włożonej w błyskotliwy pomysł inscenizacyjny. Przez pierwszą godzinę aktorzy, jako już się tu rzekło, deklamują, siedząc na kapliczkowych ławkach. Ich kwestie są wprawdzie dość zabawnie podzielone, ale w inscenizacji dzieje się niewiele. Tak, jakby słowa oraz forma ich podawania miały budować cały spektakl… Dopiero w części drugiej, choć spektakl przerwy nie ma, pojawiają się te momenty przedstawienia, gdzie obok intrygującej opowieści ważną rolę zaczynają odgrywać – ruch sceniczny, światło i scenografia. No i rzecz jasna tworzywo aktora, zupełnie inaczej wykorzystane, gdy towarzyszy mu reżyserski pomysł.

Aktorzy w „Jaraczu” są dobrzy, bez wyjątku – teatr słynie ze znakomitego, wyrównanego zespołu. I na tę zespołową grę postawił Grabowski w „kapliczce.pl”. Kwestie są aż do bólu symetrycznie podzielone. Każda z występujących jedenastu osób ma coś do zagrania, a widać gołym okiem ogromną pracę, jaką włożyli wszyscy w dopracowanie sekwencji zbiorowych. Swoje „kilka chwil” mają – Michał Staszczak, Izabela Noszczyk, Andrzej Wichrowski, Zofia Uzelac, Mariusz Saniternik, ale pozostali z pewnością nie ograniczają się do roli drugoplanowego tła. Potwierdza się zatem, że dzięki aktorom spektakle w „Jaraczu” rzadko schodzą poniżej przyzwoitego poziomu, nawet jeśli reżyserowi przytrafi się jakiś twórczy kryzys.

Czy w przypadku Mikołaja Grabowskiego mamy prawo mówić o kryzysie, wywołanym burzliwymi przygodami z odwołaniem ze Starego, po dziesięcioletniej antrepryzie? Nie chciałbym oceniać zbyt ostro ani zbyt radykalnie, bo mam do Mistrza ogromny szacunek, a nadto lubię styl Jego scenicznej pisowni. Ale faktem jest, że dzisiejsza „kapliczka.pl” nawet nie umywa się do pierwszego „Opisu obyczajów” z Teatru STU. Potwierdzają to rozmowy z doświadczonymi widzami, którzy dawnego Grabowskiego lubią, a po „kapliczce.pl” spodziewali się o wiele więcej. Niektórzy, najmniej życzliwi, rozprowadzają teorię o tym, że Grabowski poza rodzinnym Krakowem wystawia chałturę, mało przykładając się do gościnnych realizacji. Ja przeciwstawiam się generalizowaniu, przytaczając udaną realizację „Proroka Ilji” według Tadeusza Słobodzianka, jaką wystawił Grabowski dekadę temu podczas swej dwuletniej dyrekcji w Teatrze Nowym. Chyba więc zwyczajnie, jak każdemu wybitnemu twórcy, przytrafiają się profesorowi lepsze i gorsze spektakle. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że „kapliczki.pl” Mikołaj Grabowski na półce ze swoimi największymi osiągnięciami postawić nie może. Zrobił, jak na niego, spektakl jedynie poprawny. Co nie znaczy, że nie warto go obejrzeć.

Lektura dzisiejszej „Rzeczpospolitej” daje kolejną, wstrząsającą konkluzję:  Polacy nie potrzebują kultury. Według badań ekspertów Głównego Urzędu Statystycznego przeciętny mieszkaniec naszego kraju nie rozumie muzyki (zapewne chodzi o jej klasyczną, nie rozrywkową, formę) ani przedstawienia teatralnego. Zatem nie korzysta z tych dóbr kultury – według badań najwięcej pieniędzy „w sektorze wydatków na kulturę” przeznaczamy z domowego budżetu… opłacając kablówkę i internet! Najmniej w tym zestawieniu wydajemy na zakup książek oraz biletów do kina i teatru.

Jako pracownik kablówki mogę się złośliwie cieszyć, że z urzędu reprezentuję kulturę wysoką – i to na poziomie najwyższego zainteresowania rodaków. Bądźmy jednak wreszcie poważni. O całkowitym braku tzw. potrzeb kulturalnych masowego narodu pisałem już tutaj:

http://remigiuszmielczarek.blog.pl/2012/05/15/o-telewizji-publicznej-czyli-skonczmy-wreszcie-z-udawaniem/

Próbowałem wówczas udowodnić, że dojenie polskich obywateli z kasy na rzecz obowiązkowego abonamentu publicznej telewizji – właśnie w imię „misji”, czyli kształtowania potrzeb kulturalnych odbiorcy, jest zwykłym złodziejstwem. Teraz znów okazuje się, że miałem rację, co mogę skonstatować z gorzką satysfakcją, ale też z głębokim  smutkiem: to żadna radość być obywatelem narodu, wykazującego kompletny brak zainteresowania kulturą. Zwłaszcza, gdy ma się w kieszeni dyplom teatrologa, a po stronie życiowych doświadczeń dwadzieścia lat grania w zespołach, tudzież tyle samo dziennikarskiej pracy „u podstaw”, m.in. w dziedzinie kultury.

Czas jednak najwyższy – i powtarzam to dobitnie przy każdej okazji – zdać sobie sprawę z rzeczywistości. Tak zwana wysoka kultura jest dobrem ekskluzywnym – nie tylko w Polsce! Komunistyczne brednie o tym, jak to wszelkiej maści urzędy, instytucje i media publiczne powinny (oczywiście za nasze pieniądze) „wychowywać do kultury” są tylko wygodnym pretekstem do okradania ludzi, a kończą się jak zawsze w socjalizmie: klęską, co teraz pokazały statystyczne badania. Miejscem wychowania do kultury jest dom. Wyłącznie. Szkoła może pomóc, wskazując dzieciakom pewne drogi zainteresowania kulturą, ale jeśli młodzian fascynacji sztukami z domu nie wyniesie, tego zainteresowania nie znajdzie również w szkole.  W interesie wszystkich, nie tylko urzędników sektora publicznego powinno być równocześnie – posiadanie w Polsce jak najszerszej klasy arystokratyczno-elitarnej (czyli realizującej potrzeby kulturalne z zasady) oraz jak największa zamożność wszystkich ludzi w kraju. Po to, by mieli pieniądze nie tylko na chleb, ale też na inne życiowe wydatki, przez co mogliby część swoich dochodów przeznaczać na kulturę – choćby tę mniej wytrawnego typu, jak kino rozrywkowe czy komedie teatralne lub koncert rockowy. Oczywiście, jak wszyscy wiemy, w Polsce jest dokładnie odwrotnie: arystokrację wycięli nam na spółkę Stalin z Hitlerem, a komuniści zepchnęli naród w otchłań biedy, z której „nowa władza” po Okrągłym Stole nijak nas wyciągnąć nie może… Przeto i kultura ma kłopoty. Zwłaszcza, że jednocześnie socjaliści (szermujący kłamliwymi argumentami o „misjach”) nie pozwalają, by kultura wciągnięta była w obszar normalnej, konkurencyjnej gry rynkowej.

Bo też i nie ulega wątpliwości – to również powtarzam do znudzenia – kultura jest zwykłym produktem wolnorynkowym. Przy założeniu, że mamy wreszcie normalne, nowoczesne społeczeństwo ( z istniejącą arystokracją i wystarczająco zamożnymi masami) kultura może działać na prostych  prawach ekonomicznych: dobrze ma ten, kto jest lepszy i bardziej przedsiębiorczy. Na dobry produkt kultury (spektakl, koncert) przyjdzie dużo widzów, głosując nogami i zawartością portfela.  Kto zaś, dbając o interes swej kulturalnej, prywatnej firmy, jest bardziej zaradny – pozyska większą ilość bogatych sponsorów. I utrzyma się na rynku.

Kłopot w tym, że normalnego, „zachodniego” społeczeństwa nie mamy. Dlatego likwidację wszystkich problemów kultury należałoby zacząć od natychmiastowej naprawy państwa. Inaczej wciąż będzie tak, jak jest – i coraz gorzej.

W łódzkim Teatrze Powszechnym nadal nie ma spokoju. Nawet inauguracja tak poważnej imprezy jak XIX Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych nie uchroniła dyrektor Ewy Pilawskiej od – nomen omen – nieprzyjemności ze strony miejskich urzędników. Konflikt na linii: dyrekcja teatru – władze Łodzi (PO) zaostrza się i nie widać racjonalnego rozwiązania…

Co się zdarzyło? Otóż w przeddzień festiwalu (dosłownie, chodzi o piątek 1.03.2013 r.), nadzorująca sprawy miejskiej kultury wiceprezydent Łodzi Agnieszka Nowak zarządziła kilkugodzinną kontrolę finansową w Teatrze Powszechnym. Sama na swoim blogu (www.agnieszkanowak.pl) nazywa to eufemistycznie „zadaniem kilku pytań, dotyczących budżetu”. Ale faktem jest, że przez sześć godzin w teatralnej księgowości urzędnicy podległego pani wiceprezydent Wydziału Kultury UMŁ sumiennie sprawdzali stan tamtejszych finansów. Kontrola nie wykazała oczywiście żadnych nadużyć. Czemu zrobiono ją w takim momencie – gdy wiadomo, że teatr stoi na głowie na chwilę przed otwarciem trwającej miesiąc, jedynej w ciągu roku, organizowanej na własnym terenie imprezy o znaczeniu ogólnopolskim??? No cóż, bez ogródek i szczerze daje Agnieszka Nowak na swym blogu stosowne wyjaśnienie: chodzi o donosy. Bo jak inaczej nazwać, powtarzające się w gabinecie prezydenckim, „wizyty osób, znanych z imienia i nazwiska”, które „wskazują na budzące niepokój, konkretne działania dyrekcji teatru”.

Innymi słowy – ktoś w zespole Powszechnego bardzo nie lubi pani dyrektor Pilawskiej. Korzystając z faktu, że wciąż ma ona z wiceprezydent Nowak na pieńku po niedawnej próbie odwołania ze stanowiska, ów „ktoś” chodzi sobie do szefowej miejskiego resortu kultury – i regularnie donosi na swoją dyrekcję. Kto to robi? Śledztwo dziennikarskie daje odpowiedź jednoznaczną: chodzi o grupę  pięciu osób (w tej grupie znajdują się dwie aktorki i troje pracowników administracyjnych), wspartą przez dwuosobowe lobby „sympatyków” (tym razem są to panowie – aktorzy), żywo zainteresowanych utrąceniem ze stanowiska dyrektor Pilawskiej.

Oczywiście Agnieszka Nowak musi mieć do Ewy Pilawskiej spory żal… Plan, by na miejsce sprawującej od siedemnastu lat swą funkcję dyrektor Powszechnego wstawić „swojego” kandydata, został brutalnie obalony przez samą wierchuszkę Platformy Obywatelskiej. Najpierw w obronie Pilawskiej stanęli artyści, podpisując list środowiska teatralnego. Potem głos obrońców pani dyrektor dotarł na szczyty krajowej polityki. Partyjni bonzowie PO mieli jeszcze zapewne w pamięci, jakich szkód Jerzemu Kropiwnickiemu narobiła afera z mianowaniem, wbrew woli środowiska teatralnych twórców, Grzegorza Królikiewicza na stanowisko dyrektora Teatru Nowego. A skoro zamiar obecnych władz Łodzi został nagłośniony, wypłynął spod lokalnej przykrywki i rozlał się poza Łódź, trzeba było rozważyć interes polityczny, jaki mógł wiązać się z ewentualnym odwołaniem Pilawskiej. A raczej brak tego interesu… Podobno Cezary Grabarczyk miał grzmieć na radzie wojewódzkiej PO: „Co Wy tam k…wa robicie! Przecież to są nasi wyborcy!!!”, a to już z pewnością tąpnąć musiało świadomością podległej mu w partii Hanny Zdanowskiej (nie tylko prezydent Łodzi, ale i szefowa łódzkich, miejskich struktur Platformy). Tak czy owak, politycy sprawę rozważyli – i zostawili Ewę Pilawską na etacie, proponując trzyletni kontrakt dyrektorski. Wiceprezydent Nowak przełknąć musiała gorzką pigułkę.

„Nie ma tematu odwołania pani dyrektor” – wyjaśnia dzisiaj Agnieszka Nowak pamiętając zapewne, że sprawa jest jeszcze świeża i nie czas na przywoływanie osobistych zapiekłości. Ale kontrola jest faktem, tak samo jak niezbyt (zapewne) przyjemna rozmowa pani wiceprezydent z marszałkiem Grabarczykiem na schodach teatralnego foyer w dzień otwarcia festiwalu. Widzieć minę – skądinąd bardzo sympatycznej – pani Agnieszki, besztanej „w jaskini lwa” przez własnego pryncypała… bezcenne. Gdyby mogła, spłynęłaby po tych schodach, a (pozornie tylko) spokojny Grabarczyk mówił ponoć, że zarządzenie tej kontroli było – mówiąc delikatnie – pomysłem niezbyt fortunnym.

Zatem, póki wybory na horyzoncie, Pilawska jest (i będzie) bezpieczna. Platformie nie opłaca się jej wyrzucać. Pani dyrektor nie zazdroszczę jednak codziennych kontaktów ze swą, było nie było, magistracką zwierzchniczką. Ewa Pilawska popełniła bowiem duży błąd strategiczny: inaugurując imprezę świadomie nie przywitała ze sceny wiceprezydent Agnieszki Nowak, wymieniając wcześniej nazwiska kilku innych, obecnych na sali polityków… W tym Grabarczyka, co musiało panią Agnieszkę ostatecznie rozjuszyć. Ten konflikt, dodatkowo wówczas zaogniony, będzie Teatrowi Powszechnemu odbijał się czkawką przynajmniej do najbliższej elekcji samorządowej. I chyba nic się nie da z tym zrobić.

A sprawy wewnętrzne? Fronda anty-dyrektorska z pewnością w teatrze działa i z jej strony Ewa Pilawska spodziewać się powinna kolejnych ataków. Rzecz jest bardzo delikatna i jedynie od dyplomacji, połączonej z należytą rozwagą zależy wygaszenie konfliktu. Z panią dyrektor żyje się trochę jak – pardon – z góralami: albo cię kochają, albo nienawidzą, nic pośrodku. Mam ogromny szacunek do kompetencji, dorobku i osobistej klasy Ewy Pilawskiej, ale bez wątpienia jest to niezwykle trudna, eteryczna osobowość. A nadmiar emocji nigdy nie służy tak przyziemnej i konkretnej materii, jaką jest zarządzanie teatralnym zespołem. Może warto przemyśleć temat i do ludzi, którzy nie czują się najlepiej pod rządami szefowej, wyciągnąć rękę: wsłuchać się w ich zastrzeżenia, postarać się dać im szansę realizacji własnych oczekiwań. Jednakże podpowiadać nam tu nie wypada, wręcz nie wolno. Trzeba wierzyć w naturalną skłonność ludzi sztuki do pokojowego rozwiązywania problemów.  Zawarcie rozejmu powinno zaś wyjść na dobre wszystkim zainteresowanym stronom.  Zaś o samopoczucie urzędników martwiłbym się w tym przypadku najmniej – oni i tak zrobią swoje, oczywiście zgodnie z obowiązującym prawem i demokratycznymi wyborami łódzkiej „większości”.

Już czwarty raz rozstrzygnięto w Łodzi plebiscyt „Energia Kultury”. Wymyśliły go dwie szefowe łódzkich redakcji: Gazety Wyborczej i Telewizji TOYA. W pierwszej edycji, jako dziennikarz zespołu redakcyjnego TV TOYA zajmujący się m.in. sprawami kultury, zostałem zaproszony do konkursowej kapituły. Zgłasza ona kandydatów do nagrody za najlepsze wydarzenie kulturalne roku w Łodzi. Mam zaszczyt pracować w kapitule do dziś, a plebiscyt od czterech lat organizowany, stał się jedyną w mieście formą promocji kultury en bloc, bez podziału na „wyższą” i „masową”. Zaproponowana forma konkursu i głosowania publiczności (w tym roku swoje głosy na kandydatów finałowej dziewiątki oddało ponad dwa tysiące osób) przyjęła się wśród uczestników plebiscytu, nie tylko z Łodzi. Ale towarzyszą jej kontrowersje, które warto omówić z perspektywy osoby, tkwiącej niejako w środku procesu, wyłaniającego kandydatury do nagrody.

Otóż Kołyskę Newtona – symbol energii, jaka ma promieniować z nagrodzonego wydarzenia – dostają nie tylko imprezy z przeznaczeniem dla wytrawnych konsumentów, kulturalnej elity miasta czy regionu. Obok wystawy dwudziestowiecznych mistrzów sztuki współczesnej (Picasso, Klee, Kandinsky) nominację otrzymał w tym roku koncert Stinga. A gali operowej „Tytus Manliusz” Vivaldiego partnerowała nominacja dla zaułku OFF Piotrkowska – miejsca kultury alternatywnej w zrujnowanej fabryce. Otwartość plebiscytu jest jego cechą rozpoznawczą. O ile pojawiają się głosy krytyczne, że oto postponujemy wysoką kulturę, stawiając ją w jednym rzędzie z imprezami masowymi, odpowiadam: tak ma być. Takie jest postanowienie kapituły, która co rok stoi przed pytaniem o zasady głosowania. Nie ma żadnego regulaminu Energii Kultury, ale jeśli taki kiedyś powstanie, będzie zawierał klauzulę o otwartości przyjmowanych zgłoszeń. Bo, rzecz jasna, zgłoszenia zdarzeń pod wybór grupy finałowej, napływają od łódzkiej publiczności. Kapituła dokonuje ich selekcji, kłócąc się czasem zawzięcie o ostateczny kształt grupy nominowanych. Ale wyboru dokonać trzeba – i on właśnie jest znakiem pewnej elitarności naszego plebiscytu. Nie  masowość niektórych nominatów, a właśnie fakt, że znaleźli się w tak nobliwym otoczeniu. Jak się wydaje, zasada taka zmiany się nie doczeka. W każdym razie kapituła woli takiej zmiany nie wyraża.

Druga sprawa to kryteria wyboru grupy finalistów pod kątem, rzekłbym, wagi tych wydarzeń. Nie masowości lub elitarności – ale właśnie wagi bez względu na zasięg. I tu kontrowersji jest najwięcej. No, bo jak wytłumaczyć nominację dla wzmiankowanej OFF Piotrkowskiej, czy klubu „Owoce i Warzywa” w jednej z poprzednich edycji? Miejsca, nie wydarzenia. Mało znane – dopiero na dorobku. Splendoru grupie finałowej raczej nie przynoszą. Jednakże, co ciekawe, z analizy finałowych obliczeń dowiadujemy się, że zyskują duże poparcie głosujących! W tym roku OFF Piotrkowska otarła się o zwycięstwo, przegrała nieznacznie, dopiero po zliczeniu sms-ów. A wygrała głosowanie internetowe, co starczyło do zajęcia drugiego miejsca. Dopiero lub aż drugiego, bo z wyraźną przewagą nad stawką pozostałych kandydatów.

Mówiąc szczerze, podczas obrad kapituły sam się zastanawiam, czy warto popierać takie nominacje… Wolałbym, jeśli plebiscyt pokazywałby jednoznacznie grupę takich aktów kulturalnych, które w przekroju roku nie budzą niczyich wątpliwości. Ale koledzy z szacownej kapituły przekonują mnie wtedy, że naszym celem jest również promocja kultury. O ile więc niektóre z nobliwych wydarzeń (bądź miejsc) w zasadzie bronią się same – nawet bez finałowej nominacji – inne trzeba nominować na zachętę, by trochę wesprzeć ich istnienie. Argumentacja słuszna, bo promocja dla kultury to źródło przetrwania, bez niej nikt nie znajdzie poszczególnych miejsc czy wydarzeń. Przypuszczam więc, że kolejne edycje Energii Kultury również będą zaskakiwać obserwatorów nominacjami nietypowymi, może lekko na wyrost, ale ze wskazaniem potencjału rozwojowego. Aczkolwiek wszystkie decyzje odnośnie finałowej grupy należy podejmować z rozwagą.

Brakuje mi, od początku istnienia plebiscytu, zgłoszeń filmowych i literackich. Owszem, są finałowe nominacje – dla poszczególnych filmów, książek z łódzkimi akcentami. Ale patrząc globalnie na ofertę poszczególnych sektorów łódzkiej kultury, najlepiej radzą sobie sztuki plastyczne, teatr i muzyka. Liczba proponowanych obrazów filmowych (biorąc pod uwagę tradycję tego miasta!) oraz – szczególnie – dzieł literackich, nigdy od czterech lat nie przekroczyła znikomej wielkości. Martwią się tym, jak usłyszałem w tegorocznych kuluarach, zwłaszcza sami twórcy. Środowisko literackie w Łodzi jest silne, to samo – bez żadnych wątpliwości – dotyczy także filmowców. Problem leży zapewne po stronie wagi, jakości dzieł. Trudno wartościować, lecz w takich plebiscytach ważne jest kryterium odbioru, szlachetnego rozgłosu. To on ma znaczenie dla kapituły, która nie waży się pełnić roli zbiorowego recenzenta, lecz chce jedynie wsłuchać się w głos publiczności. Ten często bywa dla łódzkiego filmu i literatury niezbyt przychylny.

Teatr Powszechny w Łodzi, będący „własnością” Miasta, ma jednego dyrektora od siedemnastu lat. Pani Ewa Pilawska przetrwała kilka samorządowych kadencji, gdy Łodzią rządzili chyba wszyscy – od betonowych komunistów do czarnego dworu Jerzego Kropiwnickiego. Przewróciła się na Platformie Obywatelskiej: obecna prezydent Łodzi, Hanna Zdanowska, postanowiła zmienić dyrekcję w Powszechnym. Władze w Urzędzie Miasta ogłoszą, jeszcze przed wakacjami, konkurs na to stanowisko.

Zdawałoby się, że skoro po siedemnastu latach władza zmienia dyrektora, musi mieć po temu wyraźny powód. W tym sęk – takiego powodu urzędnicy bardzo intensywnie szukają, próbując jakoś swoją decyzję uzasadnić. Kilka miesięcy temu, ponoć na skutek donosu, rozpoczęto w teatrze finansową kontrolę. Okazało się, że dyrektor Pilawska przyznała sporą premię finansową swojej księgowej. A poza tym finanse teatru są w normie. Wprawdzie kontrola jeszcze trwa, ale z magistrackich kuluarów wiemy, że nikt nic nie znajdzie.

Jeśli nie malwersacje finansowe, to może argumenty merytoryczne? Teatr Powszechny przedstawia repertuar lekki,  o wybitnie rozrywkowym charakterze – komedie, farsy. Zespół aktorski nie uchodzi w ocenie fachowców za wybitny, ale jest z pewnością wyrównany. Ponieważ nikt tam się na dramatyczną klasykę nie porywa, solidne aktorskie rzemiosło  Powszechnego zupełnie wystarcza do codziennej pracy na poprawnym poziomie. A skutek jest taki, że przychodzą ludzie. Teatr gra przy pełnej widowni, a niektóre hity, jak „Szalone nożyczki”, biją rekordy obecności na scenie. Wprawdzie Portner to nie Szekspir, ale widzowie głosują nogami, wypełniając teatralną salę od lat: każdy, kto w Łodzi do teatru chadza, był „na Nożyczkach”. Są sponsorzy, są komplety na codziennych przedstawieniach. Jest, od początku kadencji przez Pilawską robiony, Festiwal Sztuk Przyjemnych (któremu po czasie dodano przyrostek: „i Nieprzyjemnych”), uchodzący dziś za jedną z najważniejszych teatralnych imprez festiwalowych w Polsce. Jest też, przez Pilawską wymyślone, Polskie Centrum Komedii – konkurs dla dramatopisarzy, dzięki któremu ktokolwiek jest w stanie pióro uchwycić, pisze teksty, reanimując od lat zdychającą resztkę naszej literatury komediowej. Te sztuki są potem w Powszechnym wystawiane, dzięki czemu taki np. Juliusz Machulski ma regularną szansę realizacji scenicznej własnych tekstów komediowych. Trudno więc dyrekcję obalić argumentami o braku aktywnej działalności, przeciwnie, sukcesy Pilawskiej są regularnie odnotowywane przez opiniotwórczych dziennikarzy kulturalnych w całej Polsce.

A zatem – o co chodzi? Próbowałem się tego dowiedzieć w Magistracie. Od wiceprezydent Łodzi Agnieszki Nowak, nadzorującej sprawy łódzkiej kultury, otrzymałem odpowiedź. Otóż na samorządowców, jakżeby inaczej, obowiązek działania nakłada znowelizowana „Ustawa o prowadzeniu działalności kulturalnej”. W myśl tego aktu każdy dyrektor miejskiego teatru, który ma umowę na czas nieokreślony, musi być poddany weryfikacji. Do końca roku 2012. Zupełnie nie wiem, po co, ale tak ma być – jeśli urzędnicy nie „zweryfikują” dyrektorów, umowy zostaną automatycznie wygaszone… Oczywiście, przez zupełny przypadek, spośród wszystkich dyrektorów miejskich teatrów jedynie Ewa Pilawska nie została jeszcze zweryfikowana. Aha, jeszcze dyrektor Teatru Arlekin – ale Miasto, przynajmniej na razie, „weryfikacji przeprowadzać nie zamierza”.

Rzecz jasna Miasto, jako właściciel Teatru Powszechnego, ma prawo zmieniać dyrektora. Delikatny problem łączy się z faktem, że jest to własność publiczna, a nie prywatna. Czyli o obsadzie stanowisk dyrektorskich decydują tam urzędnicy z danej, aktualnie rządzącej partii politycznej, a nie właściciel prywatny. I tutaj kończą się wszelkie racjonalne argumenty: nie ma znaczenia, czy teatr ma widzów, czy radzi sobie finansowo. On jest „nasz” i my będziemy decydowali, kto będzie nim rządził. Może to być np. kolega z naszej partii, który pomógł przy wyborach i nie ma jeszcze żadnego stanowiska. A przy protestach z zewnątrz najwygodniej zwalić winę na wyższą instancję, w tym wypadku uchwalający ustawy Sejm. W którym, oczywiście zupełnym przypadkiem, większość akurat stanowią politycy tej samej partii, z której rekrutują się obecne władze Miasta.

„Ten jest winien, kto ma z tego korzyść” – mówi stare, chińskie przysłowie. W łódzkim „światku” nie od dziś wiadomo, że Zdanowska nie lubi Pilawskiej. Czemu? Bo sukcesy pani dyrektor teatru nijak przylgnąć nie mogą do osoby obecnej prezydent Łodzi. Pilawska wypracowała po prostu własną markę i ciężko pracuje na siebie. Nie przeszkadzało to poprzednim prezydentom, uważającym widocznie, że część splendoru, jaki wypracowuje Teatr Powszechny, jednak zostawia dobry ślad na ich własnej, politycznej renomie. Widocznie Hanna Zdanowska tak nie sądzi, w dodatku – już po zakończeniu konkursu – przekonamy się, czy argument o politycznej wdzięczności wobec jakiegoś zasłużonego działacza PO znajdzie rację bytu. Pewnie nowy dyrektor członkiem partii nie będzie, ale obawiam się, że odnalezienie jego „podskórnych” powiązań z platformerską wierchuszką kłopotów wielkich nie nastręczy.

Nie uprzedzajmy jednak faktów: dopiero czekamy na ogłoszenie konkursu, w którym Ewa Pilawska nie wystartuje. W pełni ją rozumiem. Jest osobą hiper-wrażliwą, kruchą, zupełnie pozbawioną odporności na krytykę, a przez to być może nie dla wszystkich łatwą we współpracy. Ale ma swój dorobek, który za nią stoi – mam nadzieję, że dzięki tym dokonaniom znajdzie łatwo miejsce dla siebie na teatralnej mapie Polski. A w Łodzi, po wieloletnim i hańbiącym Miasto serialu z usilnym narzucaniem przez urzędników Grzegorza Królikiewicza na stanowisko dyrektora Teatru Nowego, znów jak na dłoni ujawnia się słabość systemu. Takiego, w którym polityczna i urzędnicza koteria – a nie jakość pracy, jej opłacalność, ani też zwykły zdrowy rozsądek, decydują o zarządzaniu instytucjami kultury.

Albowiem jestem przekonany, że gdyby Teatr Powszechny – I KAŻDY INNY – miał prywatnego właściciela, Ewa Pilawska nie miałaby najmniejszego problemu z utrzymaniem się na dyrektorskim stanowisku, choćby i na następne kilkanaście lat. Jej dokonania spokojnie by ją do tego pretendowały.

Trwają gorączkowe kłótnie wokół nowej ustawy o teatrach. Chodzi głównie o sposób zatrudniania aktorów, którzy nie chcą godzić się na przedmiotowe traktowanie. Żądają za to bezterminowych umów o pracę, bez względu na swój dorobek, talent i uznanie ze strony odbiorców. A ja nie rozumiem: czemu zły lekarz, kiepski prawnik, przeciętny dziennikarz mają mieć gorzej niż byle jaki aktor?

Wszyscy wokół trąbią o potrzebie zachowania zdobyczy kultury, o misji społecznej,  jaką ma być finansowanie m.in. zespołów teatralnych. I że, ma się rozumieć, sztuki teatralnej nie można traktować jak towaru na ladzie, bo są rzeczy ważniejsze od pieniędzy. Tylko, że – jakie to smutne – forsy w publicznej kasie brakuje, trzeba więc zdecydować, komu dać mniej a komu więcej. I w ogóle, ile dać na tę nieszczęsną kulturę. Decydują o tym rzecz jasna urzędnicy, rozmaitych wydziałów i departamentów kultury na wszystkich możliwych szczeblach władzy, od urzędów gminnych po Ministerstwo Kultury. A przecież oni nie zrobią tego za darmo…

Odrzućmy na moment tę oczywistą prawdę, że biurokracja od razu pożera ogromną część pieniędzy „na kulturę”, z której teatry mogłyby zrobić merytoryczny użytek. Chodzi mi o coś innego…
…czemu mianowicie kultura nie może być traktowana jako normalny podmiot gry wolnorynkowej?

W sytuacji, gdy teatry pozbawione byłyby jakiejkolwiek dotacji publicznej wreszcie zaczęłyby się starać o jakość swoich poczynań. Jest w Polsce kilka (na palcach jednej ręki liczonych) teatrów, które nie wstydzą się za swój repertuar an bloc, czyli żadne z ich przedstawień nie schodzi poniżej określonego poziomu. Pozostałe, gdyby nie hojne subsydia publiczne, musiałyby poprawić jakość swoich działań lub zbankrutować. I bardzo dobrze by się stało! Jako widz teatralny nie mam najmniejszej ochoty chodzić na szmirę, za którą płacę z własnej kieszeni, kupując bilet – a nadto mam świadomość, że idzie na to kasa z moich podatków.

Żaden teatr nie utrzyma się z samych biletów, to fakt. Ale istnieją tysiące sposobów na pozyskiwanie bogatych sponsorów, mecenasów, opiekunów finansowych. Można sprzedawać miejsca na logo w foyer i na plakatach / biletach, można sprzedawać za cenę „VIP-owską” miejsca w specjalnych lożach, pomysłów naprawdę może być wiele… W tym systemie również widzowie zagłosowaliby nogami, przychodząc na spektakle, co z kolei zapewniłoby bieżącą gotówkę w teatralnej kasie. Jakość sztuki – naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie! – można śmiało połączyć ze skutecznym działaniem menadżerskim, w całej Polsce są tego rozliczne przykłady.

Naprawdę nie pojmuję, czemu placówki kulturalne nie miałyby podlegać zasadom wolnego rynku. W całym normalnym świecie sztuka jest towarem, jak wszystko – tyle, że elitarnym, oznaczonym symbolem wysokiej jakości. Oczywiście w Polsce nikt nie może tego zrozumieć. A sprywatyzowanie kultury dałoby korzyść wszystkim: widzom, ambitnym twórcom, mecenasom. Nie utrzymałyby się w tym systemie jedynie miernoty ani urzędasy. Ale zdaje się, że tu jest pies pogrzebany…


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine