remigiuszmielczarek.blog.pl

O wszystkim – od muzyki przez sport do polityki

Wpisy z tagiem: wolnosc

Szachiści często używają zwrotu: „lepsze byłoby…”. Jest to określenie ruchu na szachownicy, który nie jest idealny w określonej sytuacji. Gracz poszedł dobrze, ale miał lepsze wyjście. Mógł wprowadzić przeciwnika w większe tarapaty, osiągnąć lepszy skutek.

Bardzo podobną sytuację obserwujemy właśnie w życiu politycznym, które od dawna przypomina partię szachów między głównymi oponentami. Obie strony – PO i PiS – poprzez swą zajadłą wojnę kolejny raz wyprowadzają ludzi na ulicę. Nienawiść (udawana ?) między „dawnym PPS” a „dawnym PPR” znów się rozdyma, a my wszyscy jesteśmy coraz bardziej skłóceni. Obserwatorzy tej rywalizacji patrzą na kolejne ruchy, jakie na polskiej szachownicy wykonują ważne figury – ale też i pionki.

Spójrzmy z bliska na mistrzowskie, choć niezwykle perfidne posunięcie rządzącej ekipy: najpierw na horyzoncie pojawiło się widmo drogiej benzyny… Ustawa paliwowa została jednak szybko wycofana, gdy tymczasem posłowie wzięli się za „obróbkę” projektów sądowych, decydujących o ustrojowym porządku Państwa. Stało się jasne, że pod pretekstem rozliczenia postkomunistycznego układu, Jarosław Kaczyński chce wprowadzić zręby systemu totalitarnego, gdzie rząd (przejmując niczym nie ograniczoną kontrolę nad władzą sądowniczą) decydowałby nawet o tym, czy ważne są kolejne wybory. Sprawę świetnie, jak zwykle, wytłumaczył wszystkim Robert Gwiazdowski:

A ludzie – część opinii publicznej nieprzyjazna PiS – wyszli na ulice w obronie demokracji i polskich sądów. Mój przyjaciel, aktywny uczestnik protestów, jest zdania, że ta energia opozycji „nabrzmiała” już w chwili, gdy PiS chciał nam zaserwować podwyżkę paliwa. Ale fakty są takie, że protesty dotyczyły jednoznacznie pakietu ustaw sądowych, a ludzie palili znicze w obronie jurysdykcyjnej niezawisłości. A nie przeciwko podwyżkom cen benzyny.

Na tym właśnie polega największa perfidia Kaczyńskiego. Bo prezes PiS wykorzystał nagromadzenie energii społecznej, by – pod okiem demonstrantów – bezboleśnie przepchnąć w Parlamencie kolejne akty prawne, na wzór ustawy paliwowej mocno bijące w kieszeń Polaków:

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/1713406,1,co-pis-przepchnal-przez-sejm-kiedy-zajmowalismy-sie-sadami.read

Sądy – nieoczekiwanie – vetem swym ochronił Prezydent, choć wszyscy wiedzą, że to jedynie prolongata. Za dwa miesiące ma dojść do ponownego rozpatrzenia ustaw w Sejmie: dopiero wtedy dowiemy się, w jakim kształcie wróciły one do laski marszałkowskiej. Jest niemal pewne, że zmian radykalnych nie będzie. Zobaczymy więc, czy i we wrześniu tłumy pojawią się na ulicach.

Tymczasem efekt zamierzony przez PiS został osiągnięty. Od szkodliwych dla ludzi ustaw o charakterze gospodarczym bardzo skutecznie dało się odciągnąć uwagę! Po jednej stronie szachownicy mieliśmy zamieszanie z protestami, gdy tymczasem, na przeciwległej flance, bez najmniejszego kłopotu Kaczyński przeprowadził akcję, w której odniósł znaczne korzyści. Zrobił swoje. A my dostaniemy po kieszeni. Zauważyli to ci, którzy z pozycji anty systemowych bardzo spokojnie przyglądają się całej rozgrywce:

https://www.facebook.com/JacekWilkPL/videos/1580732768665695/?hc_location=ufi

Na czym polega tragizm położenia demonstrującej opozycji? Wyszli na ulice w obronie czegoś nadzwyczaj szlachetnego: wolności, swobód obywatelskich. Jarosław Kaczyński naprawdę chce, korzystając z gangreny palca, uciąć całą rękę. Aparat sądowy, faktycznie przeżarty komunistycznymi układami, bezwładny, powolny, nieskuteczny, podatny na korupcję i nepotyzm – wymaga natychmiastowej reformy. Ale na pewno nie takiej, jaką proponuje PiS: z oddaniem całego sądownictwa pod legalną kontrolę aktualnie rządzącej partii. Z tym, że protestujący zostali idealnie zaszachowani. Choć wymuszając prezydenckie veto odwlekli na chwilę egzekucję zasad trójpodziału władzy, to przecież całkowicie jej nie wstrzymali. Swoimi ciałami zasłonili natomiast cel równie ważny: pieniądze, których potrzebuje PiS dla utrzymania własnych, narodowo-katolicko-socjalistycznych pomysłów na sprawowanie władzy. Odegrali przez to rolę „pożytecznych idiotów” lub owieczek, posłusznie idących za swym pasterzem. A po stronie Kaczyńskiego rolę hetmana, który w tej partii skutecznie szachuje całą armię przeciwników odgrywa PiS-owska większość sejmowa.

Jaki będzie efekt tej rozgrywki? Końcówka szachowej partii rozegra się we wrześniu, wówczas dopiero ocenimy, ile udało się wygrać Kaczyńskiemu. Stawką jest wprowadzenie w Polsce zrębów ustroju totalitarnego – i to już nie są żarty. Pytanie, czy kolejny protest społeczny, jeśli w ogóle nastąpi, będzie tym razem w stanie cokolwiek zmienić. Sejm większością głosów PiS, z zapowiadanym wsparciem Kukiz ’15 (o ile prezydent wprowadzi do ustaw proponowane przez nich poprawki), znów zrobi swoje. Wtedy efekt marnowania energii społecznej na protesty będzie żaden – lub znikomy.

I tu aż prosi się powiedzieć: „lepsze byłoby…” No właśnie, co? Lepsze, proszę państwa, byłoby wyjście na ulice z żądaniem zmiany systemu rządzenia naszym krajem. Przeciwko horrendalnie rozrośniętej biurokracji, przeciw chorym pomysłom w rodzaju 500+, na które PiS wyciąga teraz pieniądze z naszych kieszeni. Przeciwko, trwającym od kilkunastu lat, jawnym lub ukrytym podwyżkom kosztów naszego życia, za które płacimy wszyscy – a najbardziej ci najubożsi, bo zamożni przedstawiciele „klasy panów” zawsze sobie poradzą. W obronie małych i średnich przedsiębiorców, którym rządy od 25 lat rzucają permanentnie kłody pod nogi, przez co oni zatrudniają mniej ludzi, za psie pieniądze i na „umowach śmieciowych”. Z żądaniem natychmiastowej likwidacji ZUS-u i wprowadzenia w to miejsce wolnego rynku usług ubezpieczeniowych – by każdy mógł mieć indywidualne konto emerytalne, obserwując w jakim tempie przyrastają na nim odkładane pieniądze. I tak dalej, i dalej… Po szczegóły odsyłam do programu jakiejkolwiek partii wolnościowej.

A najlepsze, proszę państwa, byłoby oddanie wreszcie władzy w ręce tych, którzy chronią nasz portfel, zamiast go regularnie łupić. Mamy w kraju ugrupowania wolnościowe, klasycznie liberalne, konserwatywno-liberalne, libertariańskie… Do wyboru, do koloru, również światopoglądowo. Nawet u Kukiza siedzi paru posłów, którzy wyraźnie mówią, od czego w Polsce powinniśmy zacząć. Na pewno nie od wybierania (czarnych, czerwonych ani różowych) socjalistów, których jedynym celem jest zapewnienie dobrobytu SOBIE kosztem ogółu obywateli.

Pan Jacek Saryusz-Wolski wzbudził ostatnio burzę nie tylko przez uwikłanie w sprawy polityczne, ale też dzięki komplikacjom, jakich przysporzyła zainteresowanym odmiana jego nazwiska.

Casus jest niby prosty: w polszczyźnie odmieniamy wszystko „co się rusza”, gdy tylko da się odmienić. Jednakże nazwiska dwuczłonowe męskie, gdy mają pierwszy człon pochodzący od herbu bądź przydomka rodowego, są wyjątkiem. Pierwszego członu wówczas nie odmieniamy (np. Janusza Korwin-Mikkego) – chyba, że nie ma się pewności co do prawdziwego pochodzenia tegoż… Wtedy trzeba sprawdzać.

Reguła jest twarda. Trudno jednak, by przeciętny Kowalski znał na pamięć zawartość Herbarza Rzeczpospolitej. Nie każdy, kto publikuje, ma ponadto czas na grzebanie w historycznych aktach: wówczas z pomocą przyjść może kontakt z samym właścicielem nazwiska. Jacek Saryusz-Wolski chciał rozwiać wątpliwości, prosząc uprzejmie na Twitterze, by pierwszego członu mu nie odmieniać, bo tak sobie akurat życzy.

Tu jednak wątpliwości dopiero się pojawiły… No, bo – jak to? Czy właściciel nazwiska o kontrowersyjnych zasadach odmiany może, ot tak sobie, zażądać lub poprosić o cokolwiek? Czy jego wola wystarcza, by iść w sprzeczność wobec polskich norm językowych? I czy – jeśli stosowanie odpowiedniej formy nie jest ani jasne, ani oczywiste – powoływanie się na wolę posiadacza nazwiska jest błędem odmieniającego?

Cała sprawa z kilku warstw się składa, zatem warto chyba pochylić się nad jej spokojnym rozłożeniem. Zacznijmy od samej gramatyki. Mamy tu coś w rodzaju stosowania się do znaków drogowych na skrzyżowaniu. W odpowiedniej kolejności: najpierw światła, potem znaki pionowe, a na końcu – znaki poziome. Tu jest identycznie: najpierw mamy regułę. Tę stanowi brak odmiany członów herbowych lub przydomków. Jeśli mamy wątpliwość, co do pochodzenia członu – wówczas wolno nam odmienić, w myśl zasady, że „nieherbowy” pierwszy składnik nazwisk męskich odmieniamy w każdym przypadku. To taki „znak pionowy”. Ale jeśli i tu mamy wątpliwość, powinniśmy działać w myśl woli, jaką wyraża właściciel nazwiska. „Znak poziomy”, ale przesądzający ostatecznie o zachowaniu odmieniającego.

Dla jasności – chodzi o konkretną osobę. Na przykład: pana Jacka Saryusz-Wolskiego, nie zaś wszystkie osoby, noszące nazwisko Saryusz-Wolski. Ale jeśli  pan Jacek życzy sobie, by pierwszy człon jego nazwiska nie był odmieniany, z całą pewnością ma prawo taką prośbę wobec świata wyrazić. Tak, jak właściciele firmy IKEA uprzejmie proszą Polaków, by w naszym języku nazwy ich nie odmieniać, choć zasady fleksji polskiej każą tę odmianę robić. A zatem: nie „idziemy do IKEI”, tylko „idziemy do IKEA na zakupy”, bo tak chce właściciel marki. I również ma pełne prawo taką prośbę kierować do świata. I – jak się zdaje – wówczas prośba ta określa językową normę, właściwą dla tylko tego, wyjątkowego przypadku. A każdy językoznawca powie, że język jest tworem żywym, normy zmieniają się, podlegając ewolucji – i nic nie stoi na przeszkodzie, by zacząć stosować coś, co dotąd normą nie było. Jak na przykład polską odmianę rzeczownika „radio”.

Jest pewne, że wola właściciela nazwiska nie może burzyć normy oczywistej. Jeśli nazywam się Mielczarek, nie mogę zażądać ni prosić, by mojego nazwiska nie odmieniano: dostaję zresztą szału, gdy dzwoni handlowiec z jakiejś telefonicznej firmy i pyta, czy rozmawia z panem Remigiuszem Mielczarek… Marny wtedy jego los. Ale gdy mój kolega nazywa się Fiećko, ma pełne prawo żądać, by jego nazwiska nie odmieniano! Tak zresztą jest w przypadku wymienionego kolegi. Co nie zmienia faktu, że kwestia decyzji prywatnych w sprawie odmiany nazwisk powinna być wiążąca jedynie wówczas, gdy (jak w przypadku męskich nazwisk dwuczłonowych) zachodzą jakiekolwiek wątpliwości w sprawie fleksji.

Są jednak i tacy, którzy kwestionują prawo właścicieli do decydowania o własnych nazwiskach – w sprawie odmiany, którą powinniśmy (lub nie) stosować wbrew regułom polszczyzny… Tych ludzi zrozumieć mi najtrudniej. Nazwisko jest naszym dobrem osobistym, mamy oczywiste prawo do jego ochrony. Jeśli więc zachodzą jakiekolwiek wątpliwości względem odmiany mojego nazwiska, z pewnością mogę złożyć na ręce świata prośbę, by odmieniano (lub nie) podług mojej woli. I chyba jasne jest, że stanowię wówczas normę.

No, chyba że w ogóle kwestionujemy ideę prawa własności. Jest to wtedy jednak problem ideowy, a nie gramatyczny. Problem, który nazywa się socjalizm – i niszczy naszą planetę od chwili, gdy się na niej pojawił.

 

 

„Jestem całkowitym przeciwnikiem prowadzenia auta pod wpływem alkoholu. Uważam, że kierowców, którzy spowodowali wypadek na podwójnym gazie należy sądzić jako morderców lub usiłujących popełnić morderstwo. Jednocześnie całkowicie sprzeciwiam się traktowaniu wszystkich kierowców jak potencjalnych przestępców i organizowaniu łapanek, które nie mają żadnej podstawy prawnej. Policja czyniąc to, łamie prawo, a z Was robi posłusznych niewolników!” Zaczynam od cytatu, bo taki wpis umieścił na swym Facebooku p. Piotr Najzer, bydgoski działacz Kongresu Nowej Prawicy. Zamieszczony nad wpisem film obiegł już internet, stał się nawet powodem reakcji mediów tradycyjnych – oczywiście jako źródło tzw. gównoburzy, czyli brutalnego sporu internautów w sprawie, związanej z prawem i przestrzenią publiczną.

Mógłbym powiedzieć, że całkowicie zgadzam się z Piotrem Najzerem i zakończyć temat, decydując się na blogową notatkę. Ale i na mojej „fejsbukowej ścianie”, po udostępnieniu rzeczonego filmu wraz z wpisem, zaroiło się od różnorakich opinii… Często, jak dziś stało się już normą, są to zwykłe obelgi, zastępujące normalną wymianę myśli (to znak czasów, w których agresja internetowego hejtu wypiera dyskusję, owocującą dobrymi pomysłami dla wszystkich). Warto więc pochylić się głębiej nad przypadkiem p. Najzera pytając, jakimi wnioskami dla wszystkich może on pro publico bono zaowocować.

Pokrótce – p. Najzer, zatrzymany przez policjanta do „kontroli trzeźwości” odmówił poddania się jej. Przywoławszy stosowne przepisy oświadczył funkcjonariuszowi, że ten ma prawo jedynie w uzasadnionych przypadkach zażądać od kierowcy dmuchania w alkomat. Policjant, nieco opieszały w swej świadomości (kwestia HR, obowiązującego w naszej Policji to odrębny temat, wart potraktowania kolejnym tekstem), zasłonił się rozporządzeniem własnego szefa, który kazał mu zatrzymywać kierowców „do dmuchania”. Pan Najzer powiedział, że prawo nie pozwala na takie traktowanie zatrzymanego do kontroli – i odjechał. Słuszność tych argumentów (w Polsce faktycznie Policja nie ma prawa zatrzymywać kierowców wyłącznie w celu sprawdzenia trzeźwości – ot, tak sobie) potwierdziły: niezależna opinia Rzecznika Praw Obywatelskich oraz kilku ekspertów, deliberujących w studio telewizyjnym nad wywołanym przypadkiem.

A przypadek ten, jako żywo, przypomina akcję łódzkiej Policji, zorganizowaną kilka lat temu na ulicach miasta. Funkcjonariusze, wcześnie rano, zatrzymując kierowców, jadących samochodem do pracy, ustawiali się z alkometrami w dość ruchliwych miejscach. Kazano dmuchać po kolei wszystkim – jak leci. Efekt tej akcji był taki, że tworzyły się gigantyczne korki, a zdenerwowani ludzie wrzeszczeli na Policję, że spóźnią się do roboty. Zajmowałem się dziennikarsko tematem, więc sprawdziłem: na skutek akcji namierzono i zatrzymano ZERO nietrzeźwych kierowców. Nikogo. Wkrótce kontroli zaprzestano (właśnie wtedy pojawiła się pierwsza opinia RPO w tej sprawie), ale zwolennicy pomysłu gardłowali gdzie się da, że prewencyjnie akcja odniosła wielki skutek. Nie szkodzi, że normalni ludzie nie wsiadają rano za kółko „na bani” (poza wszystkim, nikt do pracy pod gazem chodzić nie chce): propaganda trąbiła o wielkim sukcesie Policji, rzekomo poprawiającej swoimi działaniami stan bezpieczeństwa na łódzkich drogach.

Należy bowiem oddzielić dwie sprawy. Jedną jest rzeczywista troska o trzeźwość kierowców, a drugą skala uprawnień, jakie władza otrzymuje od nas w celu ochrony naszego bezpieczeństwa. Zwróćmy uwagę: pan Najzer nie kwestionuje potrzeby kontroli drogowych. Wiadomo, że są one niezbędne dla utrzymania w ryzach tych, którzy poważnie łamią prawo i zagrażają w ten sposób innym ludziom. Przedmiotem niechęci pana Najzera są, jak sam mówi, „łapanki”. Czyli takie działania stróżów prawa, które (jak się okazuje, wbrew przepisom) ograniczają wolność osobistą użytkowników dróg – a uzasadniane są, ma się rozumieć, troską o nasze bezpieczeństwo.  Jednym słowem – nie gódźmy się, żeby Policji wolno było za dużo, bo inaczej stajemy się niewolnikami opresyjnego systemu. Takiego, w którym władza posuwa się zbyt daleko wgłąb naszej prywatności.

Nie zgadzam się przeto z argumentem, że trzeba robić jak najwięcej wyrywkowych kontroli, bo wtedy złapiemy więcej nietrzeźwych kierujących. Łódzki przypadek wykazuje, że tak wcale być nie musi. Patrole Policji (w tym lotne, często nie oznakowane) obserwują zachowanie kierowców na drodze. Jeśli auto porusza się nietypowo, stwarza zagrożenie – z kierowcą raczej na pewno jest coś nie tak – wówczas zatrzymanie pojazdu do kontroli jest nie tylko wytłumaczalne. Jest niezbędne! Wtedy owe „uzasadnione przyczyny” kontroli nie budzą najmniejszych wątpliwości. Ustawianie patroli w miejscach niebezpiecznych, organizowanie akcji w okresach, gdy spożycie alkoholu wzrasta – to wszystko działania prewencyjne, których zasadności nikt nie podważa. Nie trzeba natomiast robić „łapanek”, które pożądanego efektu nie dają, a jedynie skazują obywateli na naruszanie ich niezbywalnego prawa do wolności. Mój samochód, moi w nim pasażerowie – zatem wara od nich, proszę Państwa, o ile nic złego nie zrobiłem. Lub o ile nie zachowuję się na drodze tak, że wzbudzam podejrzenie o wejście za kółko w stanie wskazującym na spożycie.

Ktoś w dyskusji postawił argument: jakby panu Najzerowi ktoś pijany zabił autem kogoś z rodziny, to śpiewałby inaczej… Proszę Państwa, świat jest okrutny: zdarzają się na drogach wypadki śmiertelne, z udziałem pijanych kierowców – i nie ma na świecie państwa, gdzie te wypadki się nie zdarzają. Nie da się całkowicie wyeliminować wypadków drogowych. Ale by zmniejszyć ich ilość nie trzeba wcale zwiększać uprawnień kontrolnych Policji. Wiadomo, że normalny (mądry) człowiek nie wsiada pijany za kierownicę. Tego, który jest głupi, najlepiej wystraszyć. Spróbujcie dyskutować z głupcem. Strach natomiast każdemu przemówi do rozsądku, zwłaszcza człowiek głupi musi się bać jakiejś kary, bo wtedy najlepiej zrozumie, czego nie powinien robić. Dlatego jedynie surowość kar za przestępstwa drogowe oraz skuteczność ich wykonywania będzie efektywnym sposobem walki z pijanymi kierowcami. Spróbujmy, jak radzi pan Najzer, sądzić sprawców wypadków drogowych jak morderców. Bezwzględnie egzekwujmy nałożone kary. Już nie mówię o metodach średniowiecznych, choć sam najchętniej zorganizowałbym w kilku największych miastach parę przykładowych egzekucji. Zabiłeś autem po pijaku matkę z dzieckiem, zostaniesz rozstrzelany. Publicznie, żeby podobni do ciebie dobrze się przestraszyli… Ale nawet dożywocie za spowodowanie po pijanemu wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym niosłoby ze sobą jakiś zalążek sprawiedliwości. I to byłaby, proszę Państwa, właściwa praca nad bezpieczeństwem naszych dróg. A nie jakieś łapanki, organizowane dla poprawienia statystyk lokalnej komendy Policji – lub, nie daj boże, wypełnienia dziury w gminnej kasie – w których odpowiedzialność za działania pijanych kretynów muszą ponosić ludzie uczciwi. I to wszystko jedno, w jakim kraju.

Można w tej sprawie dyskutować długo, m.in. nad sensownością przepisu o zapinaniu pasów. Policjant chce ustawić się na drodze z lornetką i wlepić mandat kierowcy, którego z paru kilometrów przyuważył na jeździe bez  pasa… Pytanie numer jeden: w jaki sposób zapięcie pasa kierowcy ma wpływ na bezpieczeństwo innych użytkowników drogi? Otóż nie ma żadnego. Jak nie zapnę sobie pasa, to najwyżej sam ucierpię z tego powodu w wypadku na drodze. To jest moje auto i moje pasy – i powinienem robić z nimi, co uważam za słuszne. No, ale, jak zauważył jeden z dyskutantów: dura lex sed lex. Ten przepis w Polsce obowiązuje, więc należy się do niego stosować. Choć generalna konkluzja jest taka: bezpieczeństwo na drodze TAK, naruszanie wolności NIE. I to wszystko jedno, przez jaką władzę.

W sieci internetowej, dokładnie jak w życiu realnym, ludzie są różni. Dzielą się – w mojej ocenie – tylko na dwa sposoby. Są mądrzy i głupi oraz dobrzy lub źli. Każdy inny podział nie ma najmniejszego sensu, ale ten podstawowy, dubeltowy, z dokładnością niemal stuprocentową opisuje istotę świata.

Zjawisko internetowego hejtu istnieje od zawsze i tworzone jest, bez żadnych wątpliwości, przez ludzi złych lub głupich. Najczęściej ludzie źli są również głupi, choć oczywiście wielki strumień nienawiści płynie od osób inteligentnych, w pełni świadomie korzystających ze swej wredoty, perfidii i podłości. Kretyni najczęściej powtarzają bezmyślnie przeczytane w sieci opinie, nie mając nawet krzty rozumu do tego,  by samodzielnie wyrobić sobie jakieś zdanie.

Tak czy inaczej, hejt istnieje, wzbudzając zażenowanie i wstyd ludzi poczciwych. Dotyczy również muzyki, a formę niezwykle agresywnej niechęci przyjmuje w środowisku internetowych fanów metalu. Tam, obok grona sympatycznych, choć złośliwych prześmiewców, uaktywnia się w dyskusjach także grono wyjątkowo podłych bydlaków, obdarzających nienawiścią – czy to zespoły, czy po prostu innych uczestników muzycznego życia tej niszy. Ofiarą hejterów padł ostatnio zespół, w którym gram: Triagonal, walczący o środki na nagranie drugiej płyty w kampanii crowdfundingowej.

Wywiad w tej sprawie przeprowadził ze mną Przemek Popiołek – stary, metalowy fachowiec, od szeregu lat wydający Infernal Death, jeden z najbardziej znaczących (i lubianych) zinów undergroundowych. Przemek nie jest fanem crowdfundingu, ale na pewno nie jest też ani hejterem, ani chamem. Pozwolił mi wykorzystać tutaj rozmowę, która opublikowana będzie w papierowej wersji najbliższego numeru Infernal Death Magazine, szykowanego do wydania jeszcze tej jesieni. Dziękuję Przemasowi za jej udostępnienie i mam nadzieję, że jest ona wystarczająco dosadną odpowiedzią wszystkim internetowym hejterom.

TRIAGONAL- REMO MIELCZAREK

Remo Mielczarek to osoba swego czasu poważnie udzielająca się w światku muzycznym, bo i Sacriversum i Metal Hammer. Dziś jakby go mniej, choć walczy dzielnie ze swoim Triagonal. Za sprawą akcji zbierania funduszy na kolejny album zrobiło się jakby głośniej i właśnie dlatego zamieniliśmy z Remigiuszem parę słów. Jarkowi też dziękujemy. 

-Remo – jak idzie akcja zbierania funduszy na kolejną płytę? Potrzeba było 6000 netto…

- Idzie dość powoli, ale konsekwentnie. Na dziś, niespełna miesiąc do końca projektu, udało nam się zebrać ponad 30% potrzebnej kwoty. Chcę w tym momencie przekazać słowa ogromnego podziękowania wszystkim, którzy nam zaufali i dokonują tej specyficznej przedpłaty na nową płytę. Używam świadomie słowa „przedpłata”, ponieważ akcja nasza nie jest żadną formą żebractwa, jak sugerują niektórzy wrogowie crowdfundingu netowego, tylko sprzedażą nowej płyty przed jej nagraniem. Od ludzi, którzy dokonują wpłat, wymaga to zaufania: kupują w ciemno wierząc, że materiał będzie tego wart. Opierają się jedynie na wiedzy, uzyskanej podczas słuchania naszego pierwszego albumu, „Dichotomy of Mind”. Udzielają nam kredytu zaufania, więc jesteśmy im ogromnie wdzięczni. Jeśli projekt się uda – a wierzę, że tak – zrobimy wszystko, by tych szlachetnych ludzi nie rozczarować.

-W informacji o was przy okazji tego zbierania wspomniano, że poprzedni album wydany w nakładzie 500 nie sprzedał się cały, bo gdyby tak było, znalazła by się kasa na kolejne studio. Skoro więc sprzedajecie np. około 300 sztuk płyty i żadna wytwórnia nie jest zainteresowana…to może czas odwiesić zbroję na wieszak?

- Zespół Triagonal powstał, gdy trzech bardzo doświadczonych grajków zechciało na starość dać sobie jeszcze trochę frajdy. Pokombinować z muzyką, spotykać się na próbach i – jeśli dobrze pójdzie – zarejestrować efekt tych działań, raczej w formie pamiątki dla siebie niż w celach promocyjnych. Zaczęliśmy robić utwory nadspodziewanie szybko i materiał na album mieliśmy po kilku miesiącach prób. Uznaliśmy, że pozbieramy wszystkie oszczędności i spróbujemy nagrać sobie płytę. Dzięki pomocy wielu życzliwych znajomych udało się to zrobić w miarę tanio. I dlatego wydaliśmy „Dichotomy of Mind”, nasz debiut, który do dziś próbujemy sprzedawać sami. Powtarzam: zupełnie sami, bez wsparcia żadnej firmy, oferującej promocję i kanały dystrybucyjne. Kto nie wie, co znaczy samodzielna sprzedaż jakiegokolwiek, zupełnie anonimowego produktu – polecam spróbować! Fajna lekcja pokory i doświadczenia. Na pewno z pomocą wyspecjalizowanej firmy dotarlibyśmy z płytą do szerszego grona odbiorców… Czy byłoby więcej kupujących ? Tego nie wiem i nikt tego nie wie. Ale dostęp do produktu stałby się większy, gdyby płyta była sprzedawana w jakimkolwiek sklepie. Oferujemy ją wyłącznie przez internet i na koncertach. W takich warunkach sprzedaliśmy około dwustu płyt, co i tak uważam za spory sukces. I tu pojawia się Twoje pytanie – czy czas odwiesić zbroję na wieszak? Odpowiadam: myśmy nie po to zaczęli grać, żeby osiągać sukcesy sprzedażowe. To nie jest muzyka komercyjna i może dlatego żadna wytwórnia nie jest nami zainteresowana. A skoro nie udało się dotrzeć do dużej ilości odbiorców naszemu debiutowi, to trudno zbadać, czy tak naprawdę jest to produkt, budzący zainteresowanie fanów. Nie wiemy, czy ta muzyka jest dobra, bo zbyt mało osób ją oceniło. Odpowiadam dalej: jeśli projekt na wspieram.to się nie uda, wszystkie dotychczas wpłacone tam pieniądze wrócą do darczyńców. My natomiast zostaniemy bez grosza na nową sesję, ponieważ sami nie mamy już oszczędności. Normalnie żyjemy – musimy zabezpieczać byt własnych dzieci, spłacamy kredyty, płacimy czynsze, musimy mieć na jedzenie. A zatem, w przypadku niepowodzenia, po prostu zostaniemy w naszej piwnicy i będziemy dalej grać muzykę dla siebie, sprawiając sobie frajdę. A jeśli w przyszłości znajdzie się jakiś sponsor, albo wydawca, gotów zainwestować w naszą drugą sesję nagraniową – będziemy gotowi. Na pewno nie zaprzestaniemy grania tylko dlatego, że jakaś grupa gówniarzy w internecie źle nam życzy. Jesteśmy na to za starzy, zbyt mądrzy – i już nic nie musimy. Robimy swoje i robić to będziemy dalej.

-Parę dni temu zahuczało na FB o kapeli Hetman, która też taką zbiórkę robi, ale tam minimum wpłaty to 100 pln – no i zrobiła się gównoburza. Wiadro słusznych, wg mnie, pomyj wylano na zespół. Nie sądzisz, że takie niewypały zniechęcą ludzi do takich akcji?

- Nie chcę wypowiadać się na temat akcji grupy Hetman, bo to jest ich sprawa. Robią, co uważają za słuszne. Mierzi mnie natomiast i obrzydza wszelka nienawiść, która towarzyszy crowdfundingowi, ogłoszonemu przez ten i inne zespoły. Nie widzę po prostu powodu do nienawiści, bowiem takie akcje nie niosą z sobą nic złego, nie krzywdzą nikogo. Po co ten hejt??? Mamy wolny rynek, żyjemy w wolnym kraju. Na zachodzie Europy, w USA, takie akcje są zupełnie normalne! Nikt niczego nie hejtuje: jest tyle kapel, którymi nie interesują się wytwórnie, że crowdfunding jest zjawiskiem powszechnym. Tam jakoś każdy rozumie, że skoro muzycy nie mają kasy na opłacenie sesji nagraniowej, to podejmują – legalne i uczciwe – próby zdobycia pieniędzy. Podkreślam: to nie jest żadne żebractwo. To jest zwykła przedsprzedaż, bo za wpłatę oferent dostaje konkretne przedmioty. U nas, w projekcie Triagonal, jest identycznie: wpłacasz dychę, to Ci dziękujemy. Ale od dwudziestu złotych w górę (czyli od kwoty, na którą po obliczeniu kosztów wyceniliśmy egzemplarz naszej płyty) każdy coś dostaje. Egzemplarz debiutanckiej płyty, nagranie cyfrowe drugiej – i tak dalej. Im wyższa wpłata, tym więcej za nią masz w zamian. Układ jest do bólu uczciwy, wymaga tylko zaufania wpłacających, że nagrana płyta będzie muzycznie udana. Ale identyczne ryzyko ponosi ten, który idzie do sklepu z płytami i bierze z półki nowy krążek ulubionej kapeli. Oczywiście pod warunkiem, że nie poznał wcześniej zawartości albumu, na przykład w sieci. Jednak ryzyko, że kupisz płytę, która Ci się nie spodoba, istnieje zawsze. Teraz – czy podobne „niewypały”, jak z Hetmanem, nie zniechęcają ludzi??? Tu znowu powraca kwestia wolności wyboru. Jeśli nie chcesz wpłacać, nie wpłacaj, nikt Cię nie zmusza. Ale obrażania, hejtu, nienawiści wobec kapel, które decydują się na crowfunding nie zrozumiem nigdy. Jest to zwykłe chamstwo, prymitywny brak dobrych manier i szacunku dla innych. Tym bardziej obrzydliwy, że dotyka zespołów, starających się przecież zadowolić słuchaczy. Jak im to wychodzi – to już inna kwestia, ale każdy band jakichś fanów ma. I hejt wobec zespołu w pewien sposób obraża również tych fanów…  Krótko mówiąc: jak ktoś chce pomóc, to pomoże i ja mu będę wdzięczny. Chamstwu w internecie pokazuję środkowy palec.

-Tak w ogóle powiem Ci, że średnio mi się one podobają – wiem, że są tacy, którzy zbierają na wszystko, co chcą i to z nawiązką, ale ja siebie nie wyobrażam w takim proszeniu, nie trąci Ci to trochę żebraniem o kasę? Stało się to taką małą plagą, na której łatwo się jest wyłożyć i zostać, podobnie jak HETMAN, obśmianym. Patrz –  ja np. nigdy nawet tej nazwy nie znałem, teraz będzie mi się kojarzyła tylko z tym proszeniem się o kasę. Nie wyszło kapeli NORTHERN PLAGUE, nie udało się Leszkowi Sianożęckiemu z Thrashing Madness, ok – Jarkowi Szubrychtowi tak, z Gazetą Magnetofonową, ale to chyba już inna liga…

- Inna liga? Aha, czyli wśród „żebraków” w necie są lepsi i gorsi? To znaczy, że niektórym wypada to robić, bo są „kultowi”, a innym nie? Świetnie… w tym momencie powinienem w zasadzie zakończyć dyskusję. Ale powiem tak: nie obchodzi mnie, jak się udają akcje crowdfundingowe moich kolegów, albowiem każdemu z nich życzę powodzenia. Po prostu wiem, co ich popchnęło do takich decyzji. Chcesz grać, nagrywać, nie masz pieniędzy – to masz prosty wybór. Albo znajdziesz pieniądze, albo grasz do ściany lub się rozwiązujesz. Hejterzy w sieci wcale nie muszą nam o tym przypominać, każdy z nas dobrze ocenia własną sytuację. Rzecz w tym, że dla każdego z „proszących” muzyka jest pasją życia – i nie wyobrażamy sobie sytuacji, że brak kasy pozbawi nas możliwości jej tworzenia. Toteż staramy się, w sposób uczciwy, o te pieniądze walczyć wszelkimi sposobami. Jednym się udaje, innym nie, jak ze wszystkim w życiu. Ale mam prośbę: odwalcie się od crowdfundingu, wszyscy wy chamy i hejterzy, którzy kurwa nie macie pojęcia, co znaczy walczyć każdego miesiąca o chleb dla dzieciaków, wykrwawiać się w każdy weekend, żeby spłacić ratę kredytu mieszkaniowego, odmawiać sobie żarcia, żeby starczyło na nowe struny… Odpierdolcie się od nas po prostu, róbcie swoje, słuchajcie swoich kapel, jarajcie się swoimi kultowymi i prawdziwymi hordami, które są zbyt dumne, żeby żebrać o pieniądze. Ale zrozumcie też, wreszcie, że świat nie jest czarno-biały. Na szczęście są na nim też ludzie porządni.

Jako, że w ten przemiłej konwersacji pojawił się Jarek Szubrycht postanowiłem i jego zapytać o to, co sądzi o idei crowdfundingu i czy czuje się w tym lepszy od innych- oto jego riposta, cięta jak goździk na imieniny Brajanka:

Jarek Szubrycht: Crowdfunding to jest narzędzie. Jak telefon komórkowy – można robić sobie nim zdjęcia genitaliów i wysyłać na losowo wybrane numery, ale można też używać go do pracy lub kontaktu z rodziną podczas długich wyjazdów. Można też komórki nie mieć, wciąż są tacy ludzie i zdaje się, że nie cierpią z tego powodu. Crowdfunding również ma tylko taki sens, jaki mu nadasz – jeśli zbierasz na rzecz, która ludziom nie jest potrzebna, jeśli twój pomysł jest zły, albo nie umiesz o nim dobrze opowiedzieć, to nie zbierzesz. Jeśli natomiast robisz coś, co ludzie uznają za fajne, przydatne, ciekawe, to pójdą za tobą. Nie ma lepszego uzasadnienia sensowności projektu od tego, że ktoś zupełnie obcy powierza ci swoje pieniądze z nadzieją, że się uda. I to naprawdę wspaniałe uczucie, kiedy okazuje się, że masz 100% – nie tylko i nawet nie przede wszystkim dlatego, że kasa się zgadza. Na szczęście korzystanie z crowdfundingu nie jest obowiązkowe – więc można w ten sposób pieniędzy nie zbierać, można też nie wspierać. Oczywiście, można też recenzować każdą kolejną akcję crowdfundingową, jeśli ktoś czuje taką potrzebę. Ja mam na przykład potrzebę recenzowania na Facebooku telewizji śniadaniowej i talent shows, więc mam dużo wyrozumiałości dla tych, którzy muszą podnosić lament zawsze, gdy na PolakPotrafi pojawi się jakiś metalowy/rockowy band. Ale ja nie wiem, na co zbiera i co oferuje zespół Hetman, bo mnie zespół Hetman nie interesuje – jeśli jednak znajdą się ludzie, którzy zechcą to od zespołu Hetman dobrowolnie kupić, to co mi do tego? Nie czuję się od nikogo lepszy, choć rzeczywiście kiedy zbieraliśmy na „Gazetę Magnetofonową” gównoburzy w internecie nie było, albo była w miejscach, do których nie zaglądam. Jeśli nie było, to może dlatego, że umiem się brzydko odgryźć, a może dlatego, że projekt po prostu się spodobał? Ale najpewniej dlatego, że jestem lubiany, szanowany i ładnie pachnę.

- Nie chodzi że w żebractwie są lepsi lub gorsi, tylko że innym się udaje z palcem w dupie , innym nie – Jarek ma kontakty w całej branży muzycznej – stąd określenie inna liga

- No dobra, ale to jest akurat normalna sytuacja. Zespół Tides From Nebula zbierał niedawno na rozbudowę własnego studia muzycznego. Tam się dopiero rozlał hejt! Obsrywano ich od stóp do głów, oblewano jadem i szkalowano jak net długi i szeroki. A oni zebrali kasę, rozbudowali pomieszczenia studyjne, a teraz właśnie rozpoczynają trasę koncertową po całej Europie. Czy coś zrobili komuś, kurwa, złego? Otóż nic. Ale nienawiść ludzka jest bezgraniczna. Wystarczy, że innym się coś udaje, od razu warto tych „innych” zmieszać z błotem. Ale te przypadki – Gazeta Magnetofonowa, Tides From Nebula – są akurat wyjątkowe. Gdyby projekty crowdfundingowe się nie powiodły, pewnie łatwiej byłoby pozyskać dla nich źródła finansowania. Zdecydowana większość projektów dotyczy jednak kapel biednych, które decydują się na rozpoczęcie akcji zbierania, bo naprawdę nie mają skąd tych pieniędzy wziąć.

- No, ok – trzeba po niewiele ponad 200o na osobę, a wiesz co pomyślałem – że może lepszym pomysłem było by przez kilka miesięcy wstecz odkładać po 200, 300 złociszy i by się uzbierało, bo widzisz sam, jaki jest efekt – więcej złego niż dobrego, absmak w ustach i niezdrowe emocje – warte to tego?

- Wiesz co? Pewnie ludzi nic nie obchodzi moje życie prywatne. Ale wywołujesz mnie do odpowiedzi, to Ci powiem. Na etacie w agencji konsultingowej zarabiam netto 3200 zł. Każdego miesiąca muszę zapłacić podwójne alimenty (1100 zł), ratę kredytu mieszkaniowego (1100 zł), czynsz (490 zł), opłatę za telefon, internet i TV (300 zł), prąd i gaz (ok. 150 zł). A także ratę ubezpieczenia emerytalnego, bo w ZUS nie wierzę – 350 zł. To daje w sumie kwotę 3500 zł. To jest więcej, niż zarabiam. Muszę jeszcze kupić jedzenie i paliwo do auta. Powiedz mi, kurwa, z czego ja mam odłożyć 200 zł miesięcznie na płytę??? Żyję tylko dzięki karcie debetowej i fuchom, które jakoś szczęśliwie udaje mi się wyłapywać weekendami, o ile nie spotykam się wtedy z dziećmi… Nie jestem upoważniony, żeby relacjonować tu życie prywatne kolegów z zespołu, ale przyjmij do wiadomości, że sytuacja każdego z nas jest podobna. Nie mamy kasy na dodatkowe wydatki – i już. Ale hejterzy tego nie wiedzą. Łatwo jest wylewać wiadra gówna na głowy ludzi, o których nic się nie wie. Jeszcze jedno: pisałeś gdzieś w necie, że jakbyś nie miał kasy, to byś nie wydawał Infernala. To teraz powiedz szczerze: chciałbyś tego? Poświęciłbyś – ot, tak sobie – te wszystkie lata, kiedy wydawałeś zina, jeździłeś na koncerty, robiłeś wywiady i recki? Rzuciłbyś to bez żalu, pod przymusem finansowym, bo Ci zabrakło gotówki? Sorry, ale jeśli powiesz, że tak – to Ci po prostu nie uwierzę. Nie da się z tego wyjść zupełnie bez szwanku.

Ja wychodzę z założenia- nie stać mnie, nie robię/jadę/kupuję. W życiu bym nie zrobił zrzutki na kolejny numer jeśli nie miał bym na niego pieniędzy- pies jebał te wszystkie lata- liczy się tu i teraz- już prędzej ukradł bym lub zbierał złom. Miłego dnia wam życzę wszystkim. 

 

 

Zawrzało w internetach, bo nasz Michał Szpak na Eurowizji otarł się o sukces! Był trzeci w głosowaniu telewidzów i gdyby nie zupełny brak zainteresowania tzw. fachowych gremiów jurorskich we wszystkich krajach (nie tylko) europejskich, to może byśmy wygrali. Ach, ci wredni jurorzy… ciągle nas pomijają w swoich ocenach, a przecież nie tylko vox populi ma decydować o kolejności utworów na mecie! Nawet Artur Orzech przyznał, że jurorzy od lat są stronniczy i gdyby nie oni, to już dawno prestiżowy konkurs Eurowizji odbywałby się w Polsce. A tak znów z goryczą przekonujemy się, że jesteśmy kontynentalnym zaściankiem, wychodkiem Europy. A na pocieszenie zostaje nam tylko satysfakcja, gdy piosenka Michała Szpaka z przedostatniej, wstydliwej pozycji, wspina się w górę o trzy czwarte stawki, z pomocą naszej niezawodnej Polonii.

Zacznijmy od tego, że piosenka Michała Szpaka – podobnie jak zdecydowanej większości artystów, występujących w tegorocznym finale, jest muzycznym koszmarem. Banalne, oklepane schematy, nudna, mdła i przesadnie pompatyczna melodia, kwadratowa kompozycja, nieudany aranż. Po tej piosence nie zostaje w głowie nic, może poza czerwonym kolorem marynarki wykonawcy, co w gruncie rzeczy potwierdziła rezolutna, szwedzka prowadząca… Szpak rzeczywiście zaśpiewał czysto – i to wszystko. Jego barwa głosu, metaliczna i jakby nieoszlifowana, ma się zupełnie nijak do charakteru przygotowanej piosenki. Zachowanie artysty na scenie, jakby sprzeczne z charakterem i wymową utworu, tylko podkreślało zupełnie chybiony mariaż osobowości twórczej Szpaka i piosenki, dla zupełnie innego temperamentu estradowego wymyślonej. Słabizna, co w połączeniu z od lat pielęgnowanym image scenicznym Michała Szpaka od razu tworzy sugestię, jakoby specjaliści od krajowego szołbizu przygotowali na Eurowizję produkt „pod Conchitę”, licząc na łaskawość poprawnej obyczajowo i politycznie Europy.

Nie chcę tu już narzekać, że w Polsce są dziesiątki zdolniejszych wokalistów, śpiewających znacznie ładniejsze piosenki. Identyczny marazm wyświetlały nam telewizory przez cały wczorajszy wieczór z Eurowizją: jakością artystyczną utworów broniły się trzy, może cztery kandydatury. Na pewno Gruzja, z wyluzowanym, rock-elektro gitarowym zespolikiem. Armenia, do zgrabnej i ładnej pani dołączająca w tym roku niebrzydką piosenkę z folkowym zaśpiewem. Dało się też posłuchać bez żenady bułgarskiej blondyneczki, bardzo sprawnej na estradzie – oraz kapeli z Cypru, w interesujący, eklektyczny sposób mieszającej w swym utworze różne wpływy, jak to na Cyprze. Reszta – wypad, kompletne nieporozumienie. Żenada, czasami tylko broniąca się (jak w przypadku Rosji) grubą kasą, wydaną na produkcję krótkiego klipu alive – oraz, jak w przypadku Ukrainy, mocno patriotyczną i martyrologiczną treścią utworu, który miał zapewne swą powagą odstawać od ogólnej miałkości oferty Eurowizji.

I tak się złożyło, że między Rosją a Ukrainą do ostatniej chwili rozstrzygał się bój o końcowe zwycięstwo. Niczym wśród kopalń Donbasu… Ach, byłbym zapomniał: jeszcze Australia, przecież od zawsze znajdująca się w Europie. Oczywiście, mimo silnej koalicji państw, które jak zwykle podlizywały się Rosji (Białoruś od zawsze, Grecja i Cypr z powodów ściśle turystycznych) zwyciężyła słuszna sprawa. Dzielni Bałtowie wsparli bez strachu Ukrainę, dołączając tym samym do grona państw cywilizowanych. No i Polska, w rzeczy samej… Wielki awans głosami Polonii! Ale dla nas, rodaków, masowe głosowanie polonusów to – spójrzmy sami – tak naprawdę powód do rozpaczliwej, tragicznej konstatacji. Siła naszych zagranicznych głosów była ogromna, a to znaczy, że jesteśmy narodem o największej w Europie skali emigracji. Że nie mieszkamy we własnym kraju, że wciąż opłaca nam się z niego zwiewać.

Jest banalnym do bólu stwierdzenie, że Eurowizja tak naprawdę nie ma nic wspólnego z muzyką. Jest oszustwem, ustawką, imprezą polityczną, manifestacją poglądów dominującej ideowo racji w Europie, za pieniądze wszystkich jej obywateli. Czemu to jest robione, zapytamy. Ano temu, że Eurowizję ogląda jednorazowo dwieście milionów ludzi. Opłaca się dla takiej widowni wpompować miliony „jurków” w propagandowe show, o którym przez wiele dni później dyskutować się będzie w salonach (i zaściankach) całego kontynentu. I w bratniej Australii też, a jakże. W tej sytuacji nie dziwi  nawet fakt, że przy okazji wypromować postanowił się Mr. Justin Timberlake, który zaprezentował szerokiej widowni utwór, swą miałkością nie różniący się w żaden sposób od wykonywanych w konkursie produktów piosenkopodobnych…

Muzyka to nie sport: nie da się stoperem i matematyką wykazać, kto jest lepszy na mecie. I dlatego brzydzą mnie wszystkie „konkursy muzyczne”, nawet ten najszlachetniejszy, Chopinowski. Dlatego brzydzi mnie Eurowizja, wykorzystująca antyczną kategorię „agon” (opisującą perypetie, toczące się dzięki konfliktom i rywalizacji między bohaterami) do celów polityczno-ideowych, nie zaś artystycznych. I brzydzi mnie ferment społeczny, jakie to zjawisko wywołuje wśród europejskiej „ludożerki”, tradycyjnie łykającej wszystko, co tylko podsuną jej w telewizji kontynentalni eksperci od socjotechniki. A muzyka? Jest zupełnie gdzie indziej.

Dawno, dawno temu –  czyli 20 lat wstecz – PZPN wpadł na genialny pomysł rozgrywania finału Pucharu Polski na neutralnym stadionie. Nie było wówczas narodowego „gniazda”, zatem należało wymyślić miasto, na którego stadionie (jakiejś drużyny ligowej) mecz zostanie rozegrany. W roku bodaj 1996 padło na Łódź i ŁKS- obiekt przy al. Unii gościnnie przyjął  zwaśnionych kibiców dwóch drużyn: warszawskiej Legii i katowickiego GKS-u. Fanów porozmieszczano na przeciwległych, „krótkich” trybunach, tworząc miejsce neutralnym „miłośnikom piłkarstwa”. Nic więc dziwnego, że obie długie trybuny zajęli miejscowi, przy czym swoją ulubioną „galerę” wypełnili, uzbrojeni w normalny, meczowy sprzęt (flagi, pirotechnika, confetti) szalikowcy ŁKS. Skłóceni zarówno z Legią, jak i z GKS-em.

I od razu się zaczęło. Najpierw Legia zaśpiewała: „Gola, gola, gola, strzelcie k*rwom gola!” Katowice, z charakterystycznym, śląskim akcentem, odpowiedziały identycznie wulgarnym tekstem, tylko głośniej… Po sekundzie włączył się ŁKS: „Gola, gola gola, strzelcie se k*rwy gola!”…

Był to bodaj jedyny spośród dziesiątek obejrzanych przeze mnie meczów piłkarskich, gdy na trybunach znajdowało się więcej grup kibicowskich, niż drużyn na murawie… Ale nie o tym chciałem. Oto przecudowny, godny zapamiętania na zawsze obrazek stadionowy, pasuje jak ulał w roli genialnej metafory do zdarzeń politycznych, jakie dziś związują w ostrych sporach Polaków – nawet tych, którzy w ogóle nie interesują się piłką nożną.

Gdy spojrzymy nieco z góry, jakby wznosząc się  modnym ostatnio dronem, znowu zobaczymy w Warszawie krajobraz po dwóch wrogich sobie marszach poparcia. „Ilu było naszych?” – pytają jedni. „Źle nas pokazano, to wymaga kontroli!” – gardłują drudzy, z pozycji siły. Zupełnie jak kibole. Dokładnie tak samo, prymitywnie i z gangstersko-mafijnym zapiekleniem, rywalizują w naszym kraju grupy szalikowców. Walczą o to, kogo było więcej, kto miał „lepszą oprawę” i mocniej przeklął drugiego – przy czym wynik meczu ma kompletnie zerowe znaczenie. To my musimy być lepsi od tamtych: pokazać, że rządzimy „na kwadracie”. A w internecie należy zamieścić filmy, które dokumentują nasz sukces. Zaś inne ekipy, tylko pośrednio zaangażowane w ten spór, siedzą gdzieś obok i szydzą z naszych starań.

Niestety – spór publiczny w Polsce, o to, kto reprezentuje słuszniejszą opcję, który jest „nasz” albo „obcy”, w ostatnich latach mocno się w Polsce zaostrzył. I osiągnął dno kibolskiego zapieklenia. To już jest poziom gangsterskich porachunków „na dzielni”, w wykonaniu troglodytów przywdzianych w klubowe barwy, dokładnie identycznych po obu stronach barykady. Ogłupiałe masy znów wychodzą na ulice, prowadzone przez liderów, których jedynym celem jest ubicie własnego interesu, przy ślepej pomocy wiernego stada owiec. I znów wszyscy dają się prowadzić niczym na rzeź, przeciwko tym drugim. Gorszej, słabszej, wrogiej bandzie po drugiej stronie krajowego podwórka. Główne pytanie: kto się przypatruje? Kto, rechocząc donośnie, skręca się ze śmiechu i szyderstwa na widok obelg, rzucanych w obie strony? Kto nam życzy, byśmy „se gola strzelili”???

Od długiego czasu polski świat polityki (to szlachetny wzór amerykański) dzieli się na dwa główne obozy. Niektórzy śmieją się: dawny PPR wciąż walczy z dawnym PPS-em. Problem w tym, że od lat głosujemy na dwa prawie identyczne rodzaje biedy pod innymi sztandarami. Od 89 roku zmieniają się partie, ich nazwy i kolory. Nie zmieniają się ludzie, prawie ci sami (niektórzy wymierają, a młodzi dochodzą, dobrze wyszkoleni na partyjnych zebraniach) – którzy jeszcze nie zapewnili Polakom przyzwoitej zamożności. Dobrze mają się jedynie „nasi”, podpięci pod układ władzy. Raz ci, raz tamci obskakują lukratywne etaty w sektorze publicznym – w całym kraju, od góry do dołu. Holują za sobą kolegów. A innych, bez względu na kompetencje czy doświadczenie w danej branży – elita ma gdzieś. Wciąż nad Wisłą panuje osobliwy ustrój: mieszanka socjalizmu dla wszystkich z dobrobytem dla swoich. Pomyślmy chwilę. Czy po upadku komuny kieszeń przeciętnego Kowalskiego pozwala na godziwe życie we własnym kraju? Czy emerytury pozwalają nam,  jak niemieckim sąsiadom, na zwiedzanie świata w jesieni życia? Czy większość z nas może miesięcznie, bez żadnych kłopotów, zaoszczędzić pieniądze na swobodne wydatki poza jedzeniem i świadczeniami? Jak nasi pobratymcy w Unii – Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi? Otóż nie. I ci, którzy to dostrzegli, zrozumieli, a mają zbyt wiele godności, by wysługiwać się politycznym kacykom, są od dawna w Londynie. Na zmywaku, niestety.

Spór „czarnych” z „tęczowymi” nie służy dziś nikomu poza wysokimi funkcjonariuszami obydwu ugrupowań. No i tajemniczym obserwatorom z zewnątrz… Może, w co głęboko wierzę, Polska naszych potomków wyglądała będzie inaczej. Może zostanie krajem ludzi zamożnych, których stać będzie na godziwą opiekę medyczną, edukację wysokiej próby, godną starość, wypełnianie potrzeb kulturalnych… Może ten post-komunizm (wszystko jedno, pod jakim sztandarem) wreszcie zdechnie. Obyśmy zrozumieli to jak najszybciej.

Wiem o jednej. Ale słyszałem, że co najmniej kilka firm, zajmujących się w Łodzi organizacją rozmaitych imprez stanęło przed groźbą drakońskich kar finansowych. Powód? Łódzki ZUS wziął się za papiery: konkretnie za umowy o dzieło, podpisywane między organizującymi estradowe imprezy firmami a ludźmi, uprawiającymi wolne zawody. Muzycy, artyści kabaretu bądź sztuki cyrkowej, konferansjerzy… mnóstwo jest tak zwanych wolnych specjalności, które – żyjąc z własnych prezentacji – legalnie wykonują zamówienia na rzecz agencji eventowych, podpisując jednorazowe umowy. Najczęściej o dzieło, bo jako wolne od dodatkowych składek są tańsze dla zleceniodawcy. I o to właśnie chodzi: ZUS chce położyć łapę na tych kontraktach. Widocznie urzędnicy systemu uznali, że zbyt dużo kasy przecieka im przez palce zamiast wypełniać wiecznie pusty wór ZUS-owskich potrzeb. Rozpoczęły się kontrole, w których skwapliwie wyciąga się z dokumentacji te umowy o dzieło, które mogły zostać podpisane bez należytego uzasadnienia.

Od tego bowiem roku ZUS (organizując wcześniej cykl fachowych szkoleń dla swoich inspektorów) przyjął znaczne obostrzenia w uznawaniu, co dziełem jest, a co być nie może. Oczywiście to kontroler ma stwierdzić, czy w danym wypadku umowa o dzieło została zawarta poprawnie, zgodnie z obowiązującymi przepisami. W innym przypadku powinna być umową – zlecenie, z obowiązującą składką na ZUS… Inspektorzy zostali podczas szkoleń solidnie pouczeni, jak kwestionować zasadność umów o dzieło. Już nie wszystko, co dotąd dziełem było, może nim pozostać. Przykładowo – poprowadzenie konferansjerki na imprezie nie jest już żadnym dziełem autorskim. No, bo niby jakie tu dzieło zostało wykonane? Zaśpiewanie piosenki, do której pieśniarz nie ma praw autorskich (czyli każdej, skomponowanej przez innego artystę) też, w rozumieniu nowej interpretacji, dziełem nie jest. Mnożą się przykłady, firmy piszą wyjaśnienia pokontrolne, grożą im naprawdę surowe mandaty. Na właścicieli padł blady strach: gdy kwestionowana jest jedna umowa, z Bogiem sprawa. Ale jeśli kontrola dotyczy całego 2015 roku, a mandaty za nieprawidłowe umowy mogą sięgać kilkudziesięciu tysięcy złotych, żarty się kończą. Takie kary mogą już zagrozić egzystencji mniejszych firm. Powiało grozą,  bo w Łodzi i jej pobliżu ostry proces kontrolny jest właśnie w toku.

O co naprawdę chodzi? Otóż ZUS chce zdobyć jak największą kontrolę nad wolnym rynkiem usług artystycznych, zmusić strony do podpisywania jednorazowych umów-zlecenie, przez co oczywiście pobierać haracz (w postaci obowiązkowej składki ubezpieczeniowej) od każdej takiej umowy. Nie od dziś wiemy, że ZUS jest bankrutem. Podejmowane intensywnie kontrole – jestem przekonany, że problem nie dotyczy wyłącznie łódzkiej ziemi  - z daleka wyglądają na rozpaczliwą próbę kolejnego, masowego wyłudzenia pieniędzy, by bankrut mógł jakoś wywiązywać się ze swych ustawowych zobowiązań społecznych. Oczywiście najzupełniej legalnie, w majestacie prawa i jego nowej interpretacji. Oraz, rzecz jasna „w obronie interesu pokrzywdzonych umowami śmieciowymi artystów”. Bo przecież pobierane od umów-zleceń składki przeznaczone są dla nich, tych biednych, krzywdzonych przez wrednych kapitalistów ludzi sztuki, nierzadko z ledwością wiążących koniec z końcem, pozbawionych możliwości regularnego gromadzenia składek emerytalnych i zdrowotnych w ZUS-ie.

Nie ma większego draństwa niż dokonywanie jawnej kradzieży i wmawianie poszkodowanemu, że dzieje się to dla jego dobra. A tak właśnie zachowuje się ZUS – i cały stojący za nim aparat polityczno-państwowy, szukający w kieszeni obywateli, który to już raz, pieniędzy na swój kompletnie niewydolny system obowiązkowych ubezpieczeń społecznych. Wmawianie artystom, że dzięki składkom z podpisywanych doraźnie umów-zleceń są oni w stanie odłożyć w ZUS-ie na godziwą emeryturę jest tak bezczelnym kłamstwem, że aż zatyka… Wszyscy wiemy, jakie emerytury dziś wyliczane są w symulacjach dla odkładających składki regularnych „etatowców”. Są to głodowe kwoty – co dopiero mają powiedzieć ci, których składki opłacane są nieregularnie, właśnie od zleceń? To pierwsza sprawa, druga – pieniądze z tychże zleceń nie trafiają na żadne indywidualne konta tych ludzi w ZUS-ie, bo takich po prostu nie mamy. Kasa wpada do wielkiego wora bez dna i przepada, wydawana na bieżące funkcjonowanie instytucji o nazwie ZUS. Żaden artysta czy inny „wolny zawód” nie będzie miał w przyszłości, z odkładanych od zleceń składek, żadnej godziwej korzyści. Następna, równie ważna sprawa: zlecenie każe zleceniodawcy płacić składkę, a dla tych firm są to bardzo często poważne, dodatkowe obciążenia finansowe. „Eventowcy” na skutek obecnej, urzędniczej polityki będą więc organizować mniej imprez lub zaczną się zwijać, prowokując bezrobocie po obu stronach rynku. Bo wykonawców też zrobi się mniej, gdy popytu na nich zacznie brakować… Kto straci? Wszyscy. Kto zyska? ZUS, wyłącznie. I doraźnie, bo za rok poważnie odchudzona branża będzie podpisywać również mniej umów zleceń, tych oskładkowanych. I źródełko wyschnie. Nie wątpimy, że urzędnicy znajdą sobie wówczas inną ofiarę do wyssania – tylko co zrobić z ludźmi, w branży eventowej pozbawionymi możliwości zarabiania na życie? Tym już ZUS się nie interesuje.

Firmy eventowe, przynajmniej w znanej mi łódzkiej sytuacji, muszą teraz rozważyć dwie drogi. Przyjąć nakładane mandaty (czyli zgodzić się na urzędniczą interpretację tego, co jest, a co nie jest dziełem) – albo je odrzucić, wchodząc z ZUS-em na drogę sądowej walki. Przy obecnych kwotach, jakie w procesach gospodarczych pobierają adwokaci – oraz przy opieszałości sądów, rozpatrujących sprawy w ciągach kilkuletnich, raczej żadnej z tych firm nie będzie stać na takie działanie. Będą się zapewne starali wybronić przed nie uznaniem w ZUS-ie umów o dzieło, albo od razu zapłacą. Tak czy inaczej, łatwo nie będzie. Mam ogromną nadzieję, że rynek prywatnie świadczonych usług eventowych nie zostanie przez to zarżnięty. I że wreszcie w naszym umęczonym, uciskanym narodzie nastąpi nagłe przebudzenie świadomości – w jakim systemie tak naprawdę żyjemy. Bo jest to system, w sensie gospodarczym, wciąż głęboko komunistyczny. I wcale nie został jeszcze obalony.

Nawet teraz, o pierwszej w nocy i wgapiając się w nagraną powtórkę, piszę to wszystko ze łzami w oczach… Na krakowskim parkiecie widzieliśmy rzeczy niebywałe, jakby zdarzył się Cud nad Wisłą 2, o czym zresztą – ze śmiechem na ustach – rozprawialiśmy wcześniej luźno na próbie Triagonala. Polscy piłkarze ręczni, który to już raz w ostatniej dekadzie, postarali się o mecz rodem z filmów SF. Walnęli sześcioma golami absolutnie najlepszy zespół na globie, mistrzów olimpijskich, świata i Europy. Wielką Francję, robiąc to w stylu, jakiego nikt się nie spodziewał – a już na pewno nie po dwóch pierwszych meczach europejskiego czempionatu na krajowych parkietach. Zdarzyło się coś dorównującego sportową marką zwycięstwu piłkarzy nożnych nad Niemcami: to tak, jakby nagle – w meczu o poważną stawkę – Lech (aktualny mistrz Polski) strzeliłby 4:0 Barcelonę. Coś niemożliwego. A jednak się stało.

Trzeba powiedzieć, że Francuzi wyszli na mecz jacyś tacy śnięci. Jakby zlekceważyli gospodarzy turnieju, albo zatruli się żarciem, niczym Skra z moimi Budowlanymi na hotelowym postoju w Bielsku. Za to naszym wychodziło wszystko, od pierwszych sekund. Ośmieszali rywali. Szybko wywalczyli kilkubramkową przewagę – i nie oddali jej do końca spotkania. Kiedy ostatni raz przytrafiło się to Francuzom? Chyba sami tego nie pamiętają… Za to Polacy mieli wszystko, co trzeba. Sławka Szmala, który w swoim stylu wyciągał piłki, niemożliwe do złapania wzrokiem w locie przez laików. Obrońców, którzy nie odstawiali ręki w żadnym momencie. „Dzidziusia” Jureckiego, który był wszędzie – i robił, co chciał w każdym elemencie gry. Karola Bieleckiego, który przypomniał sobie czasy sprzed fatalnej kontuzji i wrzucał petardy, gdy tylko rywale zostawiali mu trzy kroki na rozbieg. I jedną ręką „czapiącego” Karabaticia w powietrzu, podczas rzutu… Kamila Syprzaka, który bramką kończył wszystkie podania na koło. Przemka Krajewskiego (skąd u niego taka forma?) – dzięki któremu lewe skrzydło wreszcie pokazuje światową klasę w tej drużynie. Rezerwowych, którzy nie pękli: swoje bramki rzucili nawet Konitz i Chrapkowski. A kiedy Jakub Łucak, zazdroszcząc Krajewskiemu wejść do środka, przedarł się z piłką przez trzech broniących Francuzów i rzucił z koła – uwierzyłem, że tego meczu nie da się przegrać.

I co z tego, że graliśmy bez presji. Cóż, że mecz był w zasadzie o pietruchę. Nie szkodzi, że Francuzi mieli pecha, ostrzeliwując nasze słupki i poprzeczki – a sędziowie byli podejrzanie życzliwi dla naszych. Pokonaliśmy wielką Francję i żaden rywal już nie jest nam straszny! Dla naszej reprezentacji to zwycięstwo będzie miało wręcz magiczne znaczenie w sensie morale. A przeciwnicy będą się nas bali. Jak każdej drużyny, która w meczu rangi turniejowej wkleja sześć bramek mistrzom olimpijskim…

Wszystko jedno zatem, jak ten turniej się skończy. Może się nawet tak zdarzyć, że Polacy nie zdobędą medalu. Tym razem jednak nasza wiara każe nam – w porozumieniu z racjonalną oceną spraw – taki wariant odrzucić. Pokonując Francję można przenosić góry! I na to właśnie czekamy.

 

Zdarza się, że fani sprzed lat pytają mnie o powrót Sacriversum. To miłe, bo znaczy, że o starej załodze jeszcze ludzie nie zapomnieli. Tymczasem reaktywacja „Smarków”, orkiestry licznej składem i zawiłej, gdy chodzi o personalne losy grajków, nie jest prostym zadaniem. Emigracja, praca, rodziny, dzieciaki… Wreszcie, co tu ukrywać, mijające lata – to wszystko sprawia, że zebranie pełnego składu kapeli choćby na jedną próbę jest jak dotąd niewykonalne. A co tu mówić o przypomnieniu sobie utworów, ponownym zgraniu się, wyrobieniu odpowiedniej formy koncertowej, pracy nad nowym repertuarem… Pomysł na dziś wydaje się karkołomny, choć MacKozer niezmiennie powtarza: póki Remo żyje, Sacriversum istnieje. Bardzo to przyjemne, choć przecież Krystian sam pokaźną cegłę do losów zespołu dołożył!

Traf chciał, że niemal idealnie w dziesiątą rocznicę wydania DVD „Saevitia Draconis”, które w praktyce zakończyło działalność Sacriversum, mnie samemu udało się wkroczyć na ścieżkę nowej, muzycznej przygody. Złożyło się na to kilka realnych przyczyn. Rozalka trochę dorosła i nie wymaga już dziś aż tak bezpośredniej opieki. Tata mógł więc, po czterech latach przerwy, wyciągnąć spod łóżka zakurzony futerał i przypomnieć sobie, jak trzyma się w rękach gitarę. Zmiana pracy – wpłynięcie na spokojniejsze wody – to też zwyczajowy powód lekkiego powiększenia swobody poza gorsetem regulaminowych ośmiu godzin. Od muzyki nie da się dożywotnio odstąpić, a życie rockowego grajka nie znosi próżni. Remo, gdy tylko nadarzyła się okazja, zaczął rozglądać się za powrotem do sali prób. Pojawiło się pytanie, z kim i co grać „od zera”.

Wtedy właśnie odezwał się do mnie Jacek Sikora. Człowiek w łódzkim środowisku rockowców dobrze znany. Grał na gitarze w jednej z pierwszych, wręcz legendarnych tu kapel – Charon, pod koniec lat 80-tych startującej w eliminacjach „Metalmanii”, grającej na owe czasy muzykę rewolucyjną, gatunkowo i technicznie. Był właścicielem pierwszego w Łodzi sklepu z płytami CD, gdzie wcześniej, na kasetach jeszcze, kupowało się z wypiekami na twarzy debiutanckie wydania demówek Vadera czy Armagedon… Okazało się, a był to kwiecień 2015, że Jacek nie odłożył gitary na półkę, przez lata rozwijał swe umiejętności i zbierał pomysły – być może po to, by kiedyś dopracować je w zespole. Zaproponował mi współpracę twierdząc, że ma też perkusistę, który gwarantuje odpowiedni poziom artystyczny tworzonego projektu.

Między mną a Jackiem istnieje pewna różnica gustów muzycznych. On jest bardzo osłuchany, to audiofil, posiadający w domu tysiące płyt, dziś ponadto niezbyt często zainteresowany dźwiękami metalowymi. Zapytajcie Go natomiast o sprawy jazzowe czy folkowe, na pewno będzie miał o czym podyskutować… Przypuszczał, że choć Jego wytrawny gust muzyczny musi jakoś zetknąć się z moim, znacznie „słodszym” i pikantnym, możemy pokusić się wspólnie o wytworzenie nowej, muzycznej wartości.

Perkusistą z „papierami” okazał się Wojciech Konicki. Profesor, weteran, legenda łódzkiej sceny. Dziś sam mówi, że nie pamięta wszystkich składów, z którymi występował. W 64-tym roku życia ma za sobą bagaż grania w każdym z możliwych stylów, nie jest wszakże pałkerem metalowym. I to było kolejne wyzwanie, z którym musieliśmy się wspólnie zmierzyć. Powiem szczerze, wątpiłem, czy proponowane przez Jacka riffy można w sekcji rytmicznej uzupełnić bez stosowania choćby techniki gry na dwie stopy… Na szczęście obawy okazały się płonne: Wojtek gra gęsto, aktywnie, a przy tym minimalistycznie, jakby nie wyciągając bębna zbyt mocno na plan pierwszy. Doświadczeniem i świadomością gry całkowicie nadrabia ewentualne braki, jakie w tym gatunku mogłyby pojawić się na skutek nie używania technik metalowych. Mnie w każdym razie niczego w bębnie nie brakuje.

Z tych trzech, bardzo różnych źródeł powstał Triagonal. Czyli geometryczna forma, której sensem jest właśnie połączenie trzech różnych płaszczyzn. Praca idzie szybko, bo Jacek przynosi pomysły, które wspólnie aranżujemy. Często są to już gotowe ciągi riffów, ich ułożenie w całość utworu jest już zadaniem całego tercetu. Nastawiamy się na proste kompozycje – w prostocie siła! Jak często bywa, wokale i teksty powstają na końcu. Piszę te głosy trochę jak malarz-impresjonista, opierając się na skojarzeniach, związanych z doświadczeniami przeszłości. Teksty dojrzałego kolesia, który niejedno już przeżył, ale nie chce o tym mówić wprost: to często sprawy zbyt intymne. Zatem odbiorca dostaje metafory, hasłowy ciąg skojarzeń. Może na tej podstawie wykreować własny obraz rzeczywistości lub przywołać własne wspomnienia.

Przez kilka miesięcy Triagonal pracował dość intensywnie, a po wakacjach mieliśmy gotowy repertuar na  płytę. I tu pojawił się problem: jak nagrać dziewięć kompozycji, dysponując niewielkim budżetem, bez żadnego wsparcia wytwórni fonograficznej? Z pomocą jak zwykle pośpieszyli koledzy. Nagrania odbyliśmy w łódzkim Robak Studio, dzięki przychylności Zbyszka Piotrowskiego i Roberta „Małego” Hajduka (tak, tak – to perkusista znany z Proletaryat). Ceny okazały się „do zniesienia”, choć przyznać trzeba, że wykonawczo spięliśmy się wręcz do granic możliwości. Album nagraliśmy „na setkę”, w ciągu czterech dni. W życiu bym się nie spodziewał, że kiedyś uda mi się poradzić z takim wyzwaniem – choć o dyspozycję kolegów byłem akurat spokojny… Miksami i masteringiem zajął się już Mały, co sprawiło, że dnia 9.01.2016 roku odebraliśmy z jego rąk płytę-matkę. Wcześniej otrzymaliśmy w prezencie logo zespołu, które przygotował dla nas fantastyczny Daniel Dostal! Album czeka więc na oficjalną premierę, a w międzyczasie wrzuciłem do sieci trzy kawałki, które traktujemy jako „single promocyjne”. Jeszcze nie wiemy, czy płytę wydamy sami w małym nakładzie, czy też od razu powiesimy ją gdzieś bezpłatnie w przestrzeni internetowej.

Najciekawsza rzecz – co właściwie gramy? Po pierwszych, sondujących opinie ludności testach, spotykamy się z rozmaitymi uwagami. Wątpliwości budzi pomysł złączenia brutalnych, wokalowych growli z muzyką nie do końca metalową. Tak, to na pewno nie każdemu się spodoba. Mieszanie różnych energii zawsze jest ryzykowne. Do tej muzy bardziej pasowałyby pewnie zaśpiewy w stylu Lemmy’ego, świeć Panie nad Jego duszą. Ja potrafię to zrobić. Rzecz w tym, że czułbym się z takim mimetyzmem niezbyt dobrze. Świętości powinny być nienaruszalne, aczkolwiek… zobaczymy. Tymczasem jest jak jest – i tak będzie. Poczekamy na opinie po wydaniu płyty, na wiosnę chcielibyśmy też zdążyć z pierwszymi koncertami. Serdecznie Was na nie zapraszam już dzisiaj!

Paweł Kukiz, który ostro wziął się za kandydowanie na fotel prezydenta RP, dał ostatnio świetny wywiad Mariuszowi Staniszewskiemu w „Do Rzeczy” (nr 8/107, 16-22.02.2015). Jest tam przywołany fragment rozmowy Kukiza z pewnym, oczywiście anonimowym, politykiem Platformy Obywatelskiej. Kukiz odpowiadał na pytanie, dlaczego w USA (do których wciąż nasi rodacy chcą jeździć za chlebem) są niższe podatki. Jest to na tyle wstrząsający zapis, że aż muszę zacytować go w całości:

„Pytam go, dlaczego Tusk zaraz po objęciu władzy wprowadził 70 tysięcy nowych urzędników, przecież mówił, że będzie „odurzędniczać” państwo. On mi odpowiada: „Pomnóż to razy cztery”. Dlaczego cztery? – pytam. A on: „Może lepiej razy osiem.”. No więc pomnożyłem i wychodzi ponad pół miliona. A on: „Widzisz teraz głosy wyborców. To jest ten ch*j, którego karmimy, jego żona, dzieci, mama, tata, teść i teściowa. I tak się to robi. Dlatego są takie podatki. Trzeba ich utrzymać.”

W tej krótkiej, acz dosadnej relacji Paweł Kukiz opowiedział całą historię gospodarczą odrodzonego państwa polskiego. To właśnie tak, według przedstawionego opisu, wykształciła się nad Wisłą „klasa polityczna” – grupa ludzi z różnych opcji politycznych, która na skutek porozumień przy Okrągłym Stole ustawiła sobie Polskę pod własne potrzeby.  To znaczy, że wykorzystując mechanizmy władzy, charakterystyczne dla nowo zasianej na polskiej glebie demokracji, zapewniła sobie trwałą obecność „w elicie” – oraz materialne powodzenie, dla siebie i sporego kręgu bliskich osób. Przez lata w naszej polityce zmieniają się nazwy partii, wciąż następują spektakularne transfery aktywistów, czasem jedni odchodzą – a w ich miejsce zjawiają się nowi, młodzi, dobrze przyuczeni w zakresie stosowania obowiązujących zasad. To wszystko, oczywiście zgodnie z prawem, finansowane jest z budżetu państwa, oraz źródeł pozabudżetowych: czasem szemranych, bo w ich tle majaczą gdzieś szyldy służb specjalnych bądź postaci jako żywo powiązane ze światem zorganizowanej przestępczości. Nie zmienia się tylko jedno: na szczycie „elity” są ci sami ludzie, czasem dla niepoznaki toczący ze sobą „krwawe boje” na oczach widzów ogólnopolskich telewizji, ale zawsze żyjący przy tym samym korycie, zblatowani przynależnością do nadwiślańskiej klasy panów.

To właśnie mityczni „oni”, którzy w Polsce mają dobrze, holując za sobą całe grupy „podwieszonych” wasali – a trzymający się władzy dzięki karmionym z hojnej ręki wyborcom: opisanym przez Kukiza urzędasom, a także innym „krewnym i znajomym królika”, którym opłaca się oddawać głosy na istniejący system, bo przecież żyją z niego, może za mniejszą kasę niż bonzowie, ale też wcale niezgorzej.

Ponieważ każdy układ musi mieć swoją drugą (tkwiącą poza układem) stronę, w Polsce mamy to, co mamy. Czyli – kto nie jest podczepiony, ma bezrobocie lub pracę za marne grosze. Powiększa się emigracja, najbardziej bolesna w grupie ludzi zdolnych i pracowitych, którzy brzydząc się politycznymi sitwami, natychmiast emigrują gdzie bądź na Zachód – tam o powodzeniu decyduje talent i pracowitość, a nie zblatowanie z miejscowymi kacykami. To dlatego w Polsce nie ma zagranicznego kapitału, który czmycha stąd już w pierwszej fazie inwestycyjnych negocjacji, gdy okazuje się, że oprócz potwornego czyraka biurokracji czeka na przedsiębiorcę układzik, jaki trzeba zawrzeć z przedstawicielami miejscowej socjety polityczno-urzędniczej… To dlatego zwykli ludzie nad Wisłą nie mają szans na spektakularne zawodowe kariery, młodzi – na dobrą pracę a najubożsi są coraz głębiej wpychani w biedę, obciążani co raz to większymi kosztami życia. To dlatego ludzie przyzwoici, wśród nich Kukiz, widząc to wszechobecne dziadostwo krzyczą „dość!” – i rozpoczynają heroiczną walkę o zbudowanie w tym kraju jakiejś normalności. To dlatego też system broni się przed nimi wszelką mocą, spychając takich „dziwaków”, jak Kukiz na margines politycznej rzeczywistości.

Niestety, antysytemowcy są w Polsce rozbici. Różnią się w wielu kwestiach, ale łączy ich jedno: samobójcza niezdolność do jakiegokolwiek zjednoczenia. Dziś, przed wyborami prezydenckimi, mamy kuriozalną sytuację: środowiska wrogie „mainstreamowi” wystawiają kilku różnych kandydatów! Jakby mało było problemów z siłą zjednoczonego układu, antysystemowa opozycja nie może porozumieć się w kwestii wspólnej walki przeciw jednemu wrogowi… Prawdopodobne, że dzieje się to przy aktywnym udziale „czynników zewnętrznych”, czemu dowodzi niedawny rozłam: KORWiN / KNP. Oprócz Kukiza po stronie rywalizacji z Salonem stoją m.in. Janusz Korwin – Mikke, Jacek Wilk, Waldmar Deska, Grzegorz Braun czy nawet Marian Kowalski. Tak, tak – wymieniłem nazwiska kandydatów na prezydenta RP różnych środowisk, nazywanych pogardliwie „kanapowymi”. Efektem jest rozdrobnione poparcie społeczne, w najmniejszym stopniu nie gwarantujące jakiegokolwiek sukcesu w walce politycznej. W ten sposób Układ świetnie broni się przed obaleniem. Gdyby jego przeciwnicy zwarli szyki, to obalenie stałoby się bardziej realne. Obecnie szans na to nie ma żadnych, właśnie dzięki metodom walki, stosowanym w wypaczonej polskiej demokracji: „duży może więcej”. I dlatego też Kukiz apeluje o jednomandatowe okręgi wyborcze. Tyle, że aby je zaprowadzić, trzeba najpierw zdobyć władzę. Koło więc się zamknęło, ku przemożnemu zadowoleniu beneficjentów Układu.

Konkluzja może być więc tylko jedna: środowiska antysystemowe muszą się połączyć, także po to, by zyskali na tym zwykli obywatele. Ci, którzy – nie podpięci pod żadne układy – jeszcze jakoś w Polsce wytrzymują. Jeśli nie teraz, to z pewnością w perspektywie wyborów parlamentarnych jest to dla opozycji bardzo rozległy materiał do przemyśleń. Czas bowiem ucieka. Im go mniej, tym szanse na normalność topnieją. A kolejna szansa wyborcza szybko się nie przytrafi.


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine